logo
logo

Zdjęcie: alicjazajac.pl/galeria// Inne

Pełna prawda o Smoleńsku wybrzmi

Wtorek, 18 kwietnia 2023 (16:18)

Rozmowa z senator Alicją Zając z Prawa i Sprawiedliwości, wdową po senatorze Stanisławie Zającu, który zginął w katastrofie rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 roku

W naszych rozmowach często mówiła Pani, że przyjdzie czas, kiedy prawda o Smoleńsku wybrzmi w pełni. Czy teraz, kiedy jest zapowiedź zawiadomienia do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa – zamachu na życie prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego oraz morderstwa towarzyszących mu osób poprzez ingerencję w Tu-154M, to zbliża nas do pełnej prawdy?

– Mam nadzieję, wierzę, że poznamy prawdę o tym, co wydarzyło się w Smoleńsku, że jesteśmy coraz bliżej, żeby cała prawda wybrzmiała pełnym głosem. Po napaści Rosji na Ukrainę wiele osób, które wcześniej nie dopuszczały do siebie myśli o zamachu, w tej chwili inaczej patrzy na to, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku. Zresztą przez 13 lat od katastrofy mieliśmy wiele skrytobójczych działań rosyjskich także wobec swoich obywateli, wiemy chociażby, jak traktuje się tam opozycjonistów, przeciwników Putina. To wszystko pokazuje inny obraz Rosji, która była przez wielu inaczej postrzegana, niż mówią fakty. To dotyczy osób rządzących Rosją, które dla realizacji wielkomocarstwowych celów w tym pędzie nie liczą się z nikim i z niczym, a więc za nic mają życie nie tylko swoich przeciwników, ale też własnych obywateli.

Tezy postawione przez podkomisję smoleńską kierowaną przez Antoniego Macierewicza oraz dotychczasowe badania nie zostały przez nikogo podważone, zakwestionowane...

– Tych badań przeprowadzanych przez różne laboratoria, różne instytucje badawcze w Polsce i za granicą jest ogromna ilość. Jako rodziny ofiar otrzymujemy od Prokuratury Krajowej ogólne informacje o wszystkich etapach prowadzonego postępowania. Przez te wszystkie lata uzbierało się tego bardzo dużo. Na tej podstawie mogę z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że te badania, analizy dokumentów są cały czas prowadzone. Natomiast wciąż nie mamy wraku tupolewa – głównego dowodu, nie mamy też czarnych skrzynek. Zatem nie mogliśmy (nasi prokuratorzy, śledczy) bezpośrednio po katastrofie, a także później, mieć dostępu do miejsca tragedii oraz do badań wraku. Rząd Donalda Tuska wszystko oddał w ręce Rosjan, wydając werdykt oparto się na dokumentach zwanych raportem Tatiany Anodiny, które były przygotowane pod z góry założone tezy przez rządzących Rosją. Początkowo nie chciałam dopuszczać do siebie myśli o zamachu, natomiast biorąc pod uwagę skalę nienawiści, jaka została rozpętana w Polsce pod adresem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, to dzisiaj – z perspektywy 13 minionych lat, biorąc też pod uwagę bestialstwo Rosjan na Ukrainie – dzisiaj wiem, że Putina było stać na wszystko.

Wspomniała Pani, że nie mamy wraku Tu-154M, ale Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji na ponad stu fragmentach tupolewa zidentyfikowało materiały wybuchowe i stwierdziło, że zniszczone zostały w wyniku eksplozji…

– Uczestniczyłam we wszystkich konferencjach smoleńskich, również w spotkaniu z komisją badającą katastrofę i wiem, że nikt, kto zapoznał się z wynikami, nie kwestionował ich. To bardziej media od razu przyjęły tezę i nagłaśniały, że winę za katastrofę ponoszą piloci, gen. Błasik, dalej była „pancerna brzoza”, która rzekomo zniszczyła skrzydło, doprowadzając do tragedii, i cały szereg kłamstw, które funkcjonowały w obiegu. Uczestniczyłam też w spotkaniu rodzin smoleńskich z ówczesnym premierem Donaldem Tuskiem w siedzibie Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, gdzie zostaliśmy potraktowani jak grupa zawracająca głowę rządzącym. Oni mieli już założone z góry tezy i nikomu nie zależało na wyjaśnieniu przyczyn i okoliczności katastrofy. Natomiast dla nas było i jest ważne, aby dojść do prawdy. Mimo upływu czasu wciąż przeżywamy ból – zwłaszcza w kwietniu – zastanawiamy się, co czuli nasi bliscy, szczególnie że na wielu spotkaniach z naukowcami było powiedziane, że nie zginęli od razu…

Można powiedzieć, że stanowisko wielu ludzi w sprawie Smoleńska ewoluuje?

– Owszem, dzisiaj spotykam ludzi, którzy po wydarzeniach na Ukrainie mówią, że nigdy nie spodziewaliby się, żeby ktoś mógł zaplanować śmierć prezydenta Polski i tylu ważnych osób w państwie, bo każdy z nich przy swoim nazwisku zapisał dobrą kartę – bez względu na to, jaką funkcję pełnił i z jakiego środowiska politycznego się wywodził. Osobiście większość z osób, które zginęły, znałam osobiście, dlatego dla mnie jest to dodatkowy, trudny do udźwignięcia żal, kiedy w czasie apelu wymieniane są ich nazwiska. Mimo upływu 13 lat jest to dla mnie tak samo bolesne – jak na Wawelu, kiedy odczytywano nazwiska ofiar. Wtedy z piersi każdego członka rodzin smoleńskich wyrywał się okrzyk bólu i ten ból pozostał w nas do dzisiaj. Nie tylko mój ból – żony męża, który zginął w tej katastrofie, ale ból wielu ludzi, którzy – w liczbie kilkudziesięciu osób – zaświadczyli o tym chociażby w Poniedziałek Wielkanocny, kiedy rano spotkaliśmy się na cmentarzu na modlitwie. Ludzie pamiętają o wartościowych osobach, które zginęły, służąc Polsce. Czuję życzliwość tych ludzi i chcę im za to podziękować.

Każda strata jest osobną tragedią, ale dla nas, Polaków, ten ból jest tym większy, bo zginął urzędujący prezydent RP Lech Kaczyński z małżonką, który przestrzegał przed odradzającym się imperializmem rosyjskim. Nic więc dziwnego, że nie był osobą mile widzianą w Rosji…

– Rosjanie, co podkreślają historycy, naukowcy, mieli motyw, żeby pozbyć się człowieka, który dostrzegał zagrożenie i ujawniał ich imperialne plany, przestrzegając przed uległością. Szkoda, że prezydent Kaczyński nie był wówczas słuchany. Rosjanie nie liczą się z pozycją osoby, a Lech Kaczyński był na ich celowniku. W ostatnim okresie życia, przed katastrofą, mój mąż blisko współpracował z prezydentem Lechem Kaczyńskim i mówił mi o planach, że z prezydentem po wizycie w Katyniu polecą jeszcze do Tobruku, potem zdaje się do Kanady, a później już będzie kampania prezydencka, w którą mąż zamierzał się aktywnie włączyć. Nawet polecił mi w styczniu 2010 roku, żeby kupić samochód, który zużywa mniej paliwa, którym jeździł na lotnisko i którym miał się poruszać w trakcie kampanii prezydenckiej. Niestety, Bóg miał inne plany i nie było nam dane prowadzić kampanii prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Prowadziliśmy – już bez męża – kampanię dla Jarosława Kaczyńskiego – kampanię smutną, bo w obliczu tragedii i wielkiej straty. W niedzielę na Krakowskim Przedmieściu prezes Kaczyński powiedział, jak wielką osobistą tragedią dla niego był 10 kwietnia 2010 roku. Dokładnie słuchałam tych słów, gdzie wszystko wybrzmiało. Wiem, co prezes Kaczyński czuje, co czuje człowiek, który poświęcił całe swoje życie Polsce, miał tylko brata i jego rodzinę. I w jednym momencie córka Marta straciła rodziców, a prezes brata, bratową i to w tak dramatyczny sposób. To była wielka tragedia dla rodzin, dla Polski, bo tych, którzy zginęli, nie da się zastąpić – zwłaszcza że na pokładzie tupolewa były bardzo doświadczone osoby na różnych poziomach. Zginęli przecież ludzie, którzy całe życie poświęcili prawdzie o Katyniu i zginęli, lecąc właśnie do Katynia, gdzie chcieli tę całą swoją pracę podsumować, zamknąć klamrą.           

Jak odbiera Pani Senator kolejne groźby pod adresem prezesa Kaczyńskiego, jakie padły z ust Katarzyny Augustynek (znanej jako „babcia Kasia”) w czasie obchodów 13. rocznicy katastrofy smoleńskiej?

– Trudno to komentować i wypowiadać się o takich osobach, których nie rozumiem. Nie wiem, z czego ta niechęć, nienawiść wręcz wynika, czy jest to wyraz jakichś wewnętrznych problemów czy może objaw chorobowy. Nie wiem, czemu takie zachowanie ma służyć, czy taka osoba robi to z własnej potrzeby, czy może na polecenie kogoś innego. W jednym i drugim przypadku jest to złe. Swoją drogą nigdy się nie spodziewałam, że również ja – podobnie jak wielu polityków – będę przedmiotem ataków, że będę otrzymywała wpisy w rodzaju: „przyjdziemy cię zamordować”, „zginiecie jak Adamowicz”, „porwiemy, uprowadzimy wasze dzieci” itd.

Obawia się Pani…?

– Nie mogę się bać. Żyję normalnie, wychodzę do sklepu, chodzę się modlić do kościoła, udaję się do biura, jeżdżę samochodem i de facto stale jestem wśród ludzi. Jak w tej sytuacji można się bać? A może komuś właśnie chodziło o to, żeby wprowadzić atmosferę zastraszenia, żebyśmy się wycofywali z naszej działalności? I tu powrócę jeszcze raz do wspomnianego już spotkania w KPRM z Donaldem Tuskiem, gdzie już wtedy poczułam, poczuliśmy wszyscy tam zebrani, że jesteśmy dla rządzących obciążeniem. Podobnie było w Moskwie, gdzie tuż po katastrofie pojechaliśmy zidentyfikować ciała naszych bliskich. Swoją drogą przed samym wylotem jeden z podsekretarzy w KPRM, bodajże Jacek Cichocki, zniechęcał nas, twierdząc, że identyfikacja będzie bardzo traumatycznym przeżyciem itd. Zdecydowałam jednak, że muszę tam polecieć, i był to naprawdę ogromny wysiłek. Czuliśmy, że zajmujemy się sprawami pobocznymi, a nie tym, po co przylecieliśmy. Pokazywano nam jakieś zdjęcia, symulacje komputerowe, fragmenty itp. Mnie nie udało się zidentyfikować ciała mojego męża Staszka. Czasem myślę – takie jest moje wewnętrzne odczucie, że może to i lepiej, bo mąż by nie chciał, żeby go widzieć utarzanego w smoleńskim błocie. Wystarczyło mi, że widziałam Rosjan, którzy tam pracowali. O tym wszystkim, jak były potraktowane przez Rosjan zwłoki naszych bliskich, dowiedzieliśmy się później, kiedy odbywały się ekshumacje. Zresztą podczas badania akt niejawnych zobaczyłam zdjęcia mojego męża. I to są rzeczy, których mimo upływu czasu nigdy się nie zapomina. Ze zdwojoną siłą powraca to każdego kolejnego 10 kwietnia.

Wierzy Pani, że jesteśmy coraz bliżej poznania prawdy?

– Wierzę, że kiedyś w mediach zobaczymy prawdziwą symulację – nie tę wyprodukowaną przez komisję Anodiny powtórzoną przez komisję Millera, ale jak Rosjanie sprowadzali samolot i naszych krewnych na pewną śmierć. Zresztą uważam, że to wszystko było zaplanowane począwszy od 7 kwietnia i rozdzielenia wizyt premiera Tuska i prezydenta Kaczyńskiego. Kiedy z honorami na terenie kompleksu memorialnego „Katyń” Putin przyjmował Tuska – tak jak dzisiaj w Moskwie przyjmuje się Łukaszenkę. Moim zdaniem widać, że jest to gra, gra pozorów na użytek osoby, która to przygotowuje, albo za to płaci. Na pewno śmierć naszych bliskich w Smoleńsku nie była naturalna i mam nadzieję, że nie była okupiona cierpieniem, bólem. Obawiam się jednak, że jeśli kiedyś dowiemy się tego, jak oni odczuwali swoją śmierć, to będzie nam bardzo ciężko. Dzisiaj, kiedy widzimy bestialskie działania Rosjan na Ukrainie, zagładę, masowe mordy dokonywane przez rosyjskich siepaczy, to miejmy świadomość, że oni są zdolni do wszystkiego. Zresztą Rosjanie nie jeden raz w historii dopuścili się zbrodni ludobójstwa, ale mam nadzieję, że kiedyś to się skończy.

Co musi się wydarzyć, żeby kres tych zbrodni został powstrzymany?

– Żeby tak się stało, to przede wszystkim powinniśmy się wszyscy zjednoczyć, a nie być przeciw sobie – za granicą i w Polsce. Wystąpienia antysmoleńskie, które pan redaktor wcześniej przywołał, znane mi są także z Senatu, bo zdarzało się, że podczas debaty niemającej nic wspólnego z katastrofą i śledztwem smoleńskim, w wypowiedziach, oświadczeniach nasi oponenci polityczni urządzali sobie wycieczki nielicujące z godnością osób, parlamentarzystów. Zważając na pamięć ofiar i ból rodzin, które do dziś opłakują swoich bliskich, nie godzi się sprawy Smoleńska używać jako oręża politycznego. Przeżywając ból rozstania, także ból opuszczenia przez poprzednie władze, które sprawę tragedii smoleńskiej – jej wyjaśnienia – oddali w ręce Rosjan, musimy się mobilizować, żeby nie dać się zwyciężyć złu, wierząc, że to, co się wydarzyło w Smoleńsku, kiedyś przez opinię światową będzie przyjęte jako zamach, jako zaplanowany z premedytacją i wykonany wyrok śmierci na prezydencie RP Lechu Kaczyńskim, który sprzeciwił się imperialnym planom Rosji, nazywał rzecz po imieniu. Wraz z prezydentem Polski zginęło 95 osób.

Zważając na słowa goszczącego niedawno w Polsce prezydenta Zełenskiego, który na dziedzińcu Zamkowym mówił, że Moskwa musi ponieść odpowiedzialność za Bykownię i Buczę, za Katyń i Smoleńsk, nie ma Pani żalu, że świat wiedział o tym, co wydarzyło 10 kwietnia 2010 roku, ale milczał?

– Mam żal, ale w historii już wielokrotnie bywało, że mimo sojuszy, mimo deklaracji w obliczu zagrożenia zostawaliśmy sami. Polską się dzielono jak szatą Chrystusa, o którą rzucono losy. Mówi się o nas, Polakach, że potrafimy się mobilizować w sprawach trudnych, i dobrze, żeby ta mobilizacja była cały czas. Nie ulegajmy też złym namowom, nie dajmy się wciągać w rozmaite protesty, w akcje przeciw Polsce, która sobie radzi mimo kryzysu i ataków ze strony Brukseli oraz bezprawnego wstrzymywania wypłaty należnych nam środków z KPO. Zachód – Niemcy, Francja milczały i współpracowały z Rosją mimo ostrzeżeń prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Tym samym pozwolono Putinowi zgromadzić środki i przeprowadzić ofensywę na Ukrainę. Dzisiaj jest cała masa udokumentowanych już wydarzeń – zbrodni Putina i jego reżimu. Natomiast nie tylko prezydent Zełenski powiedział o tym, że w Smoleńsku był zamach, bo były szef Pentagonu wypowiadał się o brutalnym mordzie w Smoleńsku, ale o zamachu mówił też były prezydent Gruzji, która ocalała, choć jako sąsiad Rosji też nie ma łatwo. Wcześniej nie wszyscy mieli w sercu Polskę jak Lech Kaczyński i podpisywali, co im pod nos podłożono. Prezydent Kaczyński stał po stronie interesów Polski. Polska to był jego priorytet, dlatego często mówił, że Polska musi być silnym krajem. Próbowano go wyśmiewać i nie pozwolono mu dokończyć dzieła budowy tej wizji Polski. Dzisiaj się o tym mówi, że to był mąż stanu, że w swoich wizjach wyprzedzał czas i wielu innych polityków. I słusznie określił to w niedzielę na Krakowskim Przedmieściu prezes Kaczyński, mówiąc, że to Lech był najważniejszy, bo gdyby nie Lech, to nie byłoby takiej Polski jak dzisiaj, a gdyby żył, to Polska byłaby jeszcze mocniejsza i bardziej spokojna, mniej rozhuśtana emocjonalnie.       

             Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl