logo
logo

Zdjęcie: fot.arch. twitter/brzonca/ Inne

Front niszczenia Europy ojczyzn wciąż w natarciu

Poniedziałek, 20 czerwca 2022 (19:02)

Aktualizacja: Wtorek, 21 czerwca 2022 (07:39)

Z Bogdanem Rzońcą, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Po wizycie przywódców Niemiec, Francji i Włoch w Kijowie w mediach – m.in. niemieckich – pojawiają się informacje, że kanclerz Scholz i prezydent Macron mieli naciskać na Wołodymyra Zełenskiego i namawiać go do ustępstw wobec Rosji, do rozmów z Putinem na temat podziału Ukrainy…

– Sytuacja jest bardzo jednoznaczna – mianowicie wskazuje na sojusz niemiecko-francuski, który znany jest w Unii Europejskiej od wielu lat. Ta sytuacja pokazuje, że ten skład Scholz – Macron poszerzony o premiera Włoch Draghiego, czyli liberałowie i socjaliści dążą do tego, aby w przyszłości rządzić Europą, i to przy pomocy Putina, a Ukraina jest przeszkodą na tej drodze. Osobiście się nie dziwię, że informacje o tym, że wspomniana trójca namawiała prezydenta Zełenskiego do ustępstw na rzecz Rosji wyciekły. Dla nich Ukraina, która stawia dzielnie opór rosyjskiemu najeźdźcy, jest bardzo niewygodna. Już dawno mówiłem, że gdyby Ukraina upadła, to Niemcy, Francja czy Włochy pierwsze odtrąbiłyby w Brukseli sukces, że jest to najlepsze rozwiązanie, aby Ukraina oddała część swojego terytorium Rosji, bo to gwarantowałoby lokomotywom unijnym tzw. święty spokój i zapewniało świetlaną przyszłość. Tym bardziej należy się obawiać takich wizyt, nieszczerych stanowisk. Opóźnienie dotyczące samej wizyty, jak i zachowawcze stanowisko wobec wsparcia Ukrainy mają swoje podstawy historyczne związane z tym, że to byli najwierniejsi sojusznicy Putina. Przypomnę tylko, że kiedy po aneksji Krymu w 2014 roku nałożono embargo, to Francja czy Niemcy bez przeszkód handlowały z Putinem, dostarczając mu nie tylko broń, ale też zapewniali mu finansowanie zbrojeń. I to jakoś nie wzbudziło reakcji Unii Europejskiej, a zatem było praworządne, podczas gdy Berlin i Paryż zarabiały na nieszczęściu Ukraińców.

Nic się chyba nie zmieniło, bo dzisiaj dalej chcą handlować z Rosją i kontynuować – zwłaszcza Niemcy – projekt energetyczny Nord Stream?          

– Tu wychodzi cała hipokryzja Niemiec i Francji, które chcą nadal utrzymywać kontakty gospodarcze i energetyczne z Rosją, a jednocześnie wmawiać pozostałym państwom członkowskim, że najlepsze są farmy wiatrowe, fotowoltaika i tzw. czysta energia, bo na ten cel są pieniądze zabezpieczone w budżecie Unii Europejskiej. Tym samym chcą pozamykać krajom członkowskim Unii zdolności energetyczne oparte na tradycyjnych źródłach. Wcale się więc nie dziwię, że do tej wizyty kanclerza Scholza, prezydenta Macrona i premiera Draghiego doszło tak późno, że były naciski na Ukrainę w kierunku ustępstw, bo przywódcy tych państw mieli do załatwienia interesy własne, a nie interesy Unii Europejskiej czy Ukrainy, na którą cały czas naciskają, próbując zmusić Kijów do ustępstw na rzecz Putina, który zapewne im podziękuje niższymi cenami za gaz czy za ropę.

Ten obraz, który Pan nakreślił nie przekonuje jednak opozycji totalnej w Polsce, która zarzuca prezydentowi i premierowi, że są pomijani, że nie byli z Scholzem i Macronem w Kijowie. Ale to chyba dobrze, że Polska nie brała udziału w tym żenującym spektaklu?

– Totalna opozycja w każdym wypadku działa tak, aby odzyskać władzę w Polsce. W związku z tym każdy motyw ataku – nawet szkodliwy dla Polski, każdy pretekst jest dobry, ale Polacy to widzą. Aktywność prezydenta Dudy, jego przemówienie w Werchownej Radzie – jako pierwszego przedstawiciela innego państwa po ataku Rosji na Ukrainę, działania i wizyty premiera Morawieckiego oraz wicepremiera Kaczyńskiego w Kijowie – w towarzystwie prezydenta Słowenii czy premiera Czech, i to na początku inwazji rosyjskiej, to wskazuje, że Ukraina zapamięta właśnie te wizyty, postawę i aktywność Polski, Słowacji, czy Czech, a nie destrukcyjne działania Niemiec, Francji czy Włoch. I to jest dla nas najważniejsze. Natomiast opozycja będzie krytykować, bo sama nie ma nic do powiedzenia. Trzeba też wyraźnie powiedzieć, że opozycja polska też czerpie z liberalizmu i socjalizmu europejskiego. Dla przypomnienia kiedyś Leszek Miller przywiózł dolary z Rosji na wsparcie swojej formacji, a Kongres Liberalno-Demokratyczny otrzymał marki od Niemców na założenie partii liberałów, którzy później zrujnowali Polskę. To pokazuje, że jest duże podobieństwo między działaniem polskiej opozycji a działaniem Macrona czy Scholza. Muszą więc mówić tak samo, bo wszyscy mają jeden cel – budowę superpaństwa europejskiego, państwa federacyjnego. Przeszkadzają im w tym rządy prawicowe w Polsce i na Węgrzech, więc chcieliby jak najszybciej doprowadzić do zmian rządów w tych państwach.

Ma to też związek z opóźnieniami dotyczącymi wypłaty środków „Krajowego planu odbudowy” dla Polski?                 

– To jest prawdziwy cel polityczny. Natomiast te wszystkie zasłony co do rzekomego braku praworządności, że czegoś tam nie zrealizowaliśmy – to tylko jeden z powodów szarpania, podgryzania Polski. Tak naprawdę chodzi o to, żeby Zjednoczona Prawica przegrała, a do władzy doszły siły spolegliwe wobec działań Berlina, Paryża i Brukseli.

Swoją drogą Macronowi nie pomógł wyjazd do Kijowa w przeddzień drugiej tury wyborów parlamentarnych we Francji i koalicja prezydencka – choć wygrała, to straciła większość bezwzględną w Zgromadzeniu Narodowym…

– Francja przeżywa kryzys demokracji, coraz mniej ludzi chodzi na wybory. 46-procentowa frekwencja to niewiele, co pokazuje, że Francuzi nie wierzą w to, co robi Macron. Natomiast brakuje tam opozycji, która zjednoczona odebrałaby władzę formacji Macrona. Wyjazd Macrona do Kijowa rzeczywiście był obliczony na pozyskanie dodatkowych głosów przed niedzielną II turą wyborów i tak też było to komentowane we Francji. Okazało się jednak, że ten plan spełzł na niczym, bo Francuzi dobrze wiedzą, jakie interesy łączyły Macrona z Putinem. Tzw. opozycja francuska, która chciałaby silnego państwa, niestety nie jest zjednoczona, ale mimo to wytknęła Macronowi obłudę i próbę wykorzystania tego wyjazdu do Kijowa w celach marketingowych. Myślę, że taka lekcja pokory dla Macrona przyda się, a Francuzi – mam nadzieję – wykorzystają to. Macron jest liderem europejskim, który chce zbudować bardzo liberalną Europę, chce zatrzeć granice tożsamościowe, narodowe chce zatrzeć granice kulturowe. To jego ludzie w Parlamencie Europejskim – jak Guy Verhofstadt, czy Róża Thun po polskiej stronie – mówią, że trzeba się wstydzić języka polskiego, a Verhofstadt powiedział nawet, że jeśli Polska będzie nadal postępować tak, jak postępuje, to grozi nam kolejny rozbiór. To pokazuje, że ten polityk jest zupełnie niezorientowany w sytuacji w Polsce, a Róża Thun dyktuje mu pewne wypowiedzi i jest – rzec można – dyżurną spikerką do spraw transformacji Unii Europejskiej w jedno federalne państwo. Myślę, że Polacy powinni się zastanowić nad tym, na kogo głosują.

Co dla Europy może oznaczać brak bezwzględnej większości dla koalicji Macrona?

– Macron stracił bezwzględną większość w Zgromadzeniu Narodowym i choć wciąż pozostaje pierwszą siłą, to straci na tym Francja. Jest to więc dobry moment do przebudzenia się elektoratu francuskiego, jak chodzi o prezentowanie jedynie słusznych poglądów tylko dlatego, że Francja tak chce. Inne narody chcą inaczej i wierzę mocno, że obronimy Europę równych narodów, wolnych krajów, wolnych państw, ale do tego nam, konserwatystom, potrzeba jedności. Dlatego za dwa lata w wyborach do Parlamentu Europejskiego musimy pokazać jedność. Dzisiaj gołym okiem widać, że Ursula von der Leyen boi się europarlamentu, boi się, że może m.in. przez działania Guya Verhofstadta zostać odwołana z piastowanej funkcji szefowej Komisji Europejskiej, więc kluczy w sprawach związanych z „Krajowym planem odbudowy” dla Polski. Natomiast Donald Tusk cały czas poprzez swoich ludzi dyżuruje w Parlamencie Europejskim i serwuje informacje, które mają na celu pozbawić Polskę należnych nam pieniędzy. Kto wie, czy nie jesteśmy w sytuacji, kiedy Komisja Europejska pod presją zmieni zdanie w tej kwestii i nadal będzie szarpać Polskę, podgryzać rządy Zjednoczonej Prawicy i robi to w celu przywrócenia liberalnych rządów w Polsce. Polacy muszą to wiedzieć i dobrze przemyśleć, na kogo będą głosować.

Chce Pan powiedzieć, że – mimo akceptacji Komisji Europejskiej – w dalszym ciągu na unijnej scenie są próby storpedowania wypłaty środków z „Krajowego planu odbudowy”?               

– Jestem o tym przekonany. Kiedy słucham europosłów w Parlamencie Europejskim, którzy raz po raz przyjmują rezolucje czy stanowiska przeciwko Polsce, to jest to nic innego jak to, co głoszą Donald Tusk i Platforma w Polsce. To są bezprogramowcy, bo tak jak stwierdziła dzisiaj Izabela Leszczyna – oni mają program dla Polski, tylko pokażą go dopiero po wygranych wyborach. To jest komedia, naprawdę trudno o bardziej absurdalne stwierdzenie polityka formacji, która ma ambicje, by rządzić w Polsce. Natomiast faktem jest, że ci politycy są po to, żeby Polsce nie pomagać się rozwijać, ale przeszkadzać w tym Zjednoczonej Prawicy. Przewodnia rola Donalda Tuska, Platformy oraz europosłów Belki, Millera, Cimoszewicza, Biedronia, Róży Thun jest aż nadto widoczna, i to jest ich główny cel działania na arenie europarlamentu – żeby Polska tych pieniędzy nie otrzymała, żeby polscy samorządowcy zostali pozbawieni środków na inwestycje, podobnie przedsiębiorcy. Głupstwa, które opowiada Robert Biedroń, że zależy mu, aby Polska otrzymała te środki, że na najwyższym szczeblu będzie się spotykał z unijnymi liderami – to wszystko stoi w jawnej sprzeczności z manifestami, jakie wygłaszał on na forum Parlamentu Europejskiego. Łatwo można sprawdzić, co Biedroń mówił w europarlamencie, jak fałszował informacje o braku praworządności w Polsce, o braku praw dla kobiet i rzekomej dyskryminacji, o polskim systemie wychowawczym, który – jak twierdził – jest rodem z ciemnogrodu itd.

Może nie należało się godzić na mechanizm warunkowości, na mechanizm pieniądze za praworządność?

– Wydaje mi się, że możemy mówić, że zostaliśmy oszukani jako kraj, a Komisja Europejska dzisiaj – z obawy o stołek Ursuli von der Leyen – pod presją Parlamentu Europejskiego zmienia narrację. Przewodnicząca z Niemiec chciałaby dotrwać na stanowisku do końca kadencji europarlamentu, stąd taka zmienna postawa. Natomiast my powinniśmy robić swoje.

W jaki sposób?     

– Nie powinniśmy wysyłać sprzecznych sygnałów, tylko mówić jasno, że te pieniądze są nam potrzebne – wręcz niezbędne – zwłaszcza w sytuacji zaangażowania się Polski w pomoc ukraińskim uchodźcom wojennym. Nasze wydatki są potężne, a inflacja putinowska i kryzys energetyczny bardzo pogarszają sytuację naszym obywatelom. Do tego dojdzie jeszcze kryzys żywnościowy na jesień. Dlatego pytałem niedawno urzędników Komisji Europejskiej, czy nie warto zmniejszyć ilości wielkich „szlachetnych” celów klimatycznych, jakie ma Unia, a skupić się na pomocy ludziom, na walce z inflacją, z drożyzną energetyczną. W związku z czym czy nie warto przesunąć pieniędzy w kierunku wsparcia ludzi, żeby ludzie mieli tańszą żywność. Odpowiedź, jaką otrzymałem, jest w stylu unijnych technokratów, że absolutnie nie ma takiej możliwości, że Unia ma swoje cele, które musi realizować, że są kamienie milowe, które każdy kraj musi wypełnić. To pokazuje usztywnienie się Komisji Europejskiej w stosunku do Polski.

           Dziękuję za rozmowę.    

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl