logo
logo

Zdjęcie: / -

Dalej jest kłamstwo

Wtorek, 5 marca 2019 (22:02)

Porażająca skala manipulacji autorów książki „Dalej jest noc”.

Dwutomowa pozycja „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski” powstała w ramach projektu realizowanego przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów „Strategie przetrwania Żydów podczas okupacji w Generalnym Gubernatorstwie, 1942-1945. Studium wybranych powiatów”. Praca została dofinansowana w ramach Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki w latach 2014-2017, pilotowanego przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

– Na Zachodzie funkcjonuje przekonanie, że Polacy brali ochotniczy udział w holokauście i każdy, kto o tym pisze, obojętnie, czy prawdę, czy nie, jest chętnie przyjmowany na salonach. Jan T. Gross zrobił medialną „karierę” na manipulacjach i kłamstwach. Autorzy „Dalej jest noc” chcą, by ta zafałszowana narracja była obowiązująca także i w Polsce – stwierdza prof. Bogdan Musiał.

Historyk wskazuje, że wartość naukowa publikacji pod red. Barbary Engelking i Jana Grabowskiego jest żadna, powinno analizować się ją ze studentami jako przykład tego, jak nie robić badań historycznych.

Wiele przykładów nadużyć, których dopuścili się autorzy tekstów zawartych w „Dalej jest noc”, przytacza w swojej obszernej recenzji „Korekta obrazu?” dr Tomasz Domański, historyk IPN. – Dla przykładu, prof. Dariusz Libionka, opisując pierwsze represje, jakie we wrześniu 1939 r. spadły na Żydów w Proszowicach w powiecie miechowskim, powołał się na relację Meira Goldsteina, która mówi o działaniach Niemców wykorzystujących do pewnej akcji bliżej nieokreślonych Polaków. W tekście prof. Libionki z przywoływanej relacji Goldsteina znika słowo „Niemcy” i w efekcie cały fragment dotyczy postawy tylko Polaków i nie oddaje tego, co zawiera źródło – podkreśla dr Domański. Z kolei przywoływana w opracowaniu Anny Zapalec relacja Marii Cukier ze Złoczowa, która została ranna podczas ucieczki z wagonu deportacyjnego, została tak przetworzona, że usunięto z niej fragmenty, które były krytyczne wobec miejscowego Judenratu (opisujące m.in. odmowę udzielenia Żydówce pomocy lekarskiej, ponieważ nie miała pieniędzy na zapłatę). Zdaniem naszych rozmówców, tak nierzetelna krytyka źródła jest praktyką niedopuszczalną w publikacji naukowej i powoduje oczywiste zafałszowanie narracji historycznej.

– Grabowski i Engelking systematycznie, świadomie i celowo manipulują źródłami. Według mnie to jest fałszerstwo. Z takimi autorami nie jest możliwa żadna merytoryczna debata, bo oni jej nie chcą. Dążą do prowokacji, wykorzystując medialną przewagę, szczególnie na Zachodzie – stwierdza prof. Musiał.

Inną kwestią jest pomijanie przez autorów „Dalej jest noc” kontekstu okupacji niemieckiej w Polsce.

– Autorzy, szczególnie Barbara Engelking, wprowadzają czytelników w błąd, kiedy np. mówiąc o chłopach – „wolontariuszach” w zagładzie Żydów, całkowicie pomijają realia niemieckiej okupacji, niemieckie prawodawstwo, rozporządzenia. Niech pani Engelking przeanalizuje na przykład rozporządzenie Friedricha Krügera, dowódcy SS i Policji w Generalnym Gubernatorstwie (okupowanej Polsce) z 28 października 1942 r., gdzie jest wyraźnie napisane o obowiązku denuncjacji Żydów. Na podstawie tego rozporządzenia Niemcy rozstrzeliwali całe rodziny, ponieważ zakładali, że o ukrywaniu Żydów wiedziała cała rodzina i sąsiedzi – wskazuje prof. Musiał. Historyk podkreśla, że to rozporządzenie było egzekwowane przez niemieckich okupantów z wielką konsekwencją. – To nie jest kwestia niewiedzy autorów „Dalej jest noc”, te dokumenty są znane i dostępne w języku polskim – dodaje.

Potop manipulacji

Autorzy tekstów zebranych w książce „Dalej jest noc” skupili się na opisie okresu zagłady po 1942 i akcji „Reinhardt”, czyli eksterminacji Żydów z Generalnego Gubernatorstwa i Okręgu Białostockiego przeprowadzonej w latach 1942-1943 na terytorium okupowanej Polski. W tym kontekście we wstępie do książki pada fałszywe stwierdzenie, że od tego czasu los Żydów zależał bezpośrednio od postawy Polaków.

– To błędne uogólnienie, ponieważ o losie Żydów podczas okupacji niemieckiej decydowali Niemcy. Także okupanci stworzyli warunki egzystencji społeczeństwa polskiego oraz zorganizowali system kar stosowanych wobec Polaków za pomoc Żydom. Dopiero po ich uwzględnieniu możemy rozpatrywać te okoliczności historyczne, natomiast tego autorzy książki „Dalej jest noc” nie zrobili – zaznacza dr Domański.

Inna budząca wątpliwości kwestia to dobór przez autorów „Dalej jest noc” terenów badawczych.

– W mojej ocenie, nie przedstawiono żadnego klucza, który wyjaśniałby, dlaczego wybrano właśnie te, a nie inne powiaty. Według mnie, nie są one reprezentatywne dla całości ziem polskich. Pominięto zupełnie całe Kresy Wschodnie z wyjątkiem jednego powiatu złoczowskiego, jak i tereny wcielone do III Rzeszy – wskazuje dr Domański. Ponadto autorzy książki nie przyjęli jednolitego kryterium określenia danej jednostki administracyjnej mianem powiatu – raz pod pojęciem powiatu rozumie się Kreishauptmannschaft, czyli starostwo powiatowe niemieckie, innym razem powiat przedwojenny.

Jak zaznacza w swej pracy dr Domański, doświadczony badacz zagłady Żydów wie, że każdy z pominiętych w „Dalej jest noc” terenów charakteryzował się inną specyfiką holokaustu. Inaczej wyglądał także skład etniczny tych obszarów. Autor „Korekty obrazu?” zauważa: „Czyżby do analizy wybrano tereny o przewadze etnicznej ludności polskiej, znacznie marginalizując przy tym opis postaw wobec Holokaustu ludności ukraińskiej i białoruskiej? Aby nie być gołosłownym, podkreślmy, że w przypadku powiatu bielskiego wyłączono z deskrypcji część wschodnią tego terenu, co stanowiło niemal jego połowę, zamieszkałą przez ludność białoruską”.

Szokuje użycie przez autorów publikacji „Dalej jest noc” terminu „niemiecko-polska administracja”. – Termin „administracja” odnosi się do pojęcia państwowości. O polskiej państwowości pod okupacją niemiecką można mówić w przypadku struktur Polskiego Państwa Podziemnego. W żadnym wypadku nie w odniesieniu do Polnische Polizei (zwanej granatową policją), Ochotniczej Straży Pożarnej, wójtów i sołtysów, gdy wszystkie te organy zostały powołane przez okupacyjne władze niemieckie lub całkowicie im podporządkowane – dodaje dr Domański.

Polnische Polizei im Generalgouvernement powołana 17 grudnia 1939 r. na mocy zarządzenia niemieckich władz okupacyjnych i oparta na nakazie przymusowego stawienia się przedwojennych policjantów do nowej formacji, podporządkowana była żandarmerii niemieckiej. – Jaka to polska formacja, jeśli zostaje powołana do życia przez niemieckie władze okupacyjne, poddana totalnej kontroli, jej funkcjonariusze byli zmuszani do wykonywania poleceń niemieckich władz, kierowani także, a nawet głównie, do działań antypolskich? – wskazują nasi rozmówcy.

Z kolei na mocy rozporządzenia generalnego gubernatora Hansa Franka z 22 kwietnia 1941 r. Niemcy zmilitaryzowali Ochotniczą Straż Pożarną w ramach służb podległych Rzeszy jako niemiecką techniczną jednostkę policyjnej służby pomocniczej. Wszyscy jej członkowie podlegali bezpośrednio rozkazom niemieckich władz. – Według niemieckiego prawa okupacyjnego już namawianie do niewykonania rozkazu karane było śmiercią – zaznacza prof. Musiał.

Doktor Domański zauważa także, że w przypadku pewnych partii książki „Dalej jest noc” mamy do czynienia z jednolitością dominujących źródeł archiwalnych, bowiem autorzy oparli się jedynie na wspomnieniach ocalałych Żydów, uzupełnionych głównie o materiały procesowe tzw. sierpniówek, czyli procesów realizowanych na podstawie dekretu PKWN z 31 sierpnia 1944 r. o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy winnych zabójstw i znęcania się nad ludnością cywilną i jeńcami oraz dla zdrajców Narodu Polskiego.

Nie trzeba tłumaczyć, że źródła wytworzone przez aparat totalitarnego państwa należy weryfikować ze szczególną ostrożnością, czego w pracy pod red. Engelking i Grabowskiego brakuje. Historycy, z którymi rozmawiał „Nasz Dziennik”, podkreślają, że ogólnie we wstępie do książki zabrakło choćby próby oceny wykorzystanych przez autorów zasobów archiwalnych, ich wiarygodności i wartości poznawczej.

Beata Falkowska

Nasz Dziennik