logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Ewa Sądej/ Nasz Dziennik

Czas wyciągnąć wnioski

Wtorek, 4 czerwca 2019 (22:26)

Ze Stanisławem Markowskim, artystą fotografikiem, filmowcem, twórcą muzyki do hymnu „Solidarności”, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Trwają obchody 40. rocznicy I Pielgrzymki do Ojczyzny św. Jana Pawła II. Można powiedzieć, że nie byłoby Jana Pawła II, gdyby nie było Chrztu Polski i zawierzenia Ojczyzny w 1966 roku Matce Bożej i oparcia naszej państwowości na Chrystusie?

– To jest podstawa, fundament naszej tożsamości, państwowości, naszego życia narodowego. I tak było zawsze od momentu powstania państwa polskiego i to jest jakby naturalna gleba i powietrze, które nas otacza i otaczało w trakcie wyboru kapłaństwa Karola Wojtyły. Kościół polski, Kościół maryjny prymasa Wyszyńskiego to jest też niejako matecznik przyszłego Papieża, zwłaszcza w obliczu otaczającej fali przemocy komunistycznej. Los Polski, historia Polski, literatura, poezja, a zarazem plany Boże, a więc to, co ziemskie i niebiańskie – to jest to wszystko, co ukształtowało Jana Pawła II. Pamiętamy też o warunkach, w jakich w komunistycznej Polsce sprawował on funkcje kapłana, a następnie biskupa, metropolity krakowskiego, zanim został Papieżem. Myślę, że ten jego potencjał intelektualny, moralny, etyczny, wielka i charyzmatyczna wiara – jako dary Ducha Świętego, bo był to człowiek cały czas blisko Chrystusa – Jego niezłomna, odważna postawa – te wszystkie ludzkie cechy i dary Boże kształtowały go jako człowieka, kapłana i to sprawiało, że Kościół, kardynałowie wybrali go na Papieża, a świat bardzo szybko go zaakceptował i pokochał. Karol Wojtyła – Jan Paweł II nie mógł być bliższy nikomu niż własnym rodakom, zresztą kochaliśmy go, zanim jeszcze został Papieżem. Obserwowaliśmy jego postawę i wiedzieliśmy, że jest w gronie najwybitniejszych kapłanów w Polsce, z prymasem Stefanem Wyszyńskim na czele.

Kardynał Wojtyła został Papieżem i kilka miesięcy później przychodzi czerwiec 1979 roku i pamiętne słowa „Niech zstąpi Duch Twój…”, których pokłosiem było powstanie Ruchu Społecznego „Solidarność”. Staliśmy się mocniejsi. Czy był to początek, impuls do przemian w Polsce i świecie?

– Niewątpliwie był to zaczyn, ziarno rzucone w glebę, które bardzo szybko wydało owoc. Od II wojny światowej, a potem nawały komunistycznej, co na nas spadło, mimo bezkompromisowych postaw, przykładów odwagi Żołnierzy Niezłomnych, wspaniałych polskich patriotów, w tym również kapłanów, mimo tego całego oporu wobec zła mieliśmy poczucie beznadziei. Dlatego najważniejszą sprawą, jaką wniósł Karol Wojtyła, zostając Papieżem, jest to, że już wówczas zdaliśmy sobie sprawę, że mamy Polaka na najwyższym urzędzie, człowieka, przed którym wszyscy możni tego świata się kłaniali, nawet ci, którzy się z nim nie zgadzali. Jan Paweł II był autorytetem w wymiarze etycznym, cywilizacyjnym, także politycznym, odegrał też ważną rolę w ratowaniu świata. Teraz nam go zabrakło fizycznie, ale kiedy myślami wracamy do jego pielgrzymek, do słów, jakie do nas wypowiadał, to na nowo nabieramy sił, które w tym momencie są nam bardzo potrzebne. A więc to, że kard. Wojtyła został Papieżem, to była dla nas radość i umocnienie, a przyjazd do Polski, spotkanie się z milionami, to wszystko spowodowało, że zaczęliśmy się podnosić. Słowa, wołanie o Ducha Świętego, żeby zstąpił na tę polską ziemię, to była wielka siła miłości do Polski i do nas, Polaków. I myśmy to wówczas odczuwali. Jak pamiętamy, na placu Zwycięstwa w Warszawie to nie było wygłoszenie homilii czy odczytanie słów – jak często się zdarza, ale to była niesamowita, publiczna modlitwa Papieża Polska, wzywanie Ducha Świętego. Myśmy to słyszeli i mieliśmy świadomość, że On – Jan Paweł II jest zjednoczony, jest niejako w symbiozie z Duchem Świętym, który nam ma dać siłę. Myślę, że ten pierwiastek patriotyczny, żeby nas dźwignąć – również ku lepszemu życiu, także społecznemu, oraz ku przemianom, był najważniejszy.

Za komuny ludzie wierzyli w Boga, może nawet bardziej niż dzisiaj…    

– Owszem, ludzie mieli czystsze i bardziej stabilne wyobrażenie swojej wiary w Boga niż dzisiaj. Nie było zatem tak, że byliśmy zateizowani, skomunizowani, a Jan Paweł II przyszedł nas nawracać, tak nie było. Wiara Polaków w czasach PRL-u była bardzo silna, natomiast Jan Paweł chciał nas dźwignąć ku czemuś więcej, mianowicie – ku radości z przeżywania swojej wiary, z obecności Chrystusa wśród nas, bo tego nam wówczas brakowało. Można powiedzieć, że do przyjazdu Ojca Świętego w 1979 roku byliśmy smutni.

Czy pod wpływem Jana Pawła II zmieniliśmy się?

– Staliśmy się ludźmi wiary, radości i to była właściwie najważniejsza sprawa. Jednak pierwszym, najważniejszym impulsem było to, że w imię miłości do nas i do Chrystusa Jan Paweł II zobowiązał nas do podniesienia się z kolan, czyli odzyskania godności Polaka i chrześcijanina. Tak to odbierałem. Można powiedzieć, że to wszystko, co Jan Paweł II wówczas robił i mówił do nas, miało wymiar czysto polski. Wtedy to było dla nas najważniejsze i wtedy musieliśmy się przez to przebić. Jan Paweł II mówił do nas to, co wcześniej mówił też prymas Wyszyński, mianowicie – żeby kochać innych, najpierw trzeba pokochać siebie, żeby wejść na uniwersalny wymiar, najpierw musi być intymne – moje – spotkanie z Bogiem. Z tym oczywiście wiązała się miłość i odpowiedzialność względem Polski, do państwa, żeby je odzyskać. Przecież do przyjazdu Papieża traktowaliśmy ówczesne państwo jako reżimowe, można by rzec, że ludowego państwa nie kochaliśmy. Jako Polacy mający poczucie ciągłości historycznej, kulturalnej, kulturowej kochaliśmy Polskę jako Ojczyznę, w której Opatrzność Boża pozwoliła nam żyć, ale państwa jako systemu przyniesionego na sowieckich bagnetach nienawidziliśmy. Jednak zachowując to, co było charakterystyczne podczas zaborów, że potrafiliśmy trwać, zachowując Polskę we własnych sercach, w domach, w rodzinach, w Kościele, nie daliśmy się zmiażdżyć, zniszczyć i rozpłynąć jako państwo, o co Sowieci cały czas zabiegali. Dlatego ta I Pielgrzymka Jana Pawła II do Polski miała dla mnie, ale myślę, że dla wszystkich myślących po polsku, tak ogromne znaczenie.

Przed nami 4 czerwca i 30. rocznica częściowo wolnych wyborów. Jaki wpływ na odzyskanie przez Polskę wolności miał Jan Paweł II? Czy patrząc z perspektywy 40 lat od wizyty Papieża, nie zmarnowaliśmy tego daru, jaki otrzymaliśmy od Boga za pośrednictwem Jana Pawła II, i słów, jakie wypowiedział na placu Zwycięstwa?

– Musimy sobie uzmysłowić, że chronologicznie najpierw był 1978 rok i wybór kard. Wojtyły na Stolicę Piotrową, później I Pielgrzymka do Ojczyzny, potem była „Solidarność” – blisko dwa lata, o których niektórzy mówią, że był to „karnawał Solidarności”, co jest właściwie ubliżającym stwierdzeniem. Tak naprawdę w rozmowach ubeków z przesłuchiwanymi opozycjonistami, ludźmi „Solidarności” w stanie wojennym tak zaczęto nazywać ten czas, mówiąc do nas – mieliście swój karnawał, beztroską zabawę. Ale tak nie było, bo to było zwycięstwo tych wszystkich, którzy mówili, marzyli o niepodległości, ale na pewno nie była to zabawa. To było coś znacznie głębszego i poważniejszego – było to powstanie solidarnościowe, które w pewnym momencie zostało zaatakowane przez ówczesne komunistyczne władze. Faktem jest też, że nie wykorzystaliśmy tej wielkiej siły, którą mogliśmy, którą powinniśmy wykorzystać, i tu tkwi praprzyczyna. Niestety zarówno w rozmowach, jak też w swoich złudzeniach doprowadziliśmy do tego, że zaatakowano nas stanem wojennym i to w sytuacji, kiedy ZSRS był słaby i Moskwa wcale nie chciała do nas wejść. Zatem chodziło tu o stołki i utrzymanie władzy przez ówczesne elity. Tak czy inaczej mając ogromny potencjał ludzki i potężne wsparcie narodowe, powinniśmy wcześniej – uprzedzając ruch władzy – stworzyć struktury nowego, odrodzonego państwa i bronić je. Niestety tego nie zrobiliśmy, dlatego pod tym względem, mimo załatwienia wielu rzeczy w ramach 21 postulatów „Solidarności” z Porozumień Sierpniowych, był to czas zmarnowany. Dzisiaj musimy to nadrobić i tak się powoli dzieje od trzech, czterech lat. Jest szansa na drugą odnowę tak jak podczas I Pielgrzymki do Polski Jana Pawła II. Również przywołując słowa, jakie wówczas do nas wypowiadał, jest teraz odpowiedni czas na wcielanie tych treści w życie.

Dopiero teraz... Nie za późno?

– Tyle lat musiało minąć, 40 lat od słów, jakie padły na placu Zwycięstwa. I dopiero teraz widzimy, jak na bazie naszych słabości, czasem łatwowierności, gdzie nas oszukiwano, nie wypełniliśmy słów Papieża Polaka. Część środowiska solidarnościowego dogadała się z komuchami, którym się upiekło, nie ponieśli odpowiedzialności. Dawna nomenklatura komunistyczna się wzbogaciła, przejęto media, bankowość, służby itd., zniszczyli Stocznię Gdańską, gdzie rodził się Ruch Społeczny „Solidarność”, a my, Polacy, patrzyliśmy na to i pozwoliliśmy im dokonać tego dzieła zniszczenia. I ten czas – minione 30 lat – o tyle jest zmarnowany, że będąc dołowani, demoralizowani nie postawiliśmy się tej nawałnicy zła, które coraz bardziej się panoszy poprzez lansowanie i narzucanie wszelkiej maści zboczeń i promowania LGBT. Powinniśmy być mądrzy, roztropni – tak jak uczył Chrystus – mieć serce gołębia, ale umysł cwany jak u lisa. I tego nam brakowało. Tymczasem o tę mądrą, roztropną, ale i odważną działalność społeczną apelował do nas 40 lat temu św. Jan Paweł II. Sam ryzykował, próbowano go nawet zlikwidować. Nam wielka krzywda się nie działa, a do Papieża strzelano. I kto w tym wszystkim był bardziej odważny? Dzisiaj te nasze słabości, to czekanie, że ktoś za nas coś zrobi, powinno się skończyć i to jest właśnie ten etap, ten czas. Teraz, mając doświadczenie i nauczkę, co się dzieje, kiedy nie jesteśmy wierni, kiedy brakuje nam odwagi, kiedy nie jesteśmy zasadniczy w sprawach wiary i moralności, powinniśmy powrócić do źródeł nauczania św. Jana Pawła II, bo inaczej próby zniszczenia Kościoła będą się wciąż pojawiały. To sowiecka, bolszewicka metoda, ale czy my tego nie widzimy?

To chyba nie przypadek, że my, Polacy, kiedy jest nam już bardzo źle, to dopiero wtedy potrafimy się zjednoczyć i szarpnąć na duży zryw?      

– Dlatego zawsze powinniśmy być wierni zasadzie: działaj i módl się, żebyśmy nie byli leniwi, ospali, kiedy rozmontowują nasz system wartości. Nie da się, siedząc w domu i tylko się modląc, bez działania osiągnąć czegoś w życiu społecznym czy narodowym. Różaniec jest nam potrzebny do tego, żebyśmy współdziałając z Bogiem, zmieniali świat. Wokół nas trwa wojna cywilizacyjna, wojna kulturowa i musimy to widzieć i temu się stanowczo przeciwstawić. W innym wypadku choroba, wszelkie wynaturzenia, cała ta zgnilizna, która toczy świat, zniszczy nas. Te wszystkie parady homoseksualne, kretyńskie wystawy niemające nic wspólnego ze sztuką, ale pod płaszczykiem tego wszystkiego, także tzw. tolerancji, chce się nas znieczulić na szerzące się wokół zło. Postawa obojętności, brak sprzeciwu ludzi wierzących, brak świadectwa – to wszystko sprawiło, że Irlandia, Hiszpania czy Kanada, ale też wiele innych państw w Europie i świecie zwariowało, odchodząc od Boga. Skoro mamy przykłady, jak inni polegli, to musimy wyciągnąć wnioski i przeciwdziałać, wyprzedzając zło, które działa przez przyzwyczajanie nas. To jest bardzo przebiegła realizowana konsekwentnie strategia, która ma na celu destrukcję.  Gdzie w tej sytuacji jest nasza polska wrażliwość, inteligencja, gdzie instynkt – powiedzmy – sarmacki, gdzie się w nas to wszystko podziało?

To kolejny argument, aby wrócić do nauczania Ojca Świętego?

– Dokładnie. To jest ten czas, kiedy św. Jan Paweł II jest nam szczególnie potrzebny. Tak jak w 1979 roku przyszedł do nas, rozpoczął dzieło przemian, kontynuował je i cierpiał, tak dzisiaj przychodzi do nas kolejny raz ze swoją nauką. Słuchajmy i powtarzajmy sobie codziennie te słowa: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi – tej ziemi”. Potrzeba nam wszystkim odwagi, Kościołowi w Polsce również. Mamy Boga nazywać Bogiem, moralność moralnością, a grzech grzechem. Jest nowy powiew Ducha Świętego i to jest Jan Paweł II. Patrząc wstecz, widzimy, że kiedy byliśmy z Chrystusem, kiedy rzeczy nazywaliśmy po imieniu, dobro dobrem, a zło złem, a później, kiedy słabliśmy, to nas rozkładano na czynniki pierwsze tak jak przy okazji wyborów 4 czerwca 1989 roku. I dzisiaj robić z tego wielkie święto…, przecież to niedorzeczne. Jest też pytanie, gdzie w tym wszystkim była mądrość nas, Polaków, dlaczego nie korzystaliśmy z darów Ducha Świętego. Również dzisiaj nie zrobimy nic bez Chrystusa i jako Polacy nie zrobimy nic bez Jana Pawła II.

Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl