Prezydent Joe Biden zapowiedział, że jeśli demokraci wygrają zbliżające się wybory i zdobędą większość w Senacie, to on z „radością i satysfakcją” podpisze ustawę o aborcji, czyli de facto dotyczącą zabijania nienarodzonych dzieci bez żadnych ograniczeń, aż do momentu urodzenia. Jak to rozumieć?
– Zważywszy, kim jest Joe Biden i jakie siły reprezentuje, to taka zapowiedź nie jest niczym dziwnym. Środowisko amerykańskich demokratów w ostatnich latach zrewolucjonizowało się całkowicie i ideologia neomarksistowska w tych kręgach niemalże króluje. Wystarczy tylko spojrzeć na bezpośrednie zaplecze prezydenta Joe Bidena, mianowicie na wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Kamalę Harris i jej poglądy na różne kwestie związane z rewolucją neomarksistowską, które eksponuje niemalże na każdym kroku. Oczywiście jest pewna różnica między Ameryką a Europą – polegająca na tym, że tam społeczeństwo jest bardziej zróżnicowane i są też siły konserwatywne, ale sama Partia Demokratyczna niczym się nie różni od socjalistów czy socjaldemokratów europejskich.
Aborcję z poziomu federalnego na grunt krajowy demokraci usiłowali przeforsować już trzykrotnie, ale bez powodzenia. Powodem był brak akceptacji w Senacie…
– Teraz też może być różnie, a więc nic jeszcze nie jest przesądzone. Tak czy inaczej jest problem, kto uzyska większość w Senacie. Zwykle jest tak, że Amerykanie wybierają na przemian – chodzi o to, żeby jedna siła nie dominowała. Stąd te problemy i jakieś niewiadome pojawiają się na horyzoncie. Gdyby nie to, to Joe Biden nie miałby tych problemów, które go dzisiaj dręczą.
Na pełnym dostępie do aborcji Joe Biden
i demokraci chcą poprawić swoje coraz gorsze notowania i na kwestiach światopoglądowych odbudować swoją pozycję?
– Nie jestem pewien, czy to wystarczy do odbudowania pozycji – zwłaszcza że Ameryka pogrążona jest w coraz większym kryzysie. Nie wiem zatem, czy na otwarciu na oścież drzwi do zabijania dzieci nienarodzonych da się w ogóle zbudować cokolwiek, w tym odbudować pozycję polityczną. Być może w pewnych stanach tak, ale w innych z pewnością nie. Zresztą w amerykańskich elitach, ale w ogóle w elitach zachodnich – tych lewicowych – widać, że ideologia wyznacza pewne kierunki działań. Niektórzy twierdzą, że wszystko to jest tylko elementem cynicznej gry, ale mnie się wydaje, że są momenty ideologiczne, które stanowią o pewnej współcześnie dominującej inżynierii społecznej, i zaplecze polityczne Bidena stawia tego typu wymagania.
Sprawa aborcji stała się ideą przewodnią
i najważniejszym elementem kampanii wyborczej w Ameryce. A skoro tak, to w jakim stanie jest kolebka demokracji, jak często określa się Stany Zjednoczone?
– Widać to przy okazji każdej kampanii wyborczej, kiedy ulicami Stanów Zjednoczonych przemieszczają się demonstracje Black Lives Matters zapoczątkowane po śmierci George'a Floyda – Afroamerykanina zabitego podczas interwencji policji w Minneapolis w 2020 roku. To pokazuje, że mamy tam do czynienia z rewolucją ideologiczną, która mocno przeorała amerykańskie społeczeństwo, nade wszystko opanowała uniwersytety, które powinny być ośrodkami naukowych badań i centrum myśli, co więcej, ta fala się nie zatrzymuje. To dowodzi, że Stany Zjednoczone są pęknięte kulturowo, i to bardzo mocno, co więcej, to pęknięcie, ta rysa się coraz bardziej pogłębia. Jednak nie sposób powiedzieć, że tam już wszystko się ułożyło wedle rewolucji neomarksistowskiej, bo jest widoczny opór wielu środowisk w różnych miejscach, natomiast nie ulega wątpliwości, że lewackie kręgi coraz bardziej się radykalizują. Podobnie jest w Unii Europejskiej i sami tego doświadczamy, więc tym bardziej możemy sobie wyobrazić, jak to wygląda w Stanach Zjednoczonych.
Czy zaplanowane na 8 listopada wybory do Izby Reprezentantów oraz jednej trzeciej składu Senatu mogą zmienić układ sił w amerykańskim Kongresie i inaczej sprofilować tamtejszą scenę polityczną?
– Owszem, jest taka możliwość. Proszę pamiętać, że my patrzyliśmy dotąd na Stany Zjednoczone – zwłaszcza ostatnio – z perspektywy wojny na Ukrainie i wsparcia finansowego oraz militarnego, jakiego obecnie rządząca administracja amerykańska udziela walczącym o swoją wolność Ukraińcom. W związku z tym odsunęliśmy z bieżącej oceny na bok kwestie ideowe, które nie widzą wojny, mają za nic ludzkie cierpienie, tylko cały czas się rozpychają. Wiadomo też, że bez amerykańskiego Kongresu – mam na myśli ustawowe działania – nic nie da się robić w kwestii dalszego wsparcia Ukrainy, dlatego przyszły kształt Kongresu ma tu duże znaczenie.
Na ile realne jest, że w przypadku wygranej Republikanów zagrożona będzie pomoc Ukrainie, co zasugerował lider republikańskiej mniejszości w amerykańskiej Izbie Reprezentantów Kevin McCarthy?
– To jest właśnie paradoks, z którym należy się uporać. Paradoks polegający na tym, że na początku kadencji polityka prezydenta Joe Biden – jego środowiska – była bardzo prorosyjska, co w jakimś sensie zachęciło Putina do takich, a nie innych działań, a z drugiej strony była to polityka proniemiecka, co Niemcom pozwoliło na prowadzenie własnej polityki w Europie. Życie jednak zweryfikowało podejście Joe Bidena do tych kwestii, stąd jego polityka, a zatem polityka Stanów Zjednoczonych stała się mocno antyrosyjska, co sprawia, że wsparcie obecnej administracji amerykańskiej dla Ukrainy wydaje się jasno określone i z punktu widzenia Polski bardzo korzystne. Natomiast z punktu widzenia ideologii i wszystkich tych spraw, o których powiedzieliśmy wcześniej, Joe Biden jest rewolucjonistą i jego środowisko tylko ten rewolucyjny stan pogłębia – nie tylko w Ameryce, ale również na całym świecie. Tak to jest w polityce, gdzie nie wszystko jest proste i oczywiste. Jeśli zaś chodzi o stanowisko części republikanów, bo nie wszystkich, odnośnie do kontynuacji wsparcia dla Ukrainy, to sądzę, że przeważy tutaj racjonalne podejście.
Donald Trump nie wyklucza startu w wyborach prezydenckich za dwa lata, co więcej, mówi wprost, że poprzednie wybory zostały sfałszowane i że on je wygrał. Pana zdaniem możliwy jest powrót Trumpa do Białego Domu i co by to oznaczało?
– To tylko pokazuje, że zarówno u demokratów, jak i u republikanów – w młodszym pokoleniu – nie ma tak silnych osobowości jak Joe Biden czy Donald Trump. To sprawia, że starzy – doświadczeniem, jak i wiekiem – politycy ciągle są na fali i chcą grać pierwsze skrzypce w amerykańskiej polityce. Zresztą tak jest nie tylko w Stanach Zjednoczonych, proszę tylko zwrócić uwagę chociażby na polską scenę polityczną. Jeśli zaś mówimy o konfliktach związanych z legalnością czy nielegalnością ostatnich wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, to przypomnijmy sobie, jak to wygląda i jak wyglądało w Polsce i za oceanem, sytuacja jest podobna. Mianowicie zaostrzenie sporu na gruncie ideowym powoduje, że te środowiska nawzajem się zwalczają, delegalizują, wykazując, że mamy do czynienia z jakimiś manipulacjami w procesie wyborczym.
Czy Donald Trump mógłby ponownie stanąć na czele obozu demokratycznego?
– Nie wykluczałbym i takiego biegu zdarzeń.
Czy jest jakiś kres ideologii rewolucyjnej, tej ideologicznej ofensywy, która usiłuje zawładnąć życiem społeczeństw i polityką nie tylko amerykańską, ale i światową?
– Nie ma kresu. W tej ideologii jest bardzo mocno ukryty nihilizm – czyli w istocie negacja sama w sobie, a więc bardzo niebezpieczne zjawisko od strony społecznej. To powoduje, że w tym względzie trudno jest orzekać, twierdzić, kiedy mogłoby się to wszystko zatrzymać. Proszę zwrócić uwagę, co dzisiaj się dzieje w Niemczech
– w Berlinie, gdzie powstają przedszkola lgbt, gdzie małe dzieci są poddawane procesowi demoralizacji. Gdy patrzy się na to, co się dzieje w tej materii, włos na głowie się jeży. Ale to pokazuje, że w tym względzie w całym tym procesie demoralizacji nie ma hamulców, nie ma żadnej granicy. To środowisko, czy te środowiska tylko się radykalizują, co dowodzi, że mamy bardzo głęboki kryzys cywilizacji zachodniej i wielkie zagrożenie dla jej istnienia.
Dziękuję za rozmowę.

