Sytuacja na froncie daleka jest od planów i założeń Putina opublikowanych przez brytyjski dziennik The Sun, gdzie NATO miało zostać podzielone, a część państw miała być gotowa do zaakceptowania ataków rakietowych na Polskę i kraje bałtyckie. Były podstawy do takich przewidywań Putina?
– Tak naprawdę nie bardzo wiadomo, czy i na ile wiarygodne są te materiały, kto je przesłał i na ile zawarte tam informacje odpowiadają prawdzie. Biorąc jednak pod uwagę to, co robi Putin, jaką politykę prowadzi Rosja i do czego jest zdolna, wygląda, że są to informacje prawdziwe, że tak mogło być. Pamiętajmy, że zanim doszło do uderzenia na Ukrainę, wcześniej było skierowane przez Rosję wobec Sojuszu Północnoatlantyckiego ultimatum, w którym Moskwa oczekiwała, że NATO i Stany Zjednoczone wycofają się do granic sprzed 1997 roku, a więc sprzed akcesji Polski i państw Europy Środkowej. Biorąc to wszystko pod uwagę, wygląda, że plany i założenia Putina ujawnione przez dziennik „The Sun” mogą być prawdziwe.
Od rosyjskiej agresji na Ukrainę minął już rok, tymczasem w świat idzie przekaz, że ukraińska armia walczy dzisiaj właściwie już tylko z „wagnerowcami”…
– Absolutnie nie. Proszę zauważyć, że front ukraińsko- rosyjski, gdzie toczą się walki, to kilka tysięcy kilometrów i wszędzie muszą być żołnierze. Oczywiście w tej chwili główne uderzenie rosyjskie ma miejsce w rejonie Bachmutu, gdzie Ukraińcy się bronią, a Rosjanie się uparli, że odniosą tam sukces, ale walki toczą się też w innych miejscach i front się cały czas utrzymuje. Ta walka wyniszcza obie strony, ale z przekazów wynika, że większe straty ponoszą Rosjanie.
Czemu zatem ma służyć taki przekaz dotyczący „wagnerowców”?
– Trudno powiedzieć, bo biorąc pod uwagę, jakie informacje krążą, znając możliwości rosyjskiej propagandy, nie sposób zastanawiać się nad wszystkim, co płynie z Kremla. Po pierwsze, kłamią, a po drugie, kłamią na różne możliwe sposoby.
Według amerykańskiego wywiadu już wiosną Rosjanom może zabraknąć sprzętu i narzędzi militarnych. Rosjanie rzeczywiście tracą dużo sprzętu, a zapasy nie są przecież niewyczerpane...
– Wojna trwa już ponad rok i biorąc pod uwagę skalę użycia środków ogniowych przez Rosję, to rozmaici eksperci czy obserwatorzy zauważają, że siła tego ostrzału jednak słabnie. Oczywiście Rosja cały czas czyni zabiegi o dostawy amunicji, m.in. z Korei Północnej, którą zdaje się otrzymali, tak czy inaczej zapasy się im wyczerpują. Pamiętajmy też, że Rosja jest mocarstwem i jako takie zwykle ma sporo broni. Zatem zapasy uzbrojenia z całą pewnością się Rosjanom wyczerpują, ale nie na tyle, żeby nie mieli czym nękać Ukrainy.
Czy sprzęt posowiecki, który coraz częściej dominuje w uzbrojeniu Rosjan, a także bieżąca produkcja, są w stanie zrekompensować straty?
– Na przestrzeni roku Ukraińcy zniszczyli Rosjanom wszystko, co mieli najlepsze i co wysłali na front ukraiński w ramach tzw. operacji specjalnej – jak mawiał Putin. W tej sytuacji Moskwa jest zmuszona do wysyłania na front tego wszystkiego, co im zostało. A ponieważ w magazynach zostało im całkiem sporo militarnego szmelcu, to pewnie go remontują i wysyłają do walki.
Przed wojną Rosjanie podobno mieli ok. 13 tys. czołgów, a dzisiaj w odwodzie mają ich 5 tys., co więcej, miesięcznie są w stanie wyprodukować ok. 100. Trochę stracili?
– Rosja na froncie ponosi straty, i to niemałe. Sami dość wstrzemięźliwie o tym mówią, ale na podstawie militarnego rozpoznania ustala się, jak to wygląda i straty rosyjskie są naprawdę bardzo duże, zarówno osobowe – ludzkie, jak i sprzętowe.
A gdzie jest osławiony czołg Armata? Dlaczego Rosjanie nie włączają go do działań na ukraińskim froncie?
– Odpowiedź jest prosta, bo go nie mają – przynajmniej w takim stanie, by mógł zostać użyty do walki. To pokazuje, że propagandowo można przedstawić swoją siłę, ale kiedy przychodzi co do czego, to jest tak, jak widać. Z raportu resortu obrony Wielkiej Brytanii wynika, że mało prawdopodobne, by jakikolwiek czołg T-14 Armata spełniał standardy, jakie wyznacza się dla nowego sprzętu, aby uznać, że osiągnął on gotowość bojową. Wygląda więc, że jest to sprzęt, który próbowano włączyć do walki, ale szybko się okazało, że był w złym stanie technicznym. Nic więc dziwnego, że rosyjscy żołdacy po prostu go nie chcą, skoro były problemy z napędem, ale też z systemami termowizyjnymi. Zresztą w internecie krąży film pokazujący jak podczas swojej inauguracji, w czasie defilady z okazji Dnia Zwycięstwa w Moskwie w 2015 roku prototypowy czołg T-14 zepsuł się na ulicy i trzeba go było holować. Ponadto jeśli to miałby być nowoczesny czołg, to niezbędne są komponenty, w tym elektronika, których w tej chwili Rosjanie nie mają. To pozwala przypuszczać z dużym prawdopodobieństwem, że czołgu T-14 Armata na froncie ukraińskim nie będzie. Pozostaje Rosjanom wyciągać z magazynów stare czołgi T-34.
A co z nowoczesnymi pociskami, czyżby Rosjanie chcieli zachować je na ewentualny konflikt z NATO?
– Tu sytuacja jest podobna do tej z czołgami. To znaczy uważam, że Rosjanie nie zdawali sobie sprawy, jak w wielu istotnych elementach uzbrojenia są uzależnieni od tego, co mogą otrzymać z Zachodu. I teraz się o tym przekonują.
Za to Zachód cały czas wspiera Ukrainę humanitarnie, militarnie. Jak w tym kontekście odbiera Pan słowa kanclerza Olafa Scholza, który mówi, że Niemcy są głównym sojusznikiem Ukrainy?
– Obietnice można składać, natomiast ważne, żeby się z nich wywiązywać. Z jednej strony Niemcy mówią, że wspierają Ukrainę, że są sojusznikiem Kijowa, a z drugiej stawiają tak naprawdę na zamrożenie konfliktu i negocjacje pokojowe. Oczywiście nie byłoby to niczym złym, ale to Ukraina powinna o tym decydować, a ponadto Rosja nie może tu być na pozycji uprzywilejowanej – jak chciałby Berlin.
Sytuacja na świecie się komplikuje. Niewykluczone, że Chińczycy będą wspierać Putina, z kolei Iran wzbogaca uran i jest chyba o krok od wyprodukowania bomby atomowej. Przed nami zmiana układu sił na świecie?
– Nie sądzę. Jeżeli chodzi o Iran, to myślę, że poczynania Teheranu są bardzo uważnie śledzone przez Izrael, który ma wystarczająco dużo środków, jeśli chodzi o broń rakietową i w ogóle środki – nazwijmy to – napadu powietrznego, żeby ewentualnie zlikwidować tego typu przedsięwzięcie, gdyby Iran był blisko wyprodukowania bomby atomowej. Natomiast jeśli chodzi o Chińczyków, to Pekin został bardzo zdecydowanie i stanowczo ostrzeżony przez Stany Zjednoczone, żeby się nie pchał ze wsparciem militarnym Rosji. W związku z tym władze w Pekinie muszą się poważnie zastanowić, czy w zamian za pomoc militarną Moskwie nie zburzą sobie całej wymiany handlowej, od której, jak wiemy, zależy pozycja Chin na świecie i ich potęga. W tej sytuacji jest za duża stawka, żeby ryzykować. Trudno jest powiedzieć, jak to się potoczy, ale czas pokaże. Moim zdaniem, są to sprawy do opanowania.
Łukaszenka w Pekinie niewiele załatwił dla Putina?
– Łukaszenka walczy o swoje być albo nie być, i po to głównie udał się do Pekinu, żeby poprawić swoją reputację. Spotkał się z przewodniczącym Xi Jinpingiem, żeby pokazać, że jeszcze coś znaczy. Ale chodzi tu bardziej o kwestie gospodarcze, a nie polityczne. Łukaszenka, który tak naprawdę zrzekł się swojej suwerenności na rzecz Rosji, widocznie jest też potrzebny Chińczykom, którzy już wcześniej poczynili inwestycje na Białorusi, a wymiana handlowa obu krajów systematycznie wzrasta. Ponadto Chińczycy od dawna widzą w Białorusi element nowego jedwabnego szlaku.
Dziękuję za rozmowę.

