logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Na wojnie wszystko jest możliwe…

Wtorek, 29 marca 2022 (15:13)

Aktualizacja: Wtorek, 29 marca 2022 (15:56)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą z KUL i WSKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak zatrzymać Putina, żeby ten konflikt na Ukrainie nie rozlał się szerzej?

– Zdaje się, że nad tym zastanawiają tęgie głowy na całym świecie, ale póki co tego chyba nie wie nikt. Najprościej byłoby wygrać z Putinem wojnę na Ukrainie – to jest kluczowa sprawa, a reszta się wówczas będzie układać. Na polu walki rozstrzygają się losy Ukrainy, Rosji, ale także Polski i całego świata zachodniego.

Na co stać Putina, czy przyparty do ściany w akcie desperacji może użyć broni chemicznej, biologicznej? Już przecież takie sugestie się pojawiły

– Na wojnie wszystko jest możliwe. Natomiast taki ruch ze strony Rosji byłby obarczony gigantycznym ryzykiem nie tylko Putina, ale całego rosyjskiego państwa. Na pewno jest to jedno z ryzyk, jakie należy brać pod uwagę, stąd też względna ostrożność Ameryki – jeśli mówimy o bezpośrednim zaangażowaniu na Ukrainie. Z pewnością użycie broni chemicznej, biologicznej czy w ogóle broni masowego rażenia spowodowałoby wręcz niewyobrażalne konsekwencje. Rosja musiałaby się liczyć nie tylko z reakcją Zachodu, ale być może także z reakcją ze strony Chin. Jak widać nie są to proste rzeczy, aczkolwiek jakieś ryzyko związane z użyciem tego typu broni przez Putina oczywiście istnieje.

Po wizycie prezydenta Joe Bidena w Polsce jest pewien niedosyt. Chyba liczyliśmy na więcej deklaracji i konkretów?

– Owszem, takie głosy niezadowolenia czy też niedosytu się pojawiają, tylko warto mieć świadomość, że prezydent Joe Biden – w swoim wystąpieniu na dziedzińcu Zamku Królewskiego – nie mówił tylko do Polaków. Byliśmy jednym z wielu adresatów tego przesłania wypowiedzianego w Warszawie – żeby podkreślić wagę Polski w całej tej geopolitycznej układance – natomiast prezydent Biden mówił do całego świata, a w szczególności do świata Zachodu. Stąd wzywał do jedności, zwłaszcza kraje Sojuszu Północnoatlantyckiego pod szyldem Stanów Zjednoczonych, pod jego przywództwem, i wskazywał strategiczne cele świata Zachodu, który, jak podkreślał będzie walczył z tyranią, a więc z różnymi dyktaturami próbującymi zaburzyć rytm świata, zniszczyć światowy ład. W tym swoim manifeście wskazywał też perspektywę wielkich zmagań w Eurazji. Stąd nasze oczekiwania pewnie nie zostały zaspokojone, bo oczywiście byłoby dobrze, gdyby wskazał na jeszcze większe wzmocnienie militarne wschodniej flanki NATO, zwiększenie liczby amerykańskich wojsk stacjonujących w Polsce, również gdyby zaakcentował, że jeśli chodzi o odstraszanie nuklearne, to też ono nas obejmuje. I w tym sensie na pewno jest niedosyt, ale myślę, że na tę wizytę i jej rezultaty trzeba patrzeć w szerszej perspektywie – zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę cele Ameryki, które nie ograniczają się tylko do Europy czy do Polski.    

Dyplomacja lubi ciszę i nie o wszystkim można komunikować opinię publiczną, a pewne ustalenia tego typu wizyt wychodzą w praktyce. Czy jest zatem szansa na zwiększenie liczby żołnierzy amerykańskich lub też przyspieszenie dostaw do Polski amerykańskiego uzbrojenia?

– Nie wykluczałbym również takiej możliwości. Natomiast proszę zwrócić uwagę, że w obecnej administracji amerykańskiej nie ma jedności, spójności, jeśli chodzi o przekaz. Mianowicie ostre słowa Bidena stwierdzające, że Putin nie może dalej sprawować władzy w wielu stolicach nie zostały przyjęte najlepiej. Dlatego pojawiło się dementi służb prasowych Białego Domu, że prezydent nie miał na myśli zmiany władzy w Rosji lub inspiracji przewrotu, a jedynie wyraził nadzieję, że Putin nie będzie już próbował sprawować kontroli nad losem innych suwerennych państw w tej części świata. Jednak po tym dementi sam Biden potwierdził swoje słowa, co pokazuje, że polityka amerykańska jest chwiejna. Było to szczególnie widoczne jeszcze przed napaścią rosyjską na Ukrainę, kiedy Biden był proniemiecki, ale też prorosyjski, co w jakimś sensie też rozzuchwaliło Putina. Potem oczywiście była zmiana frontu i dobrze, że taka refleksja nastąpiła. Jednak nie zmienia to faktu, że ten przekaz się wewnętrznie gryzie i właściwa wizja dopiero się krystalizuje. Mamy zatem retorykę zimnowojenną, przypominająca czasy Rosji sowieckiej i próby powstrzymania agresji Moskwy i rozwoju imperium. Zobaczymy, jak to się wszystko ukształtuje, ale wydaje mi się, że nie tyle umowy zawierane w zaciszu gabinetów, co praktyka pokaże, jaka w tej rozgrywce jest rola Polski i jak wyglądają nasze relacje w kontekście Stanów Zjednoczonych.

W Turcji dzisiaj odbywają się rozmowy Rosja – Ukraina. Jest szansa na choćby zarys jakiegoś kompromisu?

– Nie sądzę, żeby to jeszcze był ten etap. Na pewno wszystko zależy od Rosji – jak władze na Kremlu oceniają swoją pozycję, swoje możliwości. Fakty są takie, że póki co Rosja tę wojnę przegrywa, co widać, bo nie osiąga żadnego ze strategicznych celów. W tym sensie traci bardzo dużo – także wizerunkowo. Wydaje się, że przede wszystkim Rosja za szybko weszła i uwikłała się w tę wojnę. Gdyby poszła do tej wojny w momencie, kiedy Stany Zjednoczone miałyby otwarty konflikt na Dalekim Wschodzie, np. z Chinami, to wtedy wkroczenie Putina z wojskami na Ukrainę mogłoby unieruchomić Amerykanów, którzy nie byliby w stanie zareagować. Stąd łatwiej mogliby przystać na „drugą Jałtę”, czyli na nowy podział Europy między Rosję i Niemcy. Natomiast Rosjanie przyspieszyli, zaczęli wojnę.

Czym zatem się kierowali?      

– Zapewne myśleli, że Zachód zachowa się wobec Rosji i Ukrainy podobnie, jak to miało miejsce podczas konferencji w Monachium w 1938 roku, kiedy Hitlerowi de facto oddano Czechosłowację. Sądzili, że będzie to szybka operacja, mało kosztowna i będą mieć sprawę załatwioną. Zakładali, że przez to jeszcze bardziej się wzmocnią, a kiedy pojawi się konflikt na Dalekim Wschodzie, to Moskwa w tej geopolitycznej układance będzie znaczyć jeszcze więcej. Tymczasem weszli do wojny kinetycznej, ugrzęźli na Ukrainie i zamiast się wzmocnić, to mogą doprowadzić do sytuacji, kiedy ta wojna będzie przez nich przegrana, co uniemożliwi im kontynuację swojej gry, tzn. że przez kilka kolejnych lat nie będą zdolni do agresywnych działań. Z kolei jeśli Stany Zjednoczone domkną teraz sprawę na wschodniej flance, to będą miały wolne ręce w konfrontacji z Chinami. Rosjanie bardzo się przeliczyli. Jak zechcą się z tego wyplątać, jak będą wyglądały ewentualne rozmowy pokojowe, trudno to dzisiaj powiedzieć. Na pewno Moskwa chciałaby coś zdobyć, żeby rosyjskiej opinii publicznej móc ogłosić jakiś sukces, może zdobyć chociażby Mariupol, Donbas, ale to będzie trudne. Nie wiadomo też, czy Rosjanie tymi rozmowami nie markują jakichś działań, aby wprowadzić Ukraińców w przysłowiową ślepą uliczkę. Myślę, że to się wkrótce okaże.

Rosja przegrywając, może przymknąć oko na akcesję Ukrainy do Unii Europejskiej, ale nie do NATO. Czy to możliwe?

– Członkostwo Ukrainy w NATO tak naprawdę chyba w ogóle nie jest poważnie brane pod uwag – w tej chwili ani przez Stany Zjednoczone, ani nawet przez samych Ukraińców. Natomiast dużo gorszą rzeczą byłaby demilitaryzacja Ukrainy, czego Moskwa żądała. Jeśli to nie nastąpi, to Ukraińcy – gdyby przy wsparciu Zachodu wygrali tę wojnę – będą się tylko wzmacniać, a Amerykanie będą im pomagać. Nie będąc w NATO – po wygranej wojnie będą dużo mocniejsi niż przed wojną. Jeśli zaś chodzi o członkostwo w Unii Europejskiej, to jest inny wymiar, przede wszystkim ekonomiczny, co w mniejszym stopniu zagraża Rosji niż członkostwo Ukrainy w NATO. Trudno jednak powiedzieć, w którym kierunku rozwinie się sytuacja. Na pewno z punktu widzenia Moskwy nie jest to ona ciekawa. Wydaje się więc, że ewentualne użycie broni masowego rażenia może być jakimś pomysłem, ale skrajnie ryzykownym. Należy też rozważyć udział Chin w tym konflikcie i maksymalnie wsparcie Moskwy przez Pekin, czyli dozbrojenie itd. Jednak to rozwiązanie też niesie za sobą poważne ryzyka. Natomiast inne opcje są dla Rosji bardzo nieciekawe.          

Jeśli chodzi o Chiny, to też nie wiadomo, czy Pekin będzie chciał się zaangażować w ten konflikt zwłaszcza po ostrzeżeniu ze strony Joe Bidena, który w rozmowie z Xi Jinpingiem mówił o wysokich kosztach takiego kroku?

– Owszem, ale Chiny to nie Ukraina, nawet nie Rosja, jeśli chodzi o potencjał. Pekin to potęga. Proszę zwrócić uwagę, że wojna handlowa trwa, a Chiny sobie doskonale radzą. Oczywiście, Amerykanie starają się grać siłą strachu, jednak nie wiem, czy to może zadziałać na Chiny. Jest zatem pytanie, jak zareaguje Pekin, czy skalkuluje tę wojnę na Ukrainie jako konflikt, który trzeba zakończyć i nie należy tego przeciągać, bo na dłuższą metę im się to nie opłaca – mam na myśli Jedwabny Szlak itd. Jest też inne rozwiązanie, mianowicie, że być może Pekin skalkuluje, że niech ta wojna trwa, że trzeba wzmocnić Rosję, że Ameryka poprzez swoje zaangażowanie osłabnie, też straci w perspektywie walki o Daleki Wschód i interesy na Pacyfiku. Jak widać jest kilka opcji. Jeśli Chińczycy zdiagnozują, że nie jest im w tej chwili potrzebna eskalacja konfliktu na Ukrainie, to będą uzależniać Rosję od kupna od nich surowców energetycznych oraz sprzedaży im swoich towarów. W tym rozumieniu Rosja nie ma wielkiej alternatywy i będzie musiała jakoś ten konflikt na Ukrainie zakończyć. Wszystkie pionki są zatem w grze i na Kremlu głowy rosyjskich polityków płoną, parują i pewnie wszyscy myślą, jak z tego wyjść.

Zatem rację ma prezydent Biden, mówiąc, że przed nami długi marsz?

– Mówiąc o długim marszu, Joe Biden miał nie tyle na myśli wojnę na Ukrainie, nie tylko wojnę z Rosją, ale wybiegał szerzej. Mówiąc o tyraniach, o rządach dyktatorskich, bardziej miał na myśli Eurazję, gdzie takim dyktatorskim rządem są właśnie Chiny. W związku z tym prezydent Biden chciał zmobilizować świat nie tylko do wojny z Rosją, ale przede wszystkim do strategicznej wojny zjednoczonego świata Zachodu pod przywództwem Ameryki z Chinami. Myślę, że to przesłanie w Pekinie zostało odebrane w sposób jednoznaczny.           

     Dziękuję za rozmowę.    

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl