logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Unia Europejska staje się coraz bardziej opresyjna

Poniedziałek, 25 lipca 2022 (17:49)

Aktualizacja: Poniedziałek, 25 lipca 2022 (18:59)

Rozmowa z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą
z KUL i AKSiM

Jak Pan Profesor rozumie słowa kanclerza Olafa Scholza o niemieckiej dominacji
w Europie?

– Niemcy nigdy nie kryły się ze swoimi planami dominacji, a federalizacja Europy czy chęć zniesienia weta w Radzie Europejskiej są tylko potwierdzeniem tych ambicji.
Słowa Olafa Scholza są zatem konsekwencją tego,
co już zapowiadał wcześniej, mówiąc o superpaństwie.
To oznacza, że każdy, kto na forum europejskim będzie się sprzeciwiał próbom zdominowania przez Niemcy Unii Europejskiej, będzie dalej czołgany i okładany sankcjami. Coraz wyraźniej widzimy, dlaczego nakładane i czym powodowane są kary finansowe na Polskę, jak chociażby wstrzymywanie wypłaty należnych nam środków
z „Krajowego planu odbudowy”. Jednak nie sądzę, żeby Berlin i Bruksela zrezygnowały z takich prób szantażu.
Co więcej, wszystko wskazuje, że będą się one zaostrzać. Widać więc, że stoimy u progu generalnej konfrontacji
z takim modelem Unii Europejskiej. Ponieważ wcześniej się wymykaliśmy, czy wymykamy się spod tych narzucanych nam siłą reguł, to jesteśmy poddawani presji  uruchamiane są różne czynniki, w tym także niemieckie dźwignie polityczne w Polsce typu totalna opozycja, która – jak wiemy – też mocno się radykalizuje zarówno werbalnie,
jak i w czynach. I to wszystko – zważając na kampanię wyborczą przed wyborami parlamentarnymi, które odbędą się w 2023 roku – jest bardzo niepokojące.

Agresja w słowach polityków totalnej opozycji coraz częściej przekłada się
na postawy ich zwolenników, co widać podczas objazdu kraju przez przedstawicieli Zjednoczonej Prawicy. Do czego to wszystko zmierza?

– Zwolennicy Koalicji Obywatelskiej są wychowywani czy ukształtowani w duchu nienawiści oraz pogardy wobec Prawa i Sprawiedliwości, i to od wielu lat. Ta pogarda przekłada się także na relacje społeczne. Przypomnę tylko, jak oceniano program „Rodzina 500 plus”, kiedy mówiono, że dzięki temu wsparciu państwa nad Bałtykiem mamy
do czynienia – jak to określano – z prostakami, którzy przyjeżdżają i tylko zaśmiecają plaże, nie pozwalając odpoczywać elicie. I ta wrogość, to dzielenie społeczeństwa – także w niektórych mediach – sączy się od lat. To też sprawia, że pojawiają się owoce tej nagonki. Opcja niemiecko-rosyjska, co by nie powiedzieć, przegrywa
w Europie, stąd irytacja, że przy całym aparacie wspomagającym w postaci mediów, nie ma efektów.
Poza tym środowiska totalnej opozycji liczą na rewolucję, do której odwoływał się niedawno sam Donald Tusk, czyli do pewnych procesów na kanwie kryzysu gospodarczego, który objął całą Europą i świat, również Polskę. Są to więc rzeczy spięte w jedną całość, które mają zrewolucjonizować Polskę i są tym bardziej groźne
w sytuacji, kiedy za naszą wschodnią granicą mamy wojnę.

Można się nie zgadzać z linią rządu,
ale zawsze trzeba być polskim patriotą…       

– Chyba że jest się polskim kosmopolitą. Jeśli tak, to nie patrzy się przez pryzmat interesu narodowego, ale bardziej interesu prywatnego, pod kątem własnych korzyści. Przy takim podejściu wyznawcom tych teorii wszędzie jest dobrze. Jest tam też ślepa wiara, że Niemcy przywrócą ich do rządów, a oni w podzięce będą wiernie im służyć. Ta ich nadzieja jest podobna do tej, jaką mieli targowiczanie, prosząc carycę Katarzynę o interwencję w Polsce
po uchwaleniu Konstytucji 3 Maja.   

Czy plan Berlina jest w ogóle realny, skoro już szereg krajów zaprotestowało przeciwko likwidacji weta w Radzie Unii Europejskiej?

– To się okaże. Władze niemieckie idą trochę pod prąd. Ich politykę można porównać do polityki Fransa Timmermansa i otoczenia, nakierowaną na „Fit for 55” – zwłaszcza kiedy mamy kryzys na rynku energetycznym, a ceny energii szybują. Czy nie warto zejść z kwot emisji CO2 po to, żeby ulżyć poszczególnym krajom z cen energii? Tymczasem oni wprost przeciwnie – mówią, że jeszcze szybciej trzeba budować farmy wiatrowe. Tylko z czego i jak zabezpieczyć dostawy surowca na instalacje i panele fotowoltaiczne, albo na baterie do produkcji samochodów elektrycznych, które według ideologów mają być przyszłością. Takich pytań, na które cały ten brukselski Wersal nie jest w stanie odpowiedzieć, jest więcej. To pokazuje indolencję tych bezrefleksyjnych, podszytych ideologią rządów. Bruksela żyje jak w bańce, niczym elita przed Rewolucją Francuską w Wersalu, oderwana od społeczeństwa, suto wynagradzana, kreująca pewne ideologie nietrzymające się kupy. Nic więc dziwnego, że pojawia się wrzenie, że niezadowolenie wśród państw członkowskich się potęguje. Co więcej, podczas gdy Unia Europejska przeżywa ogromny kryzys, to oni jeszcze bardziej brną w to,
co doprowadziło do tego kryzysu – zamiast posypać głowę popiołem, przyznać się do błędów i próbować przeciwdziałać sytuacjom kryzysowym. Czym to się wszystko skończy, trudno dzisiaj powiedzieć. Na pewno
nie wygląda to dobrze.

Czy Niemcy mają dane, żeby przewodniczyć Europie?          

– Od wielu lat od momentu zjednoczenia Niemiec nasi zachodni sąsiedzi próbowali dominować. Czynili to różnymi metodami – jeszcze za czasów Wilhelma II, co doprowadziło do wybuchu I wojny światowej, także za Hitlera – używając innej ideologii, co z kolei doprowadziło do II wojny światowej. Teraz ta dominacja Berlina została wpisana w pewien kontekst unijny, a Niemcy postawili sobie za cel, aby swoją dominację przywrócić. Dlatego też wracają do wszystkich starych koncepcji – do koncepcji Mitteleuropy, czyli dominacji w Europie Środkowej i Wschodniej, i stworzenia superpaństwa – potęgi, która będzie miała także wymiar globalny. Oczywiście pod ten fundament podkładają nową ideologię, ideologię rewolucji kulturowej. Widać, że ten cel tkwi w Niemcach głęboko, i krok po kroku, przyspieszając tempa, realizują ten swój plan dominacji. Czym się to skończy, tego nie wiem.

Czy takie działania Niemiec nie przyczynią się nie tyle do głębszej integracji, co do rozbicia Unii Europejskiej – takiej, jaka była w projekcie założycielskim?       

– Jest to bardzo prawdopodobne, ponieważ – jak widać – cały ten plan, cała ta wizja są coraz bardziej utopijne. Coraz bardziej przypomina to Jugosławię, która składała się z różnych krajów sfederalizowanych, różnych narodów, co z czasem się rozpadło. Projekt, z jakim mamy do czynienia dzisiaj, forsowany przez Niemcy, coraz bardziej niepokoi, dlatego absolutnie trzeba szukać alternatywnych konstrukcji, rozwiązań, a przede wszystkim zejść
z naiwności, że Niemcy czy Bruksela czegoś nie zrozumieli
i dlatego nas atakują, że ciągle trzeba im tłumaczyć rzeczy oczywiste, a zakulisowe rozmowy, negocjacje w końcu doprowadzą do tego, że oni się cofną. Otóż nie cofają się, nie widać też, żeby chcieli się cofnąć. Nie słuchają naszych tłumaczeń, a skoro tak, to też nie rozumieją.

Co może być tą alternatywną konstrukcją, rozwiązaniem?      

– Możliwości jest wiele. Polska, w tej chwili widząc, że dzieje się coś niedobrego, buduje, próbuje wyrąbać sobie przestrzeń w Europie Środkowej, stara się też zawrzeć pewne układy z Ukrainą. Wszystko po to, żeby stworzyć dla siebie alternatywną przestrzeń gospodarczo-polityczno-
-obronną.

Czy Unię stać na refleksję i powrót do korzeni, z których wyrosła, czy wszystko zaszło na tyle daleko, że powrotu już nie ma?    

– Nie ma ku temu racjonalnych przesłanek, nie ma podstawy społecznej, co jest bardzo istotne w takich sytuacjach, żeby to osiągnąć – żeby wyleczyć ten chory organizm.

Czy zatem Unia Europejska powoli zaczyna być pieśnią przeszłości?    

– Unia Europejska coraz bardziej staje się opresyjna. Społeczeństwo – szczególnie środkowoeuropejskie,
a zwłaszcza Polska – doświadcza, że z Unii Europejskiej
nie idą korzyści i wzmocnienie, ale wprost przeciwnie nakładane są na nas ciężary, coraz trudniejsze do udźwignięcia. To stawia pod znakiem zapytania cały ten projekt, któremu na imię Unia Europejska.

              Dziękuję za rozmowę.   

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl