logo
logo

Zdjęcie: facebook/grzegorzgorski/ Inne

Toczymy wojnę na dwóch frontach

Piątek, 17 czerwca 2022 (21:44)

Aktualizacja: Piątek, 17 czerwca 2022 (21:51)

Z prof. Grzegorzem Górskim, dr. hab. n. prawnych, prof. Toruńskiej Szkoły Wyższej – Kolegium Jagiellońskiego, w latach 2011-2014 sędzią Trybunału Stanu, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Niedawno Parlament Europejski przyjął kolejną już rezolucję przeciwko Polsce. Z czym mamy do czynienia i kto jest beneficjentem tego typu antypolskich zachowań?

– Trwa walka federalistów o pozatraktatową zmianę charakteru Unii Europejskiej. To działanie, które ma na celu stworzenie państwa federalnego na wzór II Rzeszy Niemieckiej, w której rolę ówczesnych Prus dzisiaj przejmie Republika Federalna Niemiec. Wobec tych planów Polska jawi się jako główny oporowy, więc wszystko, co się dzieje, kręci się wokół tego tematu. Złamanie Polski ma być drogą do zglajszachtowania Unii Europejskiej pod nowopruskim butem. Jeśli Polski nie da się złamać, ci sami ludzie będą dążyć do wypchnięcia nas poza orbitę Unii, tak jak uczyniono to z Wielką Brytanią. Ten plan jest już tak czytelny, że aż boli.

Czy są jakieś podstawy prawne, które upoważniałyby europarlament do atakowania państwa członkowskiego i jego konstytucyjnych organów, a co za tym idzie – czy nie mamy do czynienia z łamaniem tzw. praworządności, ale przez Parlament Europejski?

– Oczywiście, że żadnych podstaw prawnych do atakowania Polski nie ma, ale w Unii Europejskiej obowiązuje już w całej pełni „etyka Kalego”. Są po prostu podwójne standardy. W tym wymiarze osiągnęliśmy model sowiecki – mianowicie cel uzasadnia każde działanie. Sowieci dążyli do budowy komunizmu i wszystko, co temu służyło, było „praworządne”. Współczesna formacja neobolszewicka postępuje tak samo – scentralizowana, sfederalizowana i ideologicznie ekstremalnie lewacka Unia Altiero Spinellego jest ich celem i wszystko, co robią dla osiągnięcia tego celu, jest „praworządne”. W jednym i drugim przypadku ten, kto jest przeciw ich obłąkanym wizjom, jest „wrogiem ludu”, którego nie tyle nawet że można, ale należy wręcz unicestwić. Na dzisiaj to my właśnie pełnimy rolę głównego „wroga ludu europejskiego”, a decydują o tym rada komisarzy ludowych w Brukseli i trybunał ludowy w Strasburgu. Tak to wygląda.

Wyłożył Pan Profesor kawa na ławę, ale tym razem dostało się też Ursuli von dr Leyen i Komisji Europejskiej, która chce kompromisu z polskim rządem i po kilkunastu miesiącach zatwierdziła „Krajowy plan odbudowy” dla Polski…

– Dążenie do usunięcia Ursuli von der Leyen ujawniło się już po zmianie rządu w Niemczech. Kolejne klęski Europejskiej Partii Ludowej (EPP) w krajach europejskich spowodowały, iż pozostałe frakcje w instytucjach Unii dążą do złamania dominacji tej formacji politycznej, zbudowanej przez ostatnie ćwierć wieku. I ta rozgrywka jest częścią tej operacji, a sprawa polskiego KPO jest pewnym stymulatorem, aby dzieło to wykonać. Jednak doprowadzenie do przegłosowania votum nieufności w Parlamencie Europejskim dla Ursuli von der Leyen jest prawie niemożliwe. Natomiast zakładając, że taką większość udałoby się zbudować, to wyłonienie jej następcy na niecałe dwa lata przed wyborami europejskimi, bez kolejnych manipulacji przepisami traktatu, jest już praktycznie niemożliwe. Nie można jednak wykluczyć, że istotnym celem tej gry jest w ogóle sparaliżowanie instytucji unijnych, stymulowane przez rosyjską agenturę. Wtedy cała ta operacja może się powieść.

Czemu ma służyć utrudnianie działania państwu członkowskiemu i wstrzymywanie wypłaty środków, a tym samym zubażanie obywateli. Czy atakowanie Polski to nie jest przejaw jakiegoś szerszego planu?

– O kontekście walki o federalizację Unii Europejskiej już wspomniałem wcześniej, ale jest też drugi plan, nie mniej istotny. Mianowicie Polska jako jeden z niewielu krajów przeszła przez kryzysy covidowe oraz wynikające z nich konsekwencje, a także przez kryzys energetyczny stosunkowo łagodnie. Na pewno łagodniej niż inne kraje. Tymczasem w obliczu przebudowy rynku surowców zwłaszcza przemysł niemiecki, francuski oraz włoski będą miały olbrzymie problemy. Pozbawione taniego gazu rosyjskiego, podporządkowane obłąkanym wizjom Fransa Timmermansa i innych zielonych maniaków, skazują swoje gospodarki na długotrwałe problemy. Wiadomo już, że wskutek realizowania tej polityki, zamkną sobie drogę do wielu rynków światowych. Tym samym przynajmniej tu w Europie muszą wyeliminować konkurentów. W tym kontekście Polska, a szerzej: Grupa Wyszehradzka są głównym problemem. Chodzi o to, że nie tylko nie padliśmy pod ciężarem tych kryzysów, ale jeszcze w normalnych warunkach, szybko znacząco przybliżylibyśmy się do tych największych graczy. Oni tego nie mogą zaakceptować, więc podejmowane przez nich działania mają nas po prostu usadzić. Mamy być tylko rezerwuarem taniej siły roboczej oraz rynkiem zbytu. Innej roli dla nas nie przewidziano. Stąd ta walka na każdym odcinku.

Co ciekawe, w tym planie pomagają im zasiadający w europarlamencie przedstawiciele Polski, którzy mają dbać o interesy własnego państwa, tymczasem europosłowie Platformy, Lewicy występują przeciwko Polsce i zachęcają do tego innych…

– Czytałem ostatnio biografię długoletniego sternika gospodarki PRL Piotra Jaroszewicza. Okazuje się, że od lat 50. reprezentował on PRL w RWPG i prowadził wszystkie negocjacje z Sowietami. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć po tej lekturze, że przy tych dzisiejszych zaprzańcach Jaroszewicz jawi się jako wielki polski patriota. Taki jest mój komentarz.

Kiedy rozmawiam z europosłami Prawa i Sprawiedliwości, to twierdzą, że nie znają przypadku, żeby posłowie innych państw atakowali własny kraj na forum europarlamentu. Na co zatem liczą donosiciele z Polski, przecież donosicieli politycznych nikt nie traktuje poważnie?

– Do niedawna sądziłem, że oni naprawdę uważają, że polityka „im gorzej, tym lepiej” ma służyć odzyskaniu władzy. Ale teraz mam już absolutne przekonanie, że to jest wykonywanie poleceń, które otrzymują od obcych, sponsorujących ich ośrodków. Głupota ma swoje granice. Tu jest już tylko bezgraniczne oddanie cudzym panom.

Polska jako kraj frontowy Unii Europejskiej wspiera Ukrainę, a mimo to jesteśmy wciąż przedmiotem ataków. Zgodzi się Pan Profesor z tezą, że działania europarlamentu można porównać do ataków Putina i Łukaszenki z ubiegłego roku?

– Od początku kryzysu granicznego prezentuję tezę, że toczymy wojnę na dwóch frontach. Z mojej perspektywy nic się tu nie zmieniło. Przywiązywanie wagi do wyduszanych z trudem pochwał dla nas w związku z przyjmowaniem Ukraińców nie ma sensu. To pustosłowie na użytek przejściowych nastrojów opinii publicznej w krajach zachodnich. Nie ma to żadnego znaczenia dla realnych działań naszych wrogów.

Jak długo ta presja na Polskę może jeszcze potrwać? Czy jest jakiś kres tego antypolskiego szaleństwa?

– Jeśli Polska złoży hołd lenny i podda się bezwarunkowo wszystkim dyspozycjom Brukseli, Berlina czy Paryża, będzie od razu pieszczochem tych stolic. Tak było z Donaldem Tuskiem, który robił, co mu kazali, i osobiście na tym zyskał. Zyskiwali też jego komilitoni. A że traciła Polska…? No cóż, mieli do kogo w naszej historii się odwoływać. Prawdziwym kresem będzie tu destrukcja Unii Europejskiej i gospodarki poszczególnych państw, jeśli idiotyzmy zapisane w „Fit for 55” będą realizowane. To zniszczy ekonomicznie Europę, spauperyzuje setki milionów Europejczyków i wtedy zadadzą sobie oni pytanie, czy naprawdę tak musiało być. Dla nas ważne jest to, ażebyśmy uniknęli konsekwencji tych szaleństw – innymi słowy, żebyśmy trzymali się z daleka od tych eksperymentów. Jeśli to przetrwamy, to Europa – tak jak w XV i XVI wiekach – będzie leżała u naszych stóp.

Może więc obecny kształt Unii Europejskiej i europarlamentu powinien zostać poddany głębszej korekcie? A jeśli tak, to na czym miałaby ona polegać?

– Obawiam się, że sprawy zaszły za daleko i tu już nic się nie poradzi. Oczywiście teoretycznie, gdyby w wyborach zwyciężyli przeciwnicy tych neobolszewickich działań, to dałoby się z tym jeszcze coś zrobić. Jednak widać to choćby po Francji, że tam nawet prawicy odpowiada pozostawanie na marginesie i nie ma wiary w możliwość odniesienia zwycięstwa. Marine Le Pen przegrywa wybory, bo nie jest w stanie przekonać nawet swoich zwolenników, aby chodzili do urn i głosowali. Może jeszcze to, co się dzieje we Włoszech czy w Hiszpanii, jest jakąś nadzieją na zmiany. Przyszły rok może być kluczowy, bo jeśli powstaną centroprawicowe koalicje we Włoszech i w Hiszpanii, zdominowane przez sojuszników Prawa i Sprawiedliwości, to będzie to silny impuls przed wyborami do „eurosowietu”. Przed nami zatem bardzo ważny rok.

    Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl