logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Wyboista droga do prawdy

Środa, 10 kwietnia 2019 (11:53)

Sprawa Smoleńska na pewno powróci do głównego nurtu debaty publicznej.

Bez poznania prawdy o tym, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku, niepodległość Polski jest nijaka, a niezawisłość iluzoryczna. Państwo nie może wyrzec się wyjaśnienia wszystkich okoliczności katastrofy, to jest warunek szacunku dla nas samych.

Dla rodzin 96 ofiar, które udając się na uroczystości 70-lecia zbrodni katyńskiej, zginęły w katastrofie rządowego samolotu, dramat 10 kwietnia nigdy się nie skończy. Życie toczy się na pozór normalnie, nie zatrzymało się. Wdowy musiały podjąć podwójne obowiązki, zastąpić w jakimś stopniu ojców osieroconym dzieciom. Niektóre doczekały się już wnuków. Ale czas nie zagoił wielkiej rany, nie wypełnił pustki po najbliższych osobach. Dlatego gdy zbliża się kolejna rocznica, powraca napięcie, lęk przed raniącymi słowami, jakich nie szczędzili im wyznawcy tezy, że wszystko zostało wyjaśnione, zbadane, a państwo zdało egzamin.

Wsparcie z góry

– Ten dzień jest trudny dla mojej rodziny, bo wszystko się przypomina, jakby to było dosłownie wczoraj. Odbywa się wiele uroczystości, które w oczywisty sposób przypominają to, co wydarzyło się 10 kwietnia. Organizatorzy chcą, żeby ktoś z przedstawicieli rodzin w nich uczestniczył, a nam jest trudno tak bez emocji stanąć w miejscach, które ich upamiętniają, czy przed grobem, gdzie leżą ci, którzy zginęli w Smoleńsku – dzieli się senator Alicja Zając, wdowa po Stanisławie Zającu, polityku, senatorze PiS. – I chyba cały czas tak będzie. Nigdy nie wiadomo, w jakim momencie przychodzi ból, że nie ma tej osoby, zwłaszcza jeśli byli to ludzie młodzi lub w kwiecie wieku, tak jak mój mąż. Tyle jeszcze miał planów.

Byli małżeństwem przez 32 lata, pobrali się w październiku 1978 r., w miesiącu wyboru św. Jana Pawła II na Papieża – patrona ich wspólnego życia. Wielokrotnie uczestniczyli w prywatnych audiencjach u Ojca Świętego, we wszystkich pielgrzymkach do Polski. Dlatego najstarszy wnuk ma na imię Karol.

– Staszek był człowiekiem bardzo lubianym, oddanym ludziom, otwartym, ciągle gdzieś jechał, spotykał się. Całe jego życie tak wyglądało od 1991 r., kiedy pierwszy raz kandydował do Sejmu. Odnosił sukcesy, chociaż był nadzwyczaj skromny, o nic dla siebie nie zabiegał – opowiada senator Alicja Zając.

Dziś wspomnienia 10 kwietnia powrócą ze zdwojoną siłą. – Widzę siebie w domu, byłam wtedy sama. Idę do pokoju, żeby włączyć telewizor i obejrzeć uroczystości w Katyniu. Mąż bardzo przeżywał ten wyjazd, mimo że nikt z naszej rodziny tam nie zginął. Każdy był zaszczycony, że leci na pokładzie samolotu z prezydentem – odtwarza wydarzenia Alicja Zając. – Dla mnie bolesne było pokazywanie tego dnia w telewizji non stop symulacji lotu, upadku samolotu, nie wiedzieliśmy wtedy, jak bardzo ciała były porozrzucane, że samolot rozbił się na tyle części.

Stanisław Zając spoczywa na cmentarzu w Jaśle. Tu, po ukończeniu studiów prawniczych, mieszkał i pracował całe życie. Pani senator wraz z synem Wojciechem i wnukami będzie dziś modlić się przy grobie męża o godz. 8.30, potem uroczystości przeniosą się pod pomnik ofiar Katynia, Sybiru i Smoleńska w centrum miasta, a wieczorem w jasielskiej farze odprawiona zostanie Msza św. Przychodzi dużo ludzi, mieszkańcy Podkarpacia pamiętają. – Otoczona jestem życzliwością, czuję to. A kiedy trzeba podjąć jakieś trudne decyzje, proszę męża o pomoc. I otrzymuję wsparcie – wyznaje Alicja Zając.

Błędne decyzje

Tylko nielicznym dane będzie dziś stanąć na skrwawionej ziemi smoleńskiej. Odwiedzą Katyń i miejsce katastrofy, które bardzo zmieniło się w ciągu minionych dziewięciu lat. Obiecany przez Rosjan pomnik ku czci 96 ofiar nigdy nie powstał.

– Polaków przyjeżdża trochę mniej, gdyż obecnie jest utrudniony przejazd przez Białoruś i trzeba z Polski do Smoleńska jechać przez Litwę i Łotwę. Ale ta dłuższa droga nie przeszkadza tym, którym zależy, by być w Katyniu i oddać hołd naszym polskim oficerom. Ostatnio zauważam większą liczbę grup Polaków z Białorusi i wydaje się, że to pozytywne zjawisko – mówi o. Ptolemeusz Kuczmik OFM, proboszcz parafii Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Smoleńsku.

Miejscowi Polacy nie zapominają o rocznicach katyńskich i rocznicy katastrofy smoleńskiej, organizują wiele wydarzeń. – Już 31 marca był XIII Międzynarodowy Marsz Katyński z udziałem młodzieży z Poznania. Kolejne uroczystości odbędą się 10 kwietnia. Będzie jak zawsze Msza św. w Katyniu, jak również modlitwa na miejscu katastrofy – relacjonuje o. Ptolemeusz.

Część rodzin będzie w dniu rocznicy uczestniczyć w uroczystościach państwowych w Warszawie, część spędzi ten dzień w gronie najbliższych. – Wszystko w atmosferze powagi, spokoju, modlitwy i wdzięczności za życie tych, którzy zginęli – mówi poseł Andrzej Melak, brat Stefana Melaka, założyciela i przewodniczącego Komitetu Katyńskiego. On sam przeżywa ten dzień inaczej niż jeszcze rok, dwa lata temu. – W sercu się uspokoiłem. Mamy to, o co się modliliśmy: w Warszawie powstały pomniki upamiętniające ofiary, jest gdzie złożyć kwiaty, zapalić świeczkę. To jest wielkie zwycięstwo i dowód na słuszność tego, co robiliśmy – przyznaje Andrzej Melak.

Dręczące pytania o pełne wyjaśnienie katastrofy jednak pozostają. Proces dochodzenia do prawdy trwa już dziewięć lat, ale raczej jeszcze długo nie dowiemy się, co naprawdę wydarzyło się na Siewiernym. Mszczą się karygodne zaniedbania z pierwszych godzin i dni, gdy właściwie przeżyliśmy podwójną katastrofę: jedną na płycie lotniska w Smoleńsku i drugą – katastrofę państwa polskiego, które najpierw nie potrafiło zapewnić bezpieczeństwa prezydentowi RP i najważniejszym osobom w kraju, a potem skapitulowało i oddało w ręce Rosji prowadzenie śledztwa. Dziś ponosimy konsekwencje tej decyzji Donalda Tuska i jego rządu, który dał przyzwolenie na badanie katastrofy według niewłaściwej podstawy prawnej (załącznik 13 konwencji chicagowskiej nie miał w tym przypadku żadnego zastosowania) i na pozostawienie wraku na terenie Rosji, i na urągające wszelkim standardom sekcje ciał.

– Pięć lat zostało zmarnowane, począwszy od decyzji premiera Tuska. Gdyby to, co teraz jest prowadzone: powołanie zespołów eksperckich z całego świata, laboratoria, które badają pobrane próbki, zrobiono wtedy, może byśmy już wiedzieli, co wydarzyło się 10 kwietnia. Żyjemy cały czas nadzieją, że gdy zakończą się prace tych komisji, może poznamy prawdę. Może – zawiesza głos Alicja Zając.

Rodziny smoleńskie są przekonane, że Rosjanie na początku skłonni byli przystać na duże ustępstwa, ale potem nastąpiła blokada i kalkulacje polityczne wzięły górę. Rodziny ofiar były niezasłużenie piętnowane, a przecież nie miały żadnych żądań, chciały tylko wiedzieć, czy w grobach są ich bliscy. To stało się dopiero po zarządzonych przez prokuraturę ekshumacjach.

– W działaniach początkowych nie było profesjonalizmu, bo oddano śledztwo w ręce Rosjan. Teraz, kiedy wiemy, jak traktowali ciała naszych zmarłych, to jest dodatkowy policzek dla strony polskiej. Mój mąż był jednym z ostatnich przewiezionych do Polski, były trudności z identyfikacją – przypomina Alicja Zając.

 

Co dalej?

Od objęcia władzy przez PiS w 2015 r. wzrosły oczekiwania na wyjaśnienie wszystkich aspektów katastrofy. Rodziny wielką wagę przywiązują do działań prokuratury, otrzymują regularnie informacje o postępach śledztwa, o procedurach prawnych podejmowanych w związku z postawieniem zarzutów rosyjskim kontrolerom. Rosja odmawia w tej sprawie pomocy prawnej.

Andrzej Melak: – Nie ma w tej chwili presji czasu, najważniejsze w badaniach, które prowadzi prokuratura i zagraniczne laboratoria, jest to, by ich wnioski były absolutnie niepodważalne. Są szczątkowe przecieki, że na wraku samolotu znaleziono ślady trotylu – nie emocjonujemy się tym, czekamy na końcowy raport. Najważniejsze, żeby tym, którzy drwili z niezależnych badań katastrofy, wybić wszystkie argumenty. Wiem, że to nie będzie łatwe, że znajdą się tacy, którzy zawsze w obliczu twardych dowodów powiedzą: „My się z tym nie zgadzamy, mamy własną wersję”. Ale musimy być jako społeczeństwo i Naród przekonani, że to, co będzie w finalnym raporcie, to będzie to, na co wszyscy czekamy.

Polacy i rodziny smoleńskie czekają na sprawiedliwość: ci, którzy swoimi zaniechaniami lub celowymi działaniami przyczynili się do katastrofy, powinni zostać postawieni pod pręgierzem opinii publicznej i ponieść odpowiedzialność przed sądem. Do tej pory skazany został (półtora roku w zawieszeniu) jednak tylko były wiceszef BOR gen. Paweł Bielawny. Toczy się proces byłego szefa kancelarii premiera Tuska, Tomasza Arabskiego, i czterech urzędników państwowych, wszczęty z prywatnego powództwa kilku rodzin smoleńskich. Jest postępowanie w sprawie zdrady dyplomatycznej, śledztwo trwa. Nikt więcej nie odpowiedział za śmierć 96 osób.

W Rosji bez zmian

W ostatnim roku niewiele informacji przedostaje się do opinii publicznej z prac organów zajętych wyjaśnianiem katastrofy. Różnie można interpretować to milczenie: chęcią przedstawienia tylko twardych dowodów, sytuacją międzynarodową czy wreszcie problemami z uzyskaniem odpowiedzi na podstawowe pytania dotyczące 10 kwietnia, gdy praktycznie nie mamy dostępu ani do wraku samolotu, ani do czarnych skrzynek. W to, że sprawa Smoleńska na pewno powróci do głównego nurtu debaty publicznej, nie wątpi prof. Henryk Głębocki z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wybitny badacz historii Rosji dostrzega, że prawda o Smoleńsku coraz bardziej przypomina losy sprawy katyńskiej, której mimo trwającego pół wieku kłamstwa nie dało się ukryć.

– Niestety, od samego początku Smoleńsk stał się elementem rozgrywki politycznej, i to chyba nie tylko wewnątrz Polski. Dlatego też zmiany polityczne na Wschodzie, o których coraz więcej mówi się w samej Rosji, być może zmienią nastawienie strony rosyjskiej. Obecnie to nastawienie wyklucza praktycznie możliwość zwrotu własności państwa polskiego w postaci rozbitego samolotu i jego szczegółowe badania, ale to nie zwalnia nas z dochodzenia do prawdy, bez względu na to, jakie to przyniesie rezultaty – podkreśla historyk.

W przypadku zmian w Rosji będzie możliwy każdy scenariusz ze względu na rangę polityczną Smoleńska. – Wrócą do sprawy tylko wtedy, kiedy stronie rosyjskiej będzie się to opłacało. Może to się stać w wypadku walki o władzę albo zmiany ekipy rządzącej – uważa prof. Głębocki, przypominając, że najważniejsze dokumenty katyńskie przywiózł do Polski w 1992 r. wysłannik Borysa Jelcyna, żeby pogrążyć swego przeciwnika, Michaiła Gorbaczowa. – Ostatni prezydent Związku Sowieckiego zdążył ujawnić i potwierdzić, że Rosja odpowiada za zbrodnię katyńską, ale list z nazwiskami ponad 14 tysięcy ofiar nie chciał przekazać w ręce premiera Mazowieckiego, tylko generała Jaruzelskiego, który z wielkim triumfem ogłosił swój sukces, choć przecież sam uczestniczył w kłamstwie katyńskim, ścigając ludzi mówiących prawdę o zbrodni – podnosi historyk.

Oczywiście, Rosja używa sprawy Smoleńska jako narzędzia wpływu na scenę polityczną w Polsce, zainteresowana jest wywoływaniem chaosu, napuszczaniem jednych na drugich. – To nie jest nowy scenariusz, on jest wpisany bardzo głęboko w tradycję rosyjskiej polityki imperialnej „divide et impera”. Musimy sobie z tego zdawać sprawę i nie pogłębiać podziałów, nie rozpalać niepotrzebnie konfliktów, ale zmierzać spokojnie do wyjaśnienia sprawy Smoleńska – podkreśla prof. Głębocki.

Rodziny smoleńskie gotowe są czekać i wiele znieść, byle prawda wreszcie wyszła na jaw. Pamięć walki o Katyń mobilizuje, bo tak jak w przypadku odkrywania tajemnicy zagłady polskiej elity, także dziś chodzi o zwycięstwo najwyższych wartości.

MałgorzataRutkowska

Aktualizacja 10 kwietnia 2019 (12:23)

Nasz Dziennik