logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Nie możemy sobie pozwolić na demontaż państwa

Piątek, 13 stycznia 2023 (21:01)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą z KUL i AKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Sejm, korzystając ze wstrzymania się opozycji, przegłosował dzisiaj nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym. Jesteśmy bliżej otrzymania środków z „Krajowego planu odbudowy”?

– Tego tak naprawdę nie wie nikt i ja też nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Trzeba by być prorokiem, żeby tego typu rzeczy przewidywać, zwłaszcza że nieobliczalna w tym względzie jest Bruksela. Trudno zatem powiedzieć,
o co toczy się cała ta gra, czy chodzi o pieniądze, które nawet przy pozytywnej decyzji Komisji Europejskiej przecież od razu nie nadejdą, a które też w jakiejś mierze są formą pożyczki, czy powinniśmy mieć nadzieję na akceptację „Krajowego planu odbudowy” dla Polski, czy może nic z tego nie będzie. Uważam, że ryzyko, iż nie otrzymamy tych środków, jest nadal bardzo wysokie.    

Na wieści z polskiego Sejmu rzecznik Komisji Europejskiej stwierdził, że przyjęty projekt ustawy o Sądzie Najwyższym to ważny krok w kierunku wypełnienia zobowiązań wynikających z polskiego „Krajowego planu odbudowy”.

– No tak, ale rodzi się pytanie, ile takich kroków do otrzymania tych środków – w ocenie Komisji Europejskiej – jeszcze zostało? Rzecznik Komisji Europejskiej ocenił, że to krok we właściwym kierunku, jak rozumiem, czy zatem spełni to życzenia i oczekiwania Brukseli, czy może znajdą się kolejne progi i bariery? Tego oczywiście nie wiemy. Tak czy inaczej, nawet zakładając wariant superoptymistyczny, a więc, że te pieniądze będą Polsce przyznane, to one nie rozstrzygną wszystkich kwestii, co więcej – jawi się pytanie, za jaką cenę te środki ewentualnie pozyskamy.
I to, jak sądzę, jest dużo poważniejsza kwestia, jeśli chodzi o przyszłość Polski, bo dotyczy nie tylko ustroju sądowego, ale też naszej podmiotowości na arenie międzynarodowej.

Pamiętamy, że Ursula von der Leyen, goszcząc w Polsce, zaakceptowała inicjatywę i stanowisko prezydenta Andrzeja Dudy, po czym wróciła do Brukseli i zmieniła zdanie w kwestii spełnienia warunków przez Polskę…

– To prawda. Uczyniła to pod presją pewnych sił w Brukseli, co pokazuje, że Ursula von der Leyen nie wydaje się osobą decyzyjną, samodzielną, że nie jest główną rozgrywającą, jeśli chodzi o sprawę polską w Unii Europejskiej. Widać wyraźnie, że jest pod presją, że jej pozycja szefowej Komisji Europejskiej nie jest aż tak podmiotowa, jak można by to sobie wyobrażać, stąd jej zdanie wypowiedziane w Polsce nie było wiążące, bo innego zdania jest grupa, którą można by określić jako grupę trzymającą władzę. Czy teraz, po negocjacjach ministra Szymona Szynkowskiego vel Sęka, Polska dogadała się ze wspomnianą grupą, trudno mi powiedzieć. Być może owa grupa uznała, że po wycofaniu się z reformy sądownictwa i po de facto pewnym upokorzeniu Polski nadszedł czas, że można się wycofać i przyznać nam środki – zwłaszcza że Europa ma problemy wywołane przez wojnę na Ukrainie, ale tego też nie można stwierdzić ponad wszelką wątpliwość. Czas pokaże, jak się to ułoży i czy  rzeczywiście się ułoży. Bazując jednak na doświadczeniu, miałbym co do tego duże wątpliwości. Jeśli bowiem cel  przez blisko osiem lat był taki, żeby zmienić rząd
w Warszawie, a przyznanie środków z „Krajowego planu odbudowy” mogłoby wzmocnić pozycję rządu premiera Mateusza Morawieckiego przed wyborami parlamentarnymi, to jaki jest powód, żeby ten rząd uwiarygadniać i pozostawiać przy władzy. Być może jednak w Brukseli wydarzyło się coś szczególnego, może zmienił się układ sił, który dążył do wymiany rządu w Polsce, ale osobiście w to wątpię.

Czy Komisja Europejska nie powinna być  zainteresowana zakończeniem sporu
z Polską, zwłaszcza że Brukselę
i europarlament okryła afera korupcyjna,
w którą – jak donoszą media – może być zamieszanych nawet 10 proc. europarlamentarzystów?

– To są dwie różne sprawy i politycy w Brukseli to rozróżniają. Jeśli chodzi o Polskę, to nie mówimy tu
o kwestiach prawnych, ale o pewnej geopolitycznej grze
i o budowie superpaństwa europejskiego, na którego drodze staje Polska i rząd Zjednoczonej Prawicy. Nie sądzę jednak, żeby Niemcy zrezygnowali z tego projektu budowy superpaństwa lub federacji, co przy prawicowym, konserwatywnym rządzie w Polsce będzie im trudno zrealizować. Są zatem wątpliwości, ale jeszcze większe – przy założeniu, że się dogadano z Warszawą – dotyczą tego, czy nawet jeśli te pieniądze Polska pozyska, to jakie mogą być długofalowe konsekwencje tego kompromisu? Cena, jaką płacimy, decydując się na nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym, jest ogromna.

Co szczególnie budzi wątpliwości Pana Profesora?

– Widzimy, jakie są zapisy tej ustawy, a dogadując się
z Brukselą, wysyłamy jasny komunikat, że Komisja Europejska ma jednak kompetencje w sprawach ustroju sądowego w Polsce czy w każdym innym kraju członkowskim Unii Europejskiej. To diametralnie zmienia postać rzeczy, szczególnie że od początku staliśmy na stanowisku, że takich kompetencji Komisja Europejska nie posiada, a mieszanie się instytucji unijnych w ten obszar jest roszczeniem czy przypisywaniem sobie kompetencji
i bezprawnym mieszaniem się w sprawy suwerennego państwa. To może być też droga do kolejnych problemów, bo każda następna reforma sądownictwa – czy w ogóle wymiaru sprawiedliwości – w Polsce musiałaby być uzgadniana z Brukselą. I już sam ten fakt jest niezwykle niebezpieczny i może mieć niebagatelne znaczenie. Do tego należy dodać procedury uwiarygodniania się sędziów
i możliwość podważania statusu sędziów, co zagraża także fundamentom państwa. O tym, że ktoś jest sędzią, rozstrzyga nominacja, powołanie sędziego przez prezydenta, a nie jakaś inna procedura, którą można sobie dowolnie uruchamiać. Jest to zatem kolejny gigantyczny problem prawny i to są koszty niesamowicie wysokie, nawet za wysokie, biorąc pod uwagę środki, jakie możemy otrzymać w ramach „Krajowego planu odbudowy”.    

Z tego, co Pan mówi, wynika, że Bruksela osiąga krok po kroku swoje cele, a my – rząd Zjednoczonej Prawicy – zaczynamy się cofać. Czy zatem nie ma racji Solidarna Polska?

– To jest dobre pytanie. Oczywiście rzeczywistość to zweryfikuje, nie wiemy też, co będzie z ustawą o Sądzie Najwyższym, która przeszła dopiero w Sejmie, a jest jeszcze Senat, później – w razie zmian dokonanych przez większość senacką – sprawą jeszcze raz zajmie się Sejm,
a na końcu jest jeszcze decyzja prezydenta. Prezydent Andrzej Duda wcale nie musi zawetować tej ustawy, ale może ją przesłać do Trybunału Konstytucyjnego. Z kolei Trybunał Konstytucyjny musi brać pod uwagę polski porządek konstytucyjny, a nie negocjacje i ustalenia
z Brukselą. Dlatego odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia z pewną grą, którą nie tylko Bruksela prowadzi
w stosunku do Polski, twierdząc, że robimy krok we właściwym kierunku, ale być może Zjednoczona Prawica
w stosunku do Brukseli odgrywa jakiś teatr, który ma nam coś dać, a obserwatorami tej gry czy tego widowiska jesteśmy my, obywatele, którzy coraz mniej z tego rozumiemy. I to też jest problem.

Jeżeli rzeczywiście jest to teatr, to po co rząd premiera Morawieckiego, zważając, że przed nami wybory parlamentarne, coraz bardziej podkreśla wagę tych pieniędzy,
a jeśli ich nie otrzymamy, to jak zachowają się obywatele, idąc w październiku do urn wyborczych?   

– Nie wiem, czy rzeczywiście sytuacja budżetowa jest tak trudna, jak się mówi, czy raczej chodzi o to, żeby uwagę społeczeństwa skupić na „Krajowym planie odbudowy”. Tymczasem dużo ważniejsze w całej tej układance są fundusze strukturalne i inne kwestie, o których celowo mniej się dzisiaj mówi, a wszyscy skupiają się na środkach z „Krajowego planu odbudowy” jakby od tego zależały przyszłość Polski i wynik wyborów.

Tylko że sam rząd zmienia narrację, akcentując, jak ważny jest „Krajowy plan odbudowy”, podczas gdy jeszcze niedawno słyszeliśmy, że bez tych pieniędzy sami sobie poradzimy…

– Jest to komunikat nie tylko do społeczeństwa, lecz także do opozycji i zagranicy, żeby skoncentrować całą uwagę na tym temacie, a wszystko po to, by nie poruszano innych kwestii. Przecież przegłosowana dzisiaj przez Sejm nowela ustawy o Sądzie Najwyższym jeszcze długo może nie wchodzić w życie, bo na drodze jest Senat, potem może być jeszcze Trybunał Konstytucyjny. Ale jest też drugie dno, o którym mówi pan redaktor: na to wszystko patrzą obywatele, którzy niewiele albo nic już z tego nie rozumieją. Tymczasem gra musi być zrozumiała, czytelna, ludzie muszą wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi, o co toczy się walka. Po za tym na rzeczywistość trzeba patrzeć rzeczowo i rodzi się pytanie, czy to wszystko, o czym słyszymy, czy cała ta ustawa i procedury z nią związane, usprawniają nasz system sądownictwa, czy może bardziej komplikują sytuację i do sądownictwa wprowadzają jeszcze większą anarchię. Nie możemy sobie pozwolić na demontaż państwa. Przecież cały czas przed sądami toczą się sprawy, a jeśli nie ma stabilnego systemu sądownictwa, to ciężko prowadzić także sprawy gospodarcze itd. Jak widać, jest cała masa gigantycznych problemów i nikt nic nie rozumie z tego, co się dzieje. Jeśli się nie prowadzi gry politycznej w sposób jasny i zrozumiały dla wyborcy, to ludzie zaczynają się od tego izolować i pojawia się kolejny problem. Jest zatem cała masa niewiadomych i czas pokaże, czy i jak zostanie to rozwiązane.

                  Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl