logo
logo

Komunia św. Apostołów, Fra Angelico, 1451-1452, Muzeum św. Marka we Florencji Zdjęcie: / -

Miłość najwyższą zasadą (cz.1)

Sobota, 16 marca 2019 (20:36)

„Powiedz mi, jaka jest Twoja miłość – a powiem Ci, kim jesteś” (św. Jan Paweł II)

Głębokie zawirowania ideologiczne dosięgające samych korzeni nauki oraz gigantyczne mechanizmy manipulacji ludzkością na przeróżne sposoby, a właściwie na wszelkie sposoby wstrząsają ludzkością, ponieważ cała kultura ludzka, czyli każde dzieło człowieka jest poddane rewolucyjnej sile niszczenia tego, co globalna rewolucja kulturowa po prostu zastaje, na czele z człowiekiem i samym Panem Bogiem chrześcijańskim. Stąd nie zaskakuje fakt, że pojawia się – też z najprzeróżniejszych racji, w tym również na wskroś ideologicznych – w przestrzeni publicznej pytanie o „miłość” i „nienawiść”, chociaż wydaje się, iż ta ostatnia uzewnętrzniająca się dzisiaj pod konstruktem neomarksistowskim „mowy nienawiści” jest paradoksalnie jedyną wspólną i najwyższą opcją ideologów świata, o czym warto najpierw wspomnieć – przynajmniej w zarysie, zanim przejdziemy do systematycznej wykładni katolickiej nauki o miłości – także w sensie społecznym.

Zygmunt Freud: „Nienawiść […] jest starsza niż miłość” oraz „miłość przemienia się […] w nienawiść i nienawiść przemienia się w miłość”

Twórca psychoanalizy wychodzi od podstawowej tezy, przyjętej wbrew najprostszej logice ludzkiego umysłu naturalnego, nie mówiąc już o nauce katolickiego chrześcijaństwa, w którym każde życie we wszechświecie pochodzi od Osobowego Boga jako Stwórcy, iż „celem wszelkiego życia jest śmierć”, ponieważ wszystko jest według Freuda „popędem”, który przejściowo rozpada się na „popęd seksualny” i „popęd śmierci”, tzn. konkretnie, że zużyta seksualnie ofiara zasługuje już tylko na śmierć, czyli niebyt. Człowiek nie jest pojęty jako osoba, bo nie ma ducha, a zatem nie jest zdolny ani do miłości, ani de facto do nienawiści w chrześcijańskim sensie. Jest to forma ideologiczna panseksualizmu.

Czyżby Freud nie znał nauki Chrystusa o istnieniu prawdziwego Boga oraz o przykazaniu miłości Boga i każdego człowieka jak siebie samego? Wprost przeciwnie, on doskonale zna katolicką naukę Jezusa z Nazaretu o miłości „bliźniego swego jak siebie samego”, czyli „miłuj” innych ludzi tak, „jak Chrystus ich umiłował”, ale zarówno samego Chrystusa, jak i ludzi interpretuje on w świetle swojego panseksualnego mitu, który nazywa „naukowym mitem o ojcu pierwotnego stada”. Tenże „mit” wyniósł „ojca” do „stwórcy świata”. Ów praojciec miał rzekomo „zrodzić wszystkich synów”, którzy utworzyli „pierwszą masę” istot ludzkich, ale jednak w procesie usamodzielniania się „zabili i posiekali” swojego ojca na „części”. Dlaczego? Z racji ich „seksualnej potrzeby”, którą Freud utożsamia z „miłością”. Wskutek tej seksualnej „miłości do matek i sióstr” ci „synowie” czuli się zmuszeni, aby „zamordować ojca”, bo według Freuda „pierwszym przedmiotem miłości” – zawsze pojętej jako seksualna – dziecka „jest matka”, więc żyjący ojciec byłby główną przeszkodą dla dziecka w zaspokojeniu jego popędu seksualnego. W dalszym etapie tego procesu jako zbrodni pojawili się więc „matka” oraz „mężczyzna” jako syn, który staje się „ojcem” i „głową rodziny”, która dążyła do „rozłączenia się” z pierwotną „masą”. W samym pojęciu „masy” tkwi ideologia uprzedmiotowienia, czyli zezwierzęcenia człowieka. To potwierdza Freud w swoim negatywnym osądzie „dziewiczości” i „kobiecej nietykalności”, które działają na niego „wyobcowująco”, i takie „narody”, gdzie praktykuje się wnoszenie „dziewiczości” do „małżeństwa z jednym mężczyzną” w „monogamii”, nazywa on „prymitywnymi”.

Innym etapem rozwoju mitu było utworzenie „herosa” jako, według Freuda, wybranego i „ubóstwionego” człowieka i ten „ubóstwiony heros był wcześniej bogiem ojcem” i „dopiero z wywyższeniem nigdy niezapomnianego ojca pierwotnego” stada „boskość uzyskała te rysy, które znamy jeszcze dzisiaj” głównie w postaci chrześcijańskiej religii katolickiej. To jednak Freud nazywa „kłamstwem”, które byłoby prawdą, gdyby prawdą był ten mit o konieczności ubóstwienia Boga chrześcijańskiego. To jest jednak wykluczone, ponieważ nasz Bóg objawiony w Starym i Nowym Testamencie jest wiecznie Sam z Siebie Bytem-Bogiem i zarazem wieczną Prawdą bez początku i bez kresu, stąd Jego Miłość jest również wieczna oraz jest Praźródłem, Światłem i Mocą naszej ludzkiej miłości. A zatem fałszywie twierdzi Freud, że naturalną koniecznością jest „przemienianie się miłości w nienawiść i nienawiści w miłość”, ponieważ nienawiść sprzeciwia się miłości i tylko w miłości oraz przez miłość człowiek jest prawdziwym i wolnym człowiekiem. W przeciwnym razie, czyli stawiając na opcję „nienawiści”, którą Freud pojmuje jako nawet „starszą od miłości”, każdy człowiek wynaturza się, co Freud trafnie opisuje, ale zasadniczo błędnie interpretuje w aspekcie genetycznym, istotnym i celowościowym oraz sprzęga w sposób niedozwolony dialektycznie miłość i nienawiść w jedną całość bytową. To będzie niestety kontynuowane w różnych ideologiach po Freudzie, np. w socjalizmie germańskim III Rzeszy w Niemczech i neomarksistowskim genderyzmie obecnej globalnej i kulturowej rewolucji seksualnej, która byłaby bez Zygmunta Freuda w gruncie rzeczy nie do pomyślenia.

Socjalizm rasistowski III Rzeszy Niemieckiej i całkowita eliminacja miłości chrześcijańskiej na rzecz bezmyślnej i niewolniczej „czci” dla rasy nordyckiej

Alfred Rosenberg nie miał wątpliwości, że „religia Jezusa” jest „kazaniem miłości”, ale skoro naziści niemieccy utożsamiają boskość z ich rasą, to jasne jest, że ten „ideał” miłości musi być „koniecznie podporządkowany” „idei czci narodu” niemieckiego, który pojęty jest w tej ideologii jako „wieczny”. Ta mitologizacja rasy nordyckiej konfrontowała „najwyższe wartości”, jak „miłość i cześć”, które stanowiły „kryterium, według którego mierzono całe myślenie i postępowanie” człowieka; „wartości zakorzenione w woli, o których pierwszeństwo zmagano się od dawna w Europie”, a które według Rosenberga „od dwóch tysięcy lat ukazywały całe przeciwieństwo pomiędzy Kościołem a rasą, teologią i wiarą, przymusem dogmatu wiary i dumą charakteru” rasowego.

Ten ideolog światopoglądu rasy nordyckiej ocenia jako dziwne „panowanie” Kościołów w oparciu „o miłość”, podczas gdy „Europejczycy nordyccy chcieli wolno żyć lub wolno umierać we czci”. Rosenberg przyznaje, że takie „poznanie zarezerwowane zostało dla naszego czasu” jako „przeżycie mityczne” i „nigdzie walka pomiędzy tymi obydwoma ideałami nie była tragiczniejszą aniżeli w rozprawach pomiędzy rasą nordycką” a „każdorazowym rasistowskim i światopoglądowym otoczeniem”. Nazizm hitlerowski nie ukrywa, że „charakter jego rasy” w „pierwszej linii” określają pojęcie „czci” i „nierozerwalnie z nią związana idea” „obowiązku”, przy czym „cześć” jest „wartością najwyższą”. Rosenberg pisze: „Ta idea czci […] jest dla nas początkiem i końcem naszego myślenia i postępowania. Ona nie znosi obok siebie żadnego równowartościowego centrum mocy, niezależnie od rodzaju, ani chrześcijańskiej miłości, ani wolnomularskiego humanizmu, ani dogmatyki rzymskiej”. Cześć jest nowym „mitem, który musi określić typ Niemca przyszłości”. Interesujące jest, że również ci ideolodzy, podobnie jak Freud swoją psychoanalizę, pojmują nazizm jako „mit”.

Nawet jeśli „miłość i współcierpienie podają, że obejmują ’świat cały’, ukierunkowują się stale na pojedyncze lub cierpiące istoty”, to według Rosenberga jest to „czysto osobiste uczucie, które nie zawiera żadnego mocnego elementu, tworzącego naród i państwo”, ponieważ jest „duchową mocą, która dotyczy pojedynczego”, a nie całej rasy. W przeciwieństwie do „miłości w sensie pokory, miłosierdzia, poddaństwa i ascezy” „pojęcie czci było centrum całej egzystencji na nordyckim, germańskim Starym Kontynencie”.

Według Rosenberga, „Kościoły Paulińskie nie są w istocie chrześcijańskie” i trzeba je zastąpić innymi, by nie „fałszowały prostej, radosnej Nowiny” o Jezusie jako życiu i jego „religii […] miłości”. Ten „ideał miłości bliźniego należy bezwzględnie podporządkować idei nauki o narodzie”, bowiem nie można respektować żadnej nauki „niemieckiego kościoła”, który nie służyłby w „pierwszej linii zabezpieczeniu narodu” albo nie głosiłby jakiegokolwiek „dogmatu wiary”. Rosenberg pisze dalej: „Ta duchowo-religijna przemiana wydaje mi się jako szczególnie rewolucyjna”, która ucieleśnia „tęsknotę nordyckiej duszy rasowej w znaku mitu narodu, by dać jej formę niemieckiego kościoła, co jest największym zadaniem naszego stulecia”.

Radykalizacja nienawiści w ideologii seksualnej rewolucji kulturowej à la gender

Jeszcze radykalniejsze tezy o przydatności nienawiści w dziejach świata głosiła i wciąż głosi w ramach obecnej seksualnej rewolucji kulturowej ideologia neomarksizmu „Szkoły Frankfurckiej”, że trzeba radykalnie zerwać z resztkami „rajskiej przyszłości duszy na tym lub na innym świecie”, z „teologicznym charakterem historii”. Idee „chrześcijańskie” o „narodzinach Chrystusa i oczekiwanym końcu świata” oraz zdania takie jak: „Bóg jest w Niebie”, „Bóg stworzył świat” czy „każdy z nas ma duszę nieśmiertelną” są wyłącznie produktami wypaczonej „sprawami ziemskimi” psychiki ludzkiej. Należy zerwać, według neokomunizmu, z „najciemniejszą moralnością Kościoła”, która zamiast poddać wszystko „krytyce”, czyli nienawiści jako negacji zastanej rzeczywistości, zobowiązuje ludzi do miłości Boga i drugiego człowieka jako bliźniego. Wówczas Max Horkheimer pogardzał „Domem Boga” Miłości i utożsamiał Go z „ideologicznym światem pozoru”, do którego tylko „głupcy przynależą”, ale on wraz z towarzyszami-neomarksistami tego czynić nie chce.

Tym pojęciem obok pojęcia „Boga”, które najbardziej intrygowało neomarksistów, było pojęcie „miłości”, ale zrozumianej na gruncie psychoanalizy Freuda, którą oni pierwszy raz w historii nauki „usprawiedliwili” jako „naukową” (Theodor Wiesengrund Adorno). Nauka stałaby się antynauką, gdyby istota mitycznie określonej psychoanalizy Freuda była obiektywnie naukowa, jak twierdzą tylko z racji ideologicznych Adorno i inni neokomuniści, co potwierdza jego przyjaciel i współzałożyciel „Szkoły Frankfurckiej” – ale niestety dopiero przed jego śmiercią.

Przedśmiertna refleksja Maksa Horkheimera o konieczności Boga dla „usprawiedliwienia” miłości jako ważniejszej od nienawiści

A jednak pod sam koniec życia nastąpił, przynajmniej w poglądach Maksa Horkheimera, pewien wyłom, a mianowicie zwątpienie w sensowność „procesu likwidacji religii” jako najważniejszej gwarantki dla sprawy miłości Boga i miłości człowieka – każdego człowieka jako siostry i brata. Bo przecież, pisze dalej Horkheimer, bez „teologicznej podstawy”, czyli bez Boga, który w Jezusie objawił się jako „Miłość”, „zdanie, że miłość jest lepsza od nienawiści” jest niemożliwe do „usprawiedliwienia”. Pojęcie Boga np. jako Kreatora nadawało nie tylko „miłości”, lecz również „wiedzy ideę znaczenia”, ale jest ono (pojęcie Boga) „wydalone z nauki”, która przecież wszechstronnie kształtuje człowieka. Czy jest Ktoś lub coś, kto mocen jest złamać nienawiść jako ten najtragiczniejszy ze wszystkich dotychczasowych paradygmatów, czyli „zasad” zniewalania ludzi, narodów i państw oraz kultury ogólnoludzkiej z nauką na jej piedestale?

Ponadnarodowe i ponadepokowe pytanie Papieża Polaka o miłość w kontekście socrealistycznej promocji nienawiści

Jan Paweł II postawił młodzieży polskiej, zgromadzonej wokół szczytu Jasnogórskiego Sanktuarium Matki Bożej jako Królowej Polski w 1983 roku podczas Jego drugiej pielgrzymki do Ojczyzny kluczowe pytanie, czego byłem naocznym świadkiem: „Powiedz mi, jaka jest Twoja miłość – a powiem Ci, kim jesteś”. Pamiętamy kontekst ideologiczny tego pytania papieskiego. Otóż wówczas szalała systemowa nienawiść PRL-owskiego socjalizmu względem Narodu Polskiego (także względem pozostałych Narodów świata w Europie i na innych kontynentach), Kościoła św. w Polsce i nade wszystko nienawiść systemu ateistycznego materializmu marksistowsko-leninowskiego względem Boga w Trójcy Świętej Jedynego. Ideologia komunizmu ma wpisaną w swoją istotę nienawiść jako ewolucyjny i bezsprzecznie priorytetowy motor istnienia i rozwoju świata.

Jakże naszemu Narodowi w Polsce i na świecie oraz całemu społeczeństwu polskiemu potrzeba katolickiego namysłu nad Miłością samego Pana Boga w Trójcy Świętej Jedynego i nad miłością bliźniego, do czego niniejszym za sprawą niezwykle owocnego i już ponad 21-letniego posługiwania Redakcji „Naszego Dziennika” bardzo serdecznie zapraszam.

Wraz z zacnym gronem Czytelników z serca gratulujemy tego znaczącego Jubileuszu i życzymy hojnych darów Ducha Świętego na dalszą równie bogatą treściowo służbę naturalnemu i nadprzyrodzonemu Dobru Wspólnemu wszystkich Polaków „ad multos et faustissimos annos”.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Ks. prof. Tadeusz Guz

Aktualizacja 17 marca 2019 (12:07)

Nasz Dziennik