logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Czas na mądrą debatę o Europie

Sobota, 15 kwietnia 2023 (19:35)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem z Instytutu Sobieskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Mijający tydzień obfitował w wydarzenia. Jednym z nich było exposé szefa polskiej dyplomacji. Jak ocenia Pan to wystąpienie min. Zbigniewa Raua, postawioną diagnozę i wytyczone przez niego kierunki polskiej dyplomacji?

– Za nami naprawdę ciekawe, mądre, wyważone wystąpienie min. Zbigniewa Raua. Przypomnę tylko, że przed ingerencją zbrojną Rosji na Ukrainie totalna opozycja podnosiła larum, że Polska nie ma dyplomacji, że nikt nawet nie wie, jak nazywa się minister spraw zagranicznych. Tyle opozycja, a fakty są takie, że na przestrzeni roku zobaczyliśmy min. Raua – z krwi i kości dyplomatę, który w tym wyjątkowym okresie dla Europy i świata zdał, zdaje egzamin nie tylko jako szef polskiej dyplomacji, ale także jako międzynarodowy dyplomata podczas polskiej prezydencji w Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE). W osobie min. Raua zobaczyliśmy bardzo sprawnego, skutecznego dyplomatę. Natomiast samo exposé było – w mojej ocenie – jednym z lepszych wygłoszonych przez szefa polskiej dyplomacji. Jako poseł na sali sejmowej wysłuchałem exposé kilku szefów MSZ, kilku też za pośrednictwem mediów – mam zatem rozeznanie i muszę stwierdzić, że exposé min. Raua było naprawdę jednym z najlepszych. Min. Rau merytorycznie, konkretnie przedstawił sytuację geopolityczną w Europie i rolę Polski w całej złożoności i dynamice wydarzeń. Jak na dyplomatę – w pewnych momentach – mówił bardzo otwartym tekstem, wskazując, jak faktycznie jest.

W tym exposé min. Rau nie ograniczył się tylko do stwierdzenia faktów – tego, co było, ale zarysował też pewną wizję wydarzeń…

– Minister Rau mówił o tym, co było, co się dzieje, oraz wskazywał, jak wobec wydarzeń na międzynarodowej scenie powinniśmy reagować. Przedstawił cele i zadania, jakie należy zrealizować. Dla mnie nie była to sucha, bez emocji dyplomacja, ale bardzo szerokie spojrzenie na sytuację – począwszy od spraw militarnych, energetycznych, gospodarczych – także humanitarnych. Co więcej, min. Rau zrobił to bardzo sprawnie.

To exposé nie spotkało się jednak z ciepłym przyjęciem opozycji, która nie pozostawiła na wystąpieniu min. Zbigniewa Raua suchej nitki, zarzucając polskiej dyplomacji brak strategii i ambicji, twierdząc, że był to spektakl dla wyborców kosztem interesów Polski…

– Po opozycji, która swego czasu sama siebie określiła jako totalna, która w czambuł krytykuje rząd Zjednoczonej Prawicy, trudno się było spodziewać czegoś innego. Kiedy widziałem, jak politycy Koalicji Obywatelskiej i Lewicy – na dzień dobry – byli za odrzuceniem tego exposé, to przecierałem oczy ze zdumienia i zastanawiałem się, czy słucham polskich polityków. Tym bardziej że min. Rau pokazał złożoność sytuacji, a zwrotem, jaki najczęściej pojawiał się w tym wystąpieniu, było określenie Rosji jako państwa imperialnego. Tego imperializmu jako Polacy doświadczyliśmy na własnej skórze zarówno od Niemców, jak i od Sowietów. Nic więc dziwnego, że słowo „imperializm” – w odniesieniu do Rosji było jednym z głównych motywów, myślą przewodnią tego exposé. W ten sposób min. Rau wskazał na zagrożenia dla dzisiejszego świata, w tym też dla Polski, jeśli nie powstrzymamy zapędów rosyjskich. Podkreślił, że mądre postawienie spraw na gruncie dyplomacji dzisiaj ratuje nie tylko Ukrainę, ale całą Europę przed wrogą agresją imperialną Rosji.

Tego nie da się jednak zrobić bez izolacjonizmu Rosji, czego przeciwnikami są Niemcy i Francja…

– Niemcy i Francja chciałyby szybko zakończyć tę wojnę, by wrócić do robienia interesów gospodarczych z Rosją. I to jest jeden problem, ale drugi jest taki, że Rosja – mimo swoich imperialnych działań – wciąż jest członkiem szeregu instytucji międzynarodowych, w tym również stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ, gdzie właśnie sprawuje prezydencję. I to należałoby zmienić, choć nie będzie to proste. Wystąpienie min. Raua było odważne, dobrze przygotowane, stawiające Rosję w roli agresora. Co więcej, minister bardzo dobrze to uargumentował. Sądzę, że min. Rau na dzisiaj jest czołową postacią rządu premiera Morawieckiego, jest politykiem klasy światowej, który na gruncie dyplomacji polskiej, europejskiej i światowej zdał egzamin, i to w sytuacji zagrożenia równowagi i bezpieczeństwa światowego. Myślę też, że w osobie prof. Raua Polska ma godnego kandydata na funkcje międzynarodowe. Co więcej, min. Rau, wskazując, że Polska była, jest i chce być członkiem Unii Europejskiej, że Unia jest dla nas ważna – jako sojusz równych, suwerennych państw – jednocześnie obnażył bezwład struktur unijnych. Mówiąc o unijnej solidarności, cytował ojców założycieli Unii Europejskiej: Roberta Schumana, Konrada Adenauera, Alcide de Gasperiego, którzy przez obecne elity unijne są pomijani. Paradoks polega na tym, że każdy, kto dzisiaj cytuje ojców założycieli, kto powołuje się na dokumenty źródłowe, na ideę Unii Europejskiej, wychodzi na antyeuropejskiego. To pokazuje, jak daleko Unia Europejska odeszła dziś od swoich korzeni. Swoją drogą min. Rau zaznaczył, że każdy, kto ma dzisiaj inne zdanie, inny pomysł na Europę – zgodną z zasadami równości, solidarności równych, suwerennych państw – nie jest wrogiem. I warto, żeby to dotarło do świadomości unijnych decydentów.

To ważne stwierdzenie – zwłaszcza że w ocenie totalnej opozycji każdy, kto ma inne zdanie, inny pomysł, ma inną propozycję, bardziej indywidualne podejście do problemów Europy niż urzędnicy brukselscy, Komisja Europejska czy Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, jest odsądzany od czci i wiary…

– Zapomina się, że Europa jest bytem złożonym, składającym się z państw mających inne problemy, inną wrażliwość, ale to powinno być siłą, a nie eliminowaniem, dyskryminowaniem takiego kraju. Polska ma tutaj duże bogactwo doświadczeń historycznych, bogactwo kulturowe, bogactwo myśli, z których Unia może skorzystać, a nie walczyć z nami za to, że sprzeciwiając się ideologii lewackiej, stajemy na gruncie wiary i tradycji chrześcijańskiej. Tymczasem unijni decydenci chcą prowadzić Unię na zasadzie pewnej urawniłowki, gdzie wszystko ma być takie samo jak osławione już ogórki, które zgodnie z zaleceniami unijnymi mają być proste, a ich krzywizna nie powinna być większa niż 10 mm w łuku. Przecież to paranoja, która powoduje, że debata o Europie stacza się w przepaść, na manowce.

Min. Rau sporo uwagi poświęcił też relacjom transatlantyckim, co chyba nie podoba się Niemocom czy Francuzom, którzy chcieliby Amerykanów wypchnąć z Europy?  

– To kolejny ważny punkt tego exposé, który pokazuje, jaki jest kierunek polskiej polityki zagranicznej, ale też wskazanie, w jakim kierunku powinna zmierzać Europa, aby się nie zatracić. Min. Rau wyraźnie powiedział, że w obecnym momencie historii – a wszystko wskazuje, że będzie to jeszcze długo trwało – fundamentalną sprawą jest sojusz Europy ze Stanami Zjednoczonymi. Europa bez Ameryki w sensie militarnym byłaby, jest skazana na porażkę. Można powiedzieć, że król jest nagi. Jedyną potęgą na świecie, która gwarantuje ład, bezpieczeństwo nie tylko w sferze militarnej, są Stany Zjednoczone. Wszystkie mrzonki o armii europejskiej, o strukturach obronnych Europy można włożyć między bajki. Wojna na Ukrainie odsłoniła piętę achillesową współczesnej Europy, która jest rozbrojona począwszy od Niemiec po Francję. Europa zachłysnęła się wolnością, uznała, że pokój jest stały, zapominając, że nie jest dany raz na zawsze, że w trosce o pokój trzeba przygotowywać się do wojny. To politycy zachodni zbudowali Putina, uznając, że jest fajny, że można z nim robić interesy. Tymczasem Putin ograł ich wszystkich i za pieniądze europejskie za gaz i ropę zbroił się i przygotowywał do ataku na Ukrainę. Czas z tą naiwną, infantylną polityką skończyć raz na zawsze, bo drugiej szansy może nie być.

Jak – Pana zdaniem – powinny wyglądać relacje polsko-ukraińskie, które trudno będzie zbudować bez rozliczenia się Ukraińców z przeszłością i przeproszenia za zbrodnie OUN-UPA na ludności na Wołyniu oraz w Małopolsce Wschodniej? Tymczasem podczas ostatniej wizyty w Polsce prezydent Zełenski wyraźnie ten wątek pomijał…

– Relacje historyczne to ważny aspekt, to wciąż nierozliczona karta wzajemnej historii i relacji polsko-
-ukraińskich, które powinny opierać się na prawdzie. Trudne tematy między Polską a Ukrainą istnieją i nikt tego nie neguje. Nie da się wygumkować pewnych faktów historycznych, one po prostu są, i min. Zbigniew Rau także to podkreślał. Strona ukraińska wie o tych problemach, ma tego świadomość, ale trudno jest dyskutować, prowadzić debaty historyków, kiedy ukraiński dom jest atakowany, bombardowany.

Ale debaty historyczne to jedno, a uznanie win i słowo „przepraszam”, które mogło paść podczas wizyty Zełenskiego w Polsce, to zupełnie inna sprawa. Co więcej, prezydent Duda, jak i premier Morawiecki nie naciskali?

– Nie zgodzę się z taką oceną. Prezydent Duda na placu Zamkowym miał bardzo dobre wystąpienie, w którym dyplomatycznie zaznaczył wątek trudnych tematów w relacjach polsko-ukraińskich, których – jak podkreślił – nie da się i nie można przemilczeć. Ale na dzisiaj – w obliczu wojny – pewne priorytety trzeba przesunąć, co nie znaczy zapomnieć. Oczywiście możemy dziś dyskutować o Wołyniu, ale co będzie, jeśli Ukraina przegra z Rosją?

Tylko skoro Ukraina dzisiaj, kiedy Polska ją ze wszech miar wspiera, nie chce tego tematu poruszać i wykonać tego gestu, to nie sądzę, że będzie na to gotowa, kiedy wojna się skończy?       

– Poruszy, poruszy, bo od tego tematu nie da się uciec. Co więcej, pewna ewolucja w podejściu Ukraińców do tych kwestii już następuje. Oczywiście oczekujemy więcej, szybciej, ale nie zawsze da się to zrobić. Proszę zwrócić uwagę na relacje Polska – Litwa. Tam nie ma wojny, a od lat relacje – jeśli chodzi o polską mniejszość – są zaognione. Oba państwa są w NATO i Unii Europejskiej. Pokazuję to jako przeciwwagę – mianowicie że mamy spory z Litwą, które trudno rozwiązać, a po drugiej stronie mamy Ukrainę – kraj pochłonięty wojną i walką o przetrwanie. Pewne rzeczy wymagają czasu i systematycznego postępu. I tak jak widzę pewne postępy na gruncie polsko-litewskim, czym zajmowałem się jako poseł na Sejm RP, i ta różnica między tym, co było, a jest dzisiaj, jest zauważalna. Mamy TVP Wilno, gdzie jeszcze jakiś czas temu nikt na ten temat nie chciał z nami rozmawiać. Mamy na Litwie bardzo prężnie działającą placówkę dyplomatyczną, a w rejonie wileńskim mówi się już otwarcie o polskim samorządzie itd. Zatem dużo dobrego się dzieje w relacjach polsko-litewskich, mamy też wspólne polsko-litewskie obchody Konstytucji 3 Maja, a Litwa jest jednym z nielicznych państw, które obchody odzyskania niepodległości przez Polskę świętuje z nami na Zamku Królewskim w Warszawie. I to jest nawiązanie do związków kulturowych między naszymi narodami.

Sądzi Pan, że podobnie może być kiedyś, jeśli chodzi o Ukrainę?

– Podobnie może być z Ukrainą, gdzie – jak sądzę – na załatwienie tych ważnych spraw trzeba więcej czasu. Temat rozliczenia ukraińskich zbrodni jest ważny, ale kiedy trwa przygotowanie do kontrofensywy, która przy pomocy sprzętowej koalicjantów może wypchnąć Rosję z Ukrainy, to na tym należy się skupić. Teraz Ukrainie potrzebne są czołgi, armatohaubice, samoloty i amunicja. Natomiast to, że podczas wizyty prezydenta Wołodymyra Zełenskiego w Polsce w oficjalnych wystąpieniach nie padło słowo „przepraszam”, to – moim zdaniem – nie oznacza, że temat ten nie był poruszany w nieoficjalnych rozmowach prezydentów. W dyplomacji tak już jest, że informacje o tematach poruszanych podczas rozmów kuluarowych nie pojawiają się w przestrzeni publicznej. Ważne jest to, jakie tam zapadają ustalenia.       

Kością niezgody we wzajemnych relacjach ostatnio jest też kwestia ukraińskiego zboża, co wywołało uzasadnione protesty polskich rolników. Do dzisiaj mówiło się nawet, że nie inflacja, nie drożyzna, ale to ukraińskie zboże może rozdawać karty i przesądzić o wyniku jesiennych wyborów…

– Sytuacja rzeczywiście jest skomplikowana. Po odcięciu Ukrainy od drogi morskiej głównym punktem eksportu ukraińskiego zboża na tereny Północnej Afryki i Azji stała się droga kolejowa przez Polskę. Niestety, zamiast tranzytu nasz kraj stał się miejscem docelowym. Myślę, że rząd chciał dobrze, ale nie udało się uniknąć błędów, co wykorzystali cwaniacy, firmy, próbując się dorobić. Myślę też, że chyba poszliśmy za daleko z tą pomocą, kolejny raz dała znać o sobie nasza fantazja i decyzja: wywozimy wszystko, ile się tylko da, otwierając całe nasze zaplecze techniczne, magazynowe, a potem będziemy myśleć, co dalej. Tym samym położyliśmy sprawy celne, fitosanitarne. Zawsze jest tak, że mimo trwającej wojny, gdzie giną ludzie, zawsze znajdą się cwaniacy, instytucje, które w obliczu ludzkiej tragedii zarabiają miliony. Ktoś zrobił na tym biznes i uważam, że te przedsiębiorstwa, które podjęły ryzyko zakupu setek ton ukraińskiego zboża do swoich magazynów, powinny być odcięte od wszelkich form wsparcia.

Można powiedzieć, że chytry dwa razy traci…

– Dokładnie tak. Swoją drogą Polska miała być dla ukraińskiego zboża krajem tranzytowym, ale tak się nie stało. Powiedzmy też sobie uczciwie, że sami nie jesteśmy w stanie do końca rozwiązać problemu ukraińskiego zboża, tym bardziej Unia Europejska powinna nam w tym pomóc, bo to jest zadanie dla struktur międzynarodowych. Dlatego dobrze się stało, że Zjednoczona Prawica zareagowała, wyprzedzając działania PR-owe Rosji, która z pewnością użyłaby propagandy do atakowania Polski i wbijania klina w relacje polsko-ukraińskie. Tymczasem dzisiaj prezes Jarosław Kaczyński, premier Morawiecki oraz min. Telus podczas konwencji rolnej Prawa i Sprawiedliwości w Łysem koło Ostrołęki poinformowali o podjętych działaniach, które mają rozwiązać ten problem. Rząd musiał zareagować, bo polityka rolna zawsze jest częścią polityki państwowej, a od 2015 roku jest ona społeczna, solidarystyczna. Rząd proponuje tarczę ochronną, zakaz sprowadzania do Polski nie tylko ukraińskich zbóż, ale w ogóle produktów rolnych, dopłaty do nawozów, do paliwa. Cena tony zboża z tegorocznych zbiorów za tonę – z dopłatą – ma być nie mniejsza niż 1400 złotych. Te zapowiedzi, jakie padły dzisiaj, mają uspokoić sytuację. Tym samym rząd wysyła sygnał, że panuje nad sytuacją. Jeśli się z tego wywiąże, to dużo może zyskać.

           Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl