logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Tryumf ideologii nad zdrowym rozsądkiem

Czwartek, 20 kwietnia 2023 (21:04)

Z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą z KUL i AKSiM, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Parlament Europejski przyjął kolejne dyrektywy i rozporządzenia z pakietu „Fit for 55” – rozszerzone na transport drogowy także morski, powietrzny oraz budownictwo mieszkaniowe. Wygląda, że wszyscy będziemy płacić za to, że mamy samochody, dach nad głową itp. Gdzie jest kres tego absurdu?

– Bezpieczna transformacja energetyczna – owszem, tak, ale ideologiczny pęd – nie. To, co obserwujemy w sferze makro, to jest to tryumf ideologii nad zdrowym rozsądkiem. Widzimy rozmaite symulacje, gdzie widać mapę świata i jak na tym tle rozkłada się emisja CO2, gdzie Europa nie jest wcale liderem. Stąd fakt, że będziemy wypruwać sobie żyły, dążąc do zeroemisyjności, to w skali globu nie będzie miało większego znaczenia. Ponadto Unia Europejska nie ma w tej chwili takiej przewagi ekonomicznej w świecie, aby móc innym narzucić swoje standardy poprzez wymuszanie, choć pewnie będzie okładać cłami produkty tzw. wysokoemisyjne. Swoją drogą jeśli chodzi konkurencyjność, to Unia Europejska jest coraz dalej za Azją i dystans ten – w dużej mierze na własne życzenie eurokratów z Brukseli – się powiększa. Te wszystkie ideologiczne pomysły klimatyczne tylko dobijają Unię, która niechybnie może zacząć funkcjonować niczym gospodarka sowiecka – obciążona rozmaitymi zakazami, nakazami, regulacjami. I jak się przeciągnie linę, doprowadzi do przeregulowania, to zacznie się to wszystko chwiać i walić.

Mało optymistyczna wizja…

– Na pewno realna. Na razie Polska, która ma swoją gospodarkę opartą na węglu, ma ponosić duże koszty, ale tymi rozmaitymi, wymyślonymi opłatami, podatkami mają być obłożone społeczeństwa innych państw, co z czasem może doprowadzić do dużego kryzysu, również do konfliktów czy buntów społecznych. Jest to możliwe tym bardziej, że w tym ideologicznym pędzie zatracany jest rozsądek, jakaś racjonalność, bo przecież pewne rzeczy – także jeśli chodzi o transformację energetyczną, można robić, ale spokojnie, powoli, bez presji – w długiej perspektywie, tymczasem ideolodzy pokroju Fransa Timmermansa, a także Niemcy czy Francuzi chcą to przeprowadzić szybko – na zasadzie nie ewolucji, ale rewolucji. Wydaje się, że to wszystko przechodzi łatwo, bo Komisja Europejska, Rada Europejska, europarlament to wszystko przepychają, ale masa krytyczna cały czas rośnie i kiedy przekroczona zostanie pewna granica, to zacznie się dekonstrukcja tejże Unii Europejskiej. Na taki scenariusz wskazuje zdrowy rozsądek.        

Trudno nie wracać do przyczyn takiego stanu rzeczy, a zatem czy nie odbija się nam czkawką decyzja polskich władz podczas szczytu Rady Europejskiej z grudnia 2020 roku? Przecież gdyby cele klimatyczne zostały wówczas zawetowane przez polską delegację, to dzisiaj nie byłoby tego problemu?

– Oczywiście w uproszczeniu można tak powiedzieć. Gdyby tak spojrzeć na ten problem, że wszystko zależało wówczas od polskiego rządu, od premiera Mateusza Morawieckiego, i że rzecz dotyczy tylko Polski, to rzeczywiście można by powiedzieć, że Polska się nie obroniła. Natomiast problem polega na tym, że wówczas nikt z szefów rządów państw członkowskich tych celów klimatycznych nie zawetował. I te pytania możemy stawiać po kolei, bo przecież to dotyka – w mniejszym lub większym stopniu – każdego innego państwa. Tak czy inaczej głównie pod dyktando Berlina stworzono pewien mechanizm szantażowania państw m.in. poprzez różne niby-dotacje, powiązanie poszczególnych obywateli z Brukselą jako pewnym mitem, gdzie propagandowo głosi się, że bez środków unijnych nie damy sobie rady. Grając na tym, że większość Polaków jest prounijna, w ten sposób doprowadzono do sytuacji, gdzie dajmy na to w momencie sporu polskiego rządu z Komisją Europejską część społeczeństwa staje nie po stronie własnego rządu, ale po stronie Brukseli. Zresztą tak jest również w innych krajach Unii Europejskiej. To pokazuje, że ten mechanizm stworzony przez Brukselę działa szerzej. Tak czy inaczej – wracając do wydarzeń z grudnia 2020 roku – władze Polski pewnie nie chciały być samotne w zmaganiach z Komisją Europejską i zgodziły się na cele klimatyczne, licząc, że rozsądek jednak zwycięży, że uda się to wszystko jakoś zracjonalizować. I tak czytałbym decyzję premiera Morawieckiego ze szczytu unijnego z grudnia 2020 roku. Można też zadać pytanie, dlaczego Węgry nie zawetowały celów klimatycznych wyznaczających kierunek transformacji energetycznej, podobnie Włochy itd. Oczywiście nie zmienia to faktu, że w Unii Europejskiej nie istnieje mechanizm, który pozwalałby krzyknąć, że król jest nagi, że można by stawić jakiś opór, zawiązać jakąś solidarność państw, których rządy dostrzegają, że kierunek jest błędny, i trzeba ten unijny statek zatrzymać, zanim dojdzie do katastrofy. I to jest duży minus.

Sprawa jednak chyba nie do końca jest przegrana, bo ostateczna decyzja zapadnie na forum Rady Unii Europejskiej, z tym że tam obowiązuje głosowanie tzw. większością kwalifikowaną i dajmy na to Polska nie ma szans, żeby samodzielnie to zatrzymać. Jak przekonać inne kraje?

– Dlatego też – w traktacie lizbońskim, który zmieniał zasady funkcjonowania Unii Europejskiej – stworzono ten mechanizm dotyczący właśnie głosowania tzw. większością kwalifikowaną, aby móc osiągać swoje cele. Stąd jeśli na forum unijnym pojawia się sprzeciw dajmy na to Polski czy Węgier, to w ślad za nim idzie szantaż obkładania sankcjami czy finansowymi karami przez skrajnie upolityczniony Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Jak widać, są w Unii Europejskiej wypracowane pewne mechanizmy karania, straszenia i w ten sposób poprzez groźby kar finansowych wymuszania uległości.

W tym wszystkim ważne jest, żeby Polska była suwerenna energetycznie…

– Dokładnie tak. Chodzi o to, jak wyjść z tej ideologicznej matni, jak nie dać się wciągnąć w tę spiralę coraz większych uzależnień nazwijmy to klimatycznych, ale nie tylko. I Polska próbuje temu sprostać, uciekając do przodu poprzez duże kontrakty energetyczne ze Stanami Zjednoczonymi, także jeśli chodzi o wprowadzenie u nas w kraju możliwości produkowania energii z atomu. I to jest ważna kwestia, która w perspektywie kilkunastu lat pozwoli nam na sprowadzenie do Polski nowoczesnych technologii w tym zakresie i czerpanie czystej energii z atomu, a jednocześnie spełnianie celów klimatycznych nakreślonych przez Unię Europejską – tym samym uciekając przed tą ideologiczną nawałą na nieco inny poziom. Wydaje się też, że inne kraje powoli zaczynają się budzić – przypomnę tylko protest rolników holenderskich przeciw nowemu programowi ograniczającemu emisję azotu, bo w ich ocenie nowe przepisy doprowadzą do drastycznego ograniczenia liczby gospodarstw hodowlanych w Holandii. Ale wstrząsy społeczne w tym zakresie są nie tylko w Holandii, co tylko pokazuje, że zanim te wszystkie przepisy wejdą w życie, wszystko może się jeszcze wydarzyć. Pewne jest jedno: obecna Unia Europejska – mocno zideologizowana, ze swoją strukturą staje się instytucją coraz mniej racjonalną, a coraz bardziej opresyjną.

O ile w pewnej perspektywie, co Pan Profesor zauważył, wchodząc w atom – jesteśmy w stanie poradzić sobie z energetyką, o tyle z odejściem od samochodów spalinowych i przejściem na „elektryki” od 2035 roku, może być problem?  

– Z tym problemem nikt, żadne z państw członkowskich sobie nie poradzi. Nie wiem zatem, czy w pewnym momencie ten cały projekt nie upadnie. Chodzi o to, że stworzono w Brukseli pewną bańkę, coś w rodzaju Wersalu – jak we Francji za panowania Ludwika XIV, XV i kolejnych monarchów, gdzie kierujący Unią Europejską ludzie, niepochodzący z demokratycznego wyboru, mocno oderwani od rzeczywistości i spraw zwykłych obywateli, decydują o losie wszystkich państw europejskich. Wszystko dzieje się pod dyktando państw wiodących, czyli Niemiec i Francji. I tak proszę zwrócić uwagę, że Niemcy zrezygnowały z energii jądrowej i zaczęły sprowadzać prąd z Francji. To pokazuje ogromne podziały, dysonans, który z czasem będzie jeszcze bardziej widoczny. Oczywiście stworzono pseudoabsolutystyczny układ, który z Brukseli ma zarządzać wszystkim, ale w tle pojawia się rewolucja, coraz większe niezadowolenie. W pewnym momencie całe to towarzystwo rozdające karty w Unii Europejskiej, które ma się dzisiaj dobrze, może zostać wysadzone w powietrze.

Jak rozumieć fakt, że na forum Parlamentu Europejskiego za rozwiązaniami proponowanymi przez Timmermansa i jemu podobnych, które uderzą w najsłabszych –głosowali politycy Koalicji Obywatelskiej, PSL-u, Lewicy i Polski 2050?

– To tylko pokazuje, że polska opozycja w swoim losie jest całkowicie uzależniona od Berlina i Brukseli i nie widzi dla siebie innej politycznej drogi. W związku z czym robią i zrobią wszystko, co Niemcy oraz Komisja Europejska im podyktują. Te kolejne głosowania czy to w polskim parlamencie, czy to w Parlamencie Europejskim pokazują, że oni są bezwolni, ponieważ na przestrzeni lat swój los uzależnili całkowicie od poparcia Brukseli.

Decydujące – jak się wydaje – będą przyszłoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego. Co może przekonać ludzi nie tylko w Polsce, żeby w Europie zmienić front i odebrać władzę tym, którzy prowadzą Wspólnotę na polityczne i gospodarcze manowce?

– Najważniejsze będą jesienne wybory do Sejmu i Senatu, bo to w nich zdecydujemy, jakiej Polski chcemy – czy wolnej, suwerennej, rozwijającej się, czy może podległej woli Berlina i Brukseli, zmierzającej coraz bardziej w ideologiczne odmęty, w coraz to nowe absurdy, słabnącej na każdym froncie. Jeśli zaś chodzi o przyszłoroczne wybory do europarlamentu, to będą one równie istotne, bo od nich będzie zależało, czy uda się zatrzymać ten ideologiczny dyliżans, który zmierza ku przepaści, i czy uda się powrócić na tory Europy ojczyzn, wolnych narodów, jaką w sercach mieli jej założyciele, u podstaw której były wiara w Boga i tradycja. Jeśli to się uda, jeśli obudzą się poszczególne kraje, to wszystko jest jeszcze możliwe. Natomiast – jak wspomniałem w skali krajowej – najważniejsze będą październikowe wybory, bo one będą rozstrzygać o podmiotowości Polski

              Dziękuję za rozmowę.  

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl