logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Dławienie edukacji

Czwartek, 21 lutego 2019 (17:13)

Eurokraci dążą do utworzenia zunifikowanego unijnego obszaru edukacji do 2025 roku.

Nikt nie zrozumie dziś polskiej polityki edukacyjnej bez odwołania do dokumentów ponadnarodowych, unijnych. Niewielu do nich zagląda, bo osobie postronnej wydają się zlepkiem bełkotliwej mowy, z której trudno wyłonić skrawki istotnego przekazu. Nic bardziej mylnego. Ze skrawków tych zbudowany został w ostatnim ćwierćwieczu szkielet naszej polskiej edukacji. Ponad rok temu ktoś spoza naszych granic zdecydował, że szkielet ów będzie wypełniał treściami.

14 listopada 2017 r. Komisja Europejska w Strasburgu ogłosiła jako wizję przyszłości Europy utworzenie EUROPEJSKIEGO OBSZARU EDUKACJI do 2025 r. Data docelowa jest być może hipotetyczna, sama wizja – realna i realizowana. W komunikacie prasowym Komisji Europejskiej zawarto potrójne uzasadnienie decyzji o uruchomieniu procesu ujednolicania kształcenia i wychowania w Europie:

1) wykorzystanie w pełni potencjału edukacji i kultury jako sił napędowych wzrostu gospodarczego;

2) tworzenie miejsc pracy i sprawiedliwość społeczna;

3) sposób na doświadczenie europejskiej tożsamości w całej jej różnorodności.

Pierwszy z argumentów odzwierciedla typowe dla europejskich włodarzy spojrzenie na edukację i kulturę z perspektywy wyłącznie przydatności owych sektorów dla rynku gospodarczego. Przedmiotem troski zarówno tego, jak i każdego innego dokumentu edukacyjnego UE nie jest bynajmniej obywatel – młody człowiek, uczeń czy student. Nie jest nim też sama edukacja czy kultura, postrzegane od wieków jako dziedzictwo wartości. Przedmiotem troski jest wyłącznie europejski rynek gospodarczy. Podejmowane na szczeblu Komisji Europejskiej działania ukierunkowane są na gospodarcze efekty, które mają rynek ów dźwigać z postępującego spadku konkurencyjności na arenie międzynarodowej. Naszym dzieciom i wnukom przyznano rolę służebną wobec rynku.

Drugi argument, o rzekomym „tworzeniu miejsc pracy i sprawiedliwości społecznej”, został sformułowany nazbyt lakonicznie. Zestawiając go zatem z innymi treściami dokumentu, dostrzegamy w nim zapowiedź planowanego przepływu pracowników ponad granicami krajów unijnych. Przepływ ten jest, jak zapisano, pożądany jako remedium na starzejącą się siłę roboczą w Europie. Sprostujmy jednak – jest on niewątpliwie pożądany przez elity biznesowe krajów najwyżej rozwiniętych, pozyskujące spoza granic tanich pracowników. Dla społeczności tych krajów oznacza spadek wartości pracy i rosnące różnice dochodów. Dla Polski – drenowanie wykształconych kadr, rozdzielanie rodzin, wyludnienie. Tak streścić możemy najkrócej „sprawiedliwość społeczną” w europejskim wydaniu.

Argument trzeci, mówiący o „doświadczaniu europejskiej tożsamości w całej jej różnorodności”, brzmi dla naszych uszu wyjątkowo groźnie. Mamy po temu w Polsce uzasadnione powody.

Europejskie treści kształcenia w szkołach polskich

Aktualnie dobór obowiązujących treści kształcenia w państwach Unii Europejskiej leży w gestii władz rządowych tych państw. Na mocy artykułu 6 traktatu lizbońskiego Unia posiada w zakresie edukacji kompetencje ograniczone do „prowadzenia działań mających na celu wspieranie, koordynowanie lub uzupełnianie działań Państw Członkowskich”.

Co owo „wspieranie” i „uzupełnianie” oznacza w praktyce, możemy dostrzec na przykładach uruchamianych w szkołach i przedszkolach kampanii – zarówno antyprzemocowych, walczących z mową nienawiści i chroniących dzieci przed ich rodzicami, jak i antydyskryminacyjnych, propagujących gender i niosących wczesną seksedukację. Prelegenci tych programów reprezentują fundacje i stowarzyszenia, które oferują bezpłatne usługi uczniom i nauczycielom, pozyskując na ten cel środki płynące spoza kraju. Istotną rolę w tym procederze spełniają unijne mechanizmy finansowe, będące w pierwotnym zamyśle bezzwrotną pomocą finansową dla krajów nowo przyjętych do Unii.

Wspomniane programy i szkolenia są w obecnym stanie prawnym nadprogramowe, nie dotykają ministerialnych podstaw programowych kształcenia, w ramach których nadal prowadzone jest wychowanie do życia w rodzinie. Wymagają każdorazowego przyzwolenia dyrektora szkoły, choć faktycznie decydującą rolę w ich wdrażaniu odgrywa władza samorządowa. Rodzi się pytanie, jak będzie wyglądała opisana sytuacja prawna w zaistniałym po 2025 roku Europejskim obszarze edukacji?

We wspomnianym na wstępie komunikacie prasowym Komisji Europejskiej zapisano między innymi: „Europejski obszar edukacji powinien oznaczać: […]

* Zacieśnienie współpracy dotyczącej opracowywania programów nauczania: wydawanie zaleceń w celu zagwarantowania systemów edukacji, które pozwalają na zdobywanie wiedzy, umiejętności i kompetencji niezbędnych we współczesnym świecie; […]

* Wspieranie nauczycieli: zwiększenie liczby nauczycieli uczestniczących w programie Erasmus+ i sieci eTwinning, a także opracowanie wytycznych politycznych dotyczących doskonalenia zawodowego nauczycieli i członków kadry kierowniczej szkół […]”.

Wydawanie przez Komisję Europejską zaleceń dotyczących krajowych programów nauczania oraz wytycznych politycznych w sprawie doskonalenia nauczycieli wydaje się nieusprawiedliwionym przekraczaniem granicy suwerenności krajów członkowskich w najczulszej dla Polaków materii – w tematyce kształcenia polskiej młodzieży.

Wzmocnienie „tożsamości europejskiej”

Wspomniany komunikat prasowy zawiera jeden jeszcze ważny, a nie w pełni rozszyfrowany zapis. Jest w nim mowa o potrzebie zadbania o większe poczucie europejskiej tożsamości i kultury poprzez „sformułowanie przez Radę zalecenia w sprawie wspólnych wartości, edukacji integracyjnej i europejskiego wymiaru nauczania”. Nikt nie powinien mieć złudzeń, że pisząc o wspólnych wartościach europejskich, autorzy mogliby mieć na myśli wielowiekowe dziedzictwo chrześcijańskiej Europy. Nic z tych rzeczy. Mowa o wartościach nowych, wymienionych w artykule 2 Traktatu o Unii Europejskiej, wśród których szczególne znaczenie nadaje się w praktyce poszanowaniu praw osób należących do mniejszości, społeczeństwu opartemu na tolerancji, niedyskryminacji oraz na równości kobiet i mężczyzn. Jest to nieskrywana zapowiedź wkroczenia Unii w ideologizację europejskich społeczeństw, tym razem bezpośrednio poprzez ingerencję w treści edukacyjne.

Wizję europejskiego obszaru edukacji rozwija i konkretyzuje Komunikat Komisji Europejskiej z dnia 14 listopada 2017 r. Wzmocnienie tożsamości europejskiej dzięki edukacji i kulturze, opracowany jako wkład Komisji w spotkanie przywódców w Göteborgu w dniu 17 listopada 2017 r. Sprawą, która szczególnie zaciekawia, jest zawarty w dokumencie apel do państw członkowskich o wsparcie nowej inicjatywy – utworzonej przy Instytucie Europejskim we Florencji Szkoły Zarządzania Europejskiego i Ponadnarodowego. Ma się ona stać najważniejszą europejską instytucją zajmującą się zarządzaniem ponadnarodowym, współpracującą z sześcioma innymi instytutami europejskimi ulokowanymi w kilku krajach. Zadaniem tej szkoły będzie kształcenie kadr, które w krajach członkowskich zajmują stanowiska kierownicze – w systemach administracji, w sektorze biznesowym i w organizacjach pozarządowych. Czyż nie wydaje się ironią finansowanie z narodowych budżetów kształcenia tych, którzy na rzecz instytucji ponadnarodowych sprawować będą władzę administracyjną w Polsce, wpływać na reorganizację prawa, strukturę gospodarczą oraz przechwytywać środki publiczne na realizację pozarządowych programów społecznych?

Ujednolicone struktury edukacyjne

Bywają wśród dotychczas realizowanych zaleceń unijnych wskazania przynoszące pożytek polskiej edukacji. Dotyczą głównie sfery porządkowania obszarów polityki edukacyjnej, jak choćby wprowadzane obecnie uregulowania w zakresie kwalifikacji zawodowych. Większość zaleceń okazała się jednak dla Polski szkodliwa, a niektóre generują problemy poważne. Najpowszechniej krytykowane po latach od wdrożenia są przerywający ciągłość studiów „proces boloński” oraz dławiący pracę szkół system standaryzowanych egzaminów zewnętrznych. Celem obydwu było stworzenie jednolitych struktur szkolnictwa europejskiego, umożliwiających wolny przepływ uczniów i pracowników. Istnieje uzasadniona obawa, że niechlubną opinię o nich podzieli wprowadzany w tym samym celu program tworzenia europejskiego obszaru edukacji do 2025 roku.

Naukowcy wielu krajów od lat sygnalizują popartą doświadczeniem tezę o szkodliwości przeszczepiania elementów systemów edukacyjnych pomiędzy różnymi państwami. To, co podoba nam się w szkołach Finlandii czy Niemiec, nie sprawdzi się w Polsce ani w innym kraju. Delikatna materia różnic kulturowych, systemów wartości i zachowań, nieuświadamiane odrębności osobowych odniesień i podejścia do prawa, inne stopnie kultury administracyjnej i politycznej, braki stabilności gospodarczej, brak spójności z innymi elementami systemu edukacyjnego, a nawet zróżnicowany temperament mieszkańców północy i południa, kształtowały od wieków właściwe poszczególnym narodom Europy systemy szkolne. Dziś wszystkie są niszczone, zastępowane sztucznym konstruktem europejskim. Wolą europejskich włodarzy dokonywana jest unifikacja kształcenia. Jej negatywne skutki można dostrzec gołym okiem. Najpoważniejszym jest postępująca na naszym kontynencie proletariatyzacja wiedzy i zanik jej wartości. Przestał być tajemnicą rosnący naukowy dystans Europy w stosunku do krajów Azji Wschodniej, cofanie się cywilizacyjne i gospodarcze. Komisja Europejska nie zaprzecza powadze problemów. Ma jednak na nie tylko jedną odpowiedź – jeszcze więcej unifikacji! Teraz już nie tylko unifikacji struktur, lecz i programów.

Unifikacja programów kształcenia

Obniżanie poziomu kształcenia w Polsce toczy się w zamkniętym kręgu – pomiędzy uczelnią wypuszczającą do szkół słabo przygotowanych nauczycieli a systemem szkolnym ukierunkowanym na wybiórcze kształcenie umiejętności. Przerwanie tego kręgu jest rzeczą trudną. Wymagałoby całościowej zmiany systemu. Klucz programowej odnowy leży w przywróceniu egzaminów wstępnych na studia.

Uczelnie nie mają dziś w Polsce prawa do organizowania egzaminów wstępnych, poza sprawdzianem zdolności artystycznych czy sportowej sprawności kandydatów. Egzaminy wstępne stawiały niegdyś przed uczniami odmienne zadania niż matura. Między „metodami szkolnymi” a „metodami uczelnianymi” widniała przepaść, jaka oddziela działania wyuczone od zadań problemowych. Egzamin do szkoły wyższej otwierał przed młodym kandydatem nieznany świat, w którym liczyła się przede wszystkim wyćwiczona sprawność myślenia. Dziś egzaminów tych brakuje. Nadzieję na ich przywrócenie wzbudził w środowiskach uczelnianych projekt nowej ustawy ministra Jarosława Gowina Prawo o szkolnictwie wyższym. Z niewiadomych powodów został on jednak wycofany. Zunifikowany egzamin maturalny decydować będzie nadal, jako jedyne kryterium, o dalszych losach maturzysty. Prowadzi do niego jedna tylko ścieżka programowa kształcenia ogólnego o mylącej nazwie „podstawa programowa”. Jej szczegółowy program obowiązuje szkoły publiczne i niepubliczne, a nawet uczniów nauczania domowego, którzy corocznie zdają egzamin z przypisanych treści.

Rodzi się poważne pytanie: co stanie się z polską edukacją, gdy roszczenia do ustalania treści owej jedynej ścieżki kształcenia od przedszkola do matury zgłosi Komisja Europejska? Czy w ukształtowanej „tożsamości europejskiej” będzie miejsce na polską historię i polską literaturę, czy będzie to raczej ustalona odgórnie historia i literatura Europy, wzbogacona o dzieje i kulturę Bliskiego Wschodu? A może dwa języki obce, których uczą się dzieci w państwach Unii, skrywać będą w przyszłości ich język ojczysty? W opisanej unifikacji i centralizmie wprowadzone do podstawy programowej wirusy nowych ideologii dosięgną bez wyjątku każde polskie dziecko, także w przedszkolach i szkołach katolickich.

Non possumus

Nikt nie potrafi powiedzieć dziś, gdzie leży kres europejskiej integracji w tak delikatnej materii, jak edukacja i kultura. Jeśli nieprzekraczalnych granic nie zarysują dziś władze państw członkowskich, w tym nasze polskie, to z pewnością nie uczynią tego obcy architekci „europejskiej tożsamości”. Non possumus – wypowiedzieć można tylko na etapie projektów takich jak opisana wizja utworzenia europejskiego obszaru edukacji. Kiedy społeczeństwo dosięgają złe efekty wdrożeń, na wycofanie jest za późno.

Żyjemy w okresie globalnych przetasowań społeczno-gospodarczych. Ciche wojny o pozycje wielkich obszarów gospodarczych i budujących je narodów rozgrywają się nie na granicach państw, lecz na poziomie wiedzy i rozumności ich obywateli. Edukacja odgrywa tu rolę kluczową. Dowód płynie z prostego zestawienia listy krajów o najwyższych w świecie osiągnięciach edukacyjnych z listą krajów o najwyższym tempie gospodarczego rozwoju. Długofalowa strategia polityczna nakazuje obdarzanie narodowej edukacji uwagą, wsparciem, ochroną. Czy polskie władze strategię tę posiadają?

Jolanta Dobrzyńska

Aktualizacja 21 lutego 2019 (23:13)

Nasz Dziennik