logo
logo

Dziś w
„Naszym
Dzienniku”

Zdjęcie: Fot. Arch./ Inne

NIE TRAĆCIE WIARY W POLSKĘ!

Piątek, 24 lutego 2023 (20:33)

Było lato roku 1940. Na moście w Kairze mężczyzna w sile wieku spoglądał na Nil. Wprawne oko dostrzegłoby w szczupłej i wyprostowanej sylwetce postawę żołnierza – mimo cywilnego ubrania. Bo też był to żołnierz w każdym ruchu i spojrzeniu. Żołnierz polskiej secret army, siły zbrojnej Polskiego Państwa Podziemnego, fenomenu II wojny światowej.

Pułkownik August Emil Fieldorf wracał kurierskim, sekretnym szlakiem do okupowanego kraju, jako emisariusz rządu Rzeczypospolitej, by wzmocnić podziemną armię – wówczas Związek Walki Zbrojnej, znany od 14 lutego 1942 roku jako Armia Krajowa. We wrześniu 1939 roku dowodził 51. pułkiem strzelców konnych w Brzeżanach, który podczas odwrotu przed Niemcami stoczył bitwę w lasach iłżeckich i został rozbity. Pułkownik przedostał się do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, gdzie został natychmiast „namierzony” przez dowództwo jako wybitny, wszechstronnie wykształcony i doświadczony oficer, do tego człowiek pewny, głęboko ideowy (w 1914 roku żołnierz legendarnej I Kompanii Kadrowej, legionista, później bohater wojny z bolszewikami, wielokrotnie odznaczony za odwagę, oficer w Korpusie Ochrony Pogranicza. Uznano, że jest doskonałym kandydatem na współorganizatora i jednego z dowódców zakonspirowanej armii.

Autorytet dla młodzieży

Pułkownik Fieldorf nie zawiódł pokładanych w nim nadziei. Był pomysłodawcą i dowódcą legendarnego dziś Kedywu – Kierownictwa Dywersji Komendy Głównej AK. Zorganizował m.in. spektakularny i skuteczny zamach na „kata Warszawy”, dowódcę policji i SS Franza Kutscherę.

Pod koniec wojny awansowany na stopień generała brygady, był zastępcą komendanta głównego AK, gen. Leopolda Okulickiego, który widział w Fieldorfie dowódcę powojennej, antysowieckiej konspiracji niepodległościowej.

Niestety, stało się inaczej. Generał Okulicki został podstępnie aresztowany i skazany w Moskwie, w haniebnym „procesie” 16 przywódców Polskiego Państwa Podziemnego, na 10 lat więzienia. Wywleczony z więziennej celi, został zamordowany w Wigilię Bożego Narodzenia 1946 roku. Generał Fieldorf został aresztowany w Milanówku i wywieziony na Ural, gdzie pracował niewolniczo ponad dwa lata. Nie został rozpoznany przez NKWD. Doświadczony konspirator, świetnie grał rolę kolejarza Walentego Gdanickiego, miał doskonale podrobione przez akowską legalizację papiery. Dzięki temu na jesieni 1947 roku odesłano go przez Białą Podlaską do Polski.

W tym czasie czynne jeszcze były szlaki kurierskie (ewakuacyjne) na Zachód. Generał mógł tam wyruszyć ze swoją żoną Janiną i córkami, Krystyną i Marią. Nie zrobił tego jednak. Kilka lat przed śmiercią Janina nagrała na taśmie magnetofonowej wspomnienie o swoim mężu. Wyjaśniła powody tej decyzji. Generał był wstrząśnięty ubeckimi represjami na żołnierzach Szarych Szeregów. Znał okoliczności śmierci Jana Rodowicza „Anody”. Miał w oczach młodziutkich uczestników zamachu na Kutscherę i tych z akcji pod Arsenałem. Jego Kedyw, jego podkomendni! – To ja miałbym teraz uciekać? – pytał retorycznie żonę, a ona zauważyła łzy w jego oczach, gdy mówił o tej młodzieży, choć wcześniej nigdy nie widziała go płaczącego…

Dlaczego jednak powziął decyzję o ujawnieniu się w łódzkiej RKU, choć mógł przeczekać najgorsze lata komunistycznej, sowieckiej dyktatury w Polsce jako Walenty Gdanicki? Chciał generalskiej emerytury – jak piszą bezrefleksyjnie domorośli historycy? A może chciał być polskim Gandhim i tworzyć ruch biernego oporu, skoro czynny opór był wówczas niemożliwy? Jednej rzeczy generał Fieldorf nie przewidział: bezwzględnego bolszewickiego totalitaryzmu, który nie życzył sobie w Polsce sowieckiej jakichkolwiek autorytetów poza tymi, które ustanowiła jego załgana propaganda. W tej sytuacji uznano polskiego bohatera wojny z bolszewikami, generała żyjącego pod własnym nazwiskiem, za groźnego wroga, którego trzeba zabić.

Strażnik polskiej nadziei

Wróćmy do roku 1940, do mostu nad Nilem. Powszechnie uważa się, że stamtąd wziął się niepowtarzalny w Polskim Państwie Podziemnym pseudonim Nil. Jednak kilka lat po wojnie, już po śmierci generała na mokotowskiej szubienicy, odwiedził jego córkę Marię pewien człowiek. Przedstawił się jako oficer o nazwisku Szymański, podkomendny „Nila”. – To były niebezpieczne czasy, mama ostrzegała nas przed prowokacjami – mówiła mi po latach pani Maria Fieldorf-Czarska. – Straciłam z nim kontakt. Szymański powiedział mi wtedy, że pseudonim mojego ojca nie ma nic wspólnego z rzeką Nil, poza brzmieniem. Pochodzi od Horacjańskiego „Nil desperandum” – nie rozpaczajcie, nie załamujcie rąk, nie traćcie nadziei. Wielokrotnie przywoływano tę dewizę w czasach zaborów – dodała.

Jeśli Szymański miał rację, to generał „Nil” jawi się nie tylko jako człowiek honoru, ale też jako strażnik naszej polskiej nadziei, która nigdy nie umiera. Nadziei na suwerenny byt, za który umierali nasi przodkowie, a który na naszych oczach jest podkopywany każdego dnia przez budowniczych jakiejś nierozpoznanej jeszcze do końca, totalitarnej, „federalnej” budowli. Generał „Nil” to nie tylko historyczne, rocznicowe wspomnienie. To wezwanie do wierności Polsce.

Piotr Szubarczyk

Nasz Dziennik