logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: fot. facebook.com/BogdanRzonca/ Inne

W Unii trzeba więcej ekonomii niż ideologii

Piątek, 28 kwietnia 2023 (07:39)

Aktualizacja: Piątek, 28 kwietnia 2023 (07:39)

Z Bogdanem Rzońcą, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Unia Europejska akceptuje decyzję Polski dotyczącą zakazu importu z Ukrainy pszenicy, kukurydzy, rzepaku, nasion słonecznika i oleju słonecznikowego, ale nie akceptuje zakazu importu jaj, nabiału czy drobiu. Czy z Brukseli nie widać problemu, jaki powstał, że Polska jest na pierwszej linii tego frontu i trzeba nam pomóc?

– Niestety, tak jest. Unia działa bardzo powoli, ślamazarnie. Tam liczą się przede wszystkim interesy niemieckie, francuskie i innych krajów bogatszych od Polski. Dla nich wojna na Ukrainie i to, co zadziało się w pięciu krajach: w Polsce, Bułgarii, Rumunii, Słowacji czy na Węgrzech, gdzie doszło do zakłócenia rynku zbożowego przez zator zboża, które miało trafić do Afryki, to są kwestie drugorzędne. Oni pilnują przede wszystkim własnych, większych interesów. Dzięki zaangażowaniu polskiego rządu postęp jakiś jest i prawdopodobnie za kilka dni odbędzie się spotkanie premierów i Rada Europejska się wypowie. Oczekujemy, że Komisja Europejska i Rada Europejska podejmą taką decyzję, która zadowoli polskich rolników. Nie dość, że Polska jak mało który kraj pomogła Ukrainie, nie dość, że cały czas w różny sposób wspieramy Ukrainę, to jeszcze próbuje się nas pacyfikować. To tylko pokazuje kompletne oderwanie unijnych elit od realiów. Mam nadzieję, że decyzje, jakie zapadną w ciągu najbliższych czterech, pięciu dni będą korzystne dla polskich rolników, a także dla pozostałych państw, które ucierpiały na skutek zakłóceń na rynku zbóż i w ogóle na rynku rolniczym na skutek napływu produktów rolnych z Ukrainy. I będziemy mogli powiedzieć, że państwo polskie funkcjonuje tak, jak życzą sobie tego nasi obywatele. Fakty są takie, że nie możemy w nieskończoność ponosić kosztów trwającej wojny, a tym bardziej nie mogą ich ponosić polscy rolnicy. Oni, ich praca oraz plony są potrzebne polskim rodzinom. Teraz zasiali polskie areały, wkrótce będą plony i w magazynach musi być miejsce dla naszego zboża. Nasi rolnicy będą chcieli sprzedać zboże, płody rolne, produkcję roślinną czy zwierzęcą i polski rząd musi im w tym pomóc.

Rząd na pomoc rolnikom wyasygnuje z budżetu 10 mld zł…

– To dobra decyzja, natomiast Unia Europejska w najbliższych dniach musi potwierdzić ochronę, przyznać rację polskiemu rządowi i polskiemu rolnikowi, a następnie dać ochronę polskiego rynku.

Tymczasem Komisja Europejska chce przekazać pięciu państwom: Polsce, Bułgarii, Rumunii, Słowacji i Węgrom dotkniętym kryzysem zbożowym zaledwie 100 mln euro...

– To tylko potwierdza oderwanie od rzeczywistości unijnych decydentów. Tym gestem chcą pokazać, że coś robią, ale słabo to wygląda. Unia jest słaba, jeśli chodzi o sprawy ważkie, niezorganizowana. Jak był kryzys pandemiczny, to Unia nic nie mogła, a jak już zadziałała, to było to mocno spóźnione, wojna na Ukrainie i znów ślamazarne podejście albo brak decyzji, a kiedy mamy kryzys zbożowy, to Unia kolejny raz nic nie może. Natomiast może szastać pieniędzmi na prawo i lewo, jeśli chodzi o politykę genderową i szerzenie jej w Afryce. Na to są środki, ale kiedy trzeba pilnie i w wymierny sposób pomóc mieszkańcom Unii – rolnikom, to na to pieniędzy nie ma.

Czy nie jest trochę tak, że zbyt mocno angażujemy się w sprawy Ukrainy, pokazujemy, że dajemy radę i tym samym przyzwyczailiśmy do tego unijne ośrodki decyzyjne, które wychodzą z założenia, że Polska i tak weźmie na siebie gro wsparcia dla Kijowa. Tymczasem wiodące kraje Unii zajmują się swoimi sprawami bądź uderzają w Polskę, oskarżając nas o brak praworządności i inne wydumane sprawy?

– Jesteśmy w Europie i na świecie doceniani za to, co robimy na rzecz Ukrainy, że się dozbrajamy, budując swój potencjał wojskowy. Jednak tak nie może być bez końca. Dlatego uważam, że stanowisko polskiego rządu odnośnie do zablokowania granicy dla ukraińskiego zboża, i nie tylko zboża, było bardzo dobrą decyzją. Choć trzeba też wiedzieć, że w bilansie handlowym z Ukrainą – nie tylko w ostatnich wojennych miesiącach – mamy nadwyżkę w wysokości czterech miliardów euro. Zatem jeśli pominiemy kwestie zbożowe i rolnicze, to widać, że wymiana handlowa z Ukrainą jest i polski budżet na tym zyskuje. Nie możemy jednak patrzeć tylko na budżet, lecz także na polskich rolników, którzy muszą mieć wsparcie państwa i dobre warunki do gospodarowania. Nie wiemy, co nas czeka, lato i jesień szybko miną i przyjdzie zima, nie wiemy też, jak długo wojna potrwa i musimy mieć chleb, którego nie może Polakom zabraknąć.

Wciąż jednak nie ma porozumienia, co do terminu zniesienia ograniczeń importu z Ukrainy. Komisja Europejska chce, żeby zakaz obowiązywał do 5 czerwca, z kolei Polska uważa, że powinno to być, co najmniej do końca roku. Jest szansa, żeby na najbliższym szczycie tę sprawę dograć?

– Musi być stanowisko rządu, i zapewne takie będzie, że z jednej strony ma być wsparcie dla polskich rolników, a z drugiej musimy mieć na uwadze – pomijając kwestię przemysłu zbrojeniowego, bo to osobna sprawa – że inne branże naszej gospodarki też współpracują z Ukrainą. Myślę więc, że na najbliższym szczycie Rady Europejskiej stanowisko polskiego rządu będzie wyraźne. Tego oczekują nie tylko pracujący na roli, ale wszyscy Polacy, którzy korzystają z pracy rolników. Jest więc dla mnie jasne, że polski rząd, premier Mateusz Morawiecki właśnie taką postawę przyjmą.

Mamy wiosnę i niebawem będą nowe zbiory, m.in. owoców. Czy nie są słuszne obawy plantatorów, że mogą nas zalać również owoce miękkie z Ukrainy?

– Taki scenariusz jest prawdopodobny. Przypomnę tylko, że największe obszary ukraińskich czarnoziemów dzierżawią firmy holenderskie, włoskie, niemieckie, i to one produkują najwięcej płodów na ukraińskich ziemiach, to one robią największy biznes. Nie jest zatem tak, że zwykły ukraiński rolnik sprzedaje zboże, tylko robią to ci, którzy dzierżawią ziemie od lat i mają z tego ogromne zyski. W przypadku owoców również trzeba zawczasu o tym pamiętać. Nie może być podobnej sytuacji, jaka zdarzyła się ze zbożem. Bogatsi o to doświadczenie – mam nadzieję, że odpowiednio zareagujemy, aby nasi plantatorzy i sadownicy nie byli stratni i mieli wsparcie polskiego rządu. Musimy pamiętać, że jeśli coś zaniedbamy, to za rok może się to nam odbić czkawką i będziemy narzekać, że jakieś owoce są bardzo drogie, bo jest ich mało, albo w ogóle ich nie ma, bo producenci zrezygnowali z upraw. Sytuacja jest skomplikowana, ale wierzę, że rząd trzyma rękę na pulsie, że przewidział również taką sytuację i będzie twardo stał na straży naszego, polskiego biznesu.            

Jak to jest z ukraińskim zbożem, które teraz dociera do polskich portów, mających też określoną wydolność, a czy nie mogłoby docierać również do portów np. niemieckich i stamtąd być ekspediowane dalej. Dlaczego problem ukraińskiego zboża ma rozwiązywać tylko Polska?

– To jest dobre pytanie – zwłaszcza, że wiemy, kto sprzedaje to zboże, że nie są to Ukraińcy, tylko zachodnie firmy, które tam funkcjonują. Nie ma też woli po stronie Niemiec, żeby zabrać to zboże i wysłać do Afryki. Niemcy pilnują tylko swoich interesów, i to jest bardzo pouczające zjawisko, które polski rząd powinien brać pod uwagę, co więcej, powinniśmy brać z nich przykład. Choć z drugiej strony zaręczam, że zaraz pojawiłaby się krytyka Polski, że nie pomagamy Ukraińcom albo że blokujemy wywóz zboża. Powinniśmy blokować, dopóki nie będzie pewnych rozwiązań, w wyniku których ukraińskie zboże będzie jechało do portów, a nie do polskich młynów.

Na ile realne jest, że rolnicy, widząc indolencję Komisji Europejskiej, uznając unijną pomoc za niewystarczającą, sami udadzą się do Brukseli, aby wywrzeć presję na unijnych decydentach?

– Nie znam planów rolniczych central, związków zawodowych, ale strajki rolnicze w Unii Europejskiej to coś powszechnego. Niedawno na holenderskiej scenie politycznej zaistniała partia rolników, która odniosła duże sukcesy. I generalnie bieżący rok rozpoczął się w Holandii od rolniczych protestów, strzelania do rolników, więc nie można wykluczyć, że i taki scenariusz, o którym mówi pan redaktor, też się zdarzy. Szkoda by było czasu i energii polskich rolników na protesty w Brukseli, dlatego uważam, że polski rząd zrobi wszystko, by wywalczyć dla naszych rolników możliwie najkorzystniejsze rozwiązania, aby mogli przetrwać ten niełatwy czas. Trzeba zatem znaleźć złoty środek, który moim zdaniem jest do wypracowania – taki środek, który zadowoli wszystkie strony. Zamiast wysyłać rolników do Brukseli, należy zasiąść do stołu i na szczeblu unijnym uzgodnić, co komu się opłaca i kto, i ile powinien zarobić, żeby mógł przetrwać. Wtedy – mając załatwione własne problemy – będziemy mogli też pomagać Ukrainie, bo będziemy mieli z czego. Natomiast jeśli rodzime firmy padłyby, jeśli nasi rolnicy nie wyprodukują wystarczającej ilości żywności, to polskim rodzinom może być bardzo ciężko. Ta świadomość po stronie rządu jest i towarzyszy wszystkim podejmowanym działaniom.            

Ciekawe, czy Komisja Europejska nie robi Polsce na złość w kwestii utrzymania importu nie tylko zboża z Ukrainy, próbując na nas wymóc zgodę w kwestii nowych wytycznych „Fit for 55”? Polska jako jedyny kraj Unii Europejskiej sprzeciwia się dodatkowym rozwiązaniom…

– Wiele decyzji, jakie zapadają w Unii Europejskiej jest nakierowanych na osłabienie Polski. Stajemy się coraz silniejsi – mimo toczącej się za naszą granicą wojny. Nasza armia rośnie w siłę liczebnie i sprzętowo, gospodarka ma się nieźle, ale po drugiej stronie cały czas jest pęd do stworzenia jednego superpaństwa europejskiego. Słaba pozycja Polski byłaby pomocna w realizacji tego scenariusza i stąd działania, żeby nas osłabić właśnie tego typu decyzjami czy nowymi regulacjami prawnymi, które osłabią polską gospodarkę. My o tym doskonale wiemy i najważniejsze jest, że już potrafimy się obronić, i damy radę. Chociażby ostatnia sprawa dotycząca metanu pokazuje, że czasem nawet z opozycją można się porozumieć dla dobra sprawy, co stało się wczoraj. Natomiast trudno dzisiaj powiedzieć, co będzie za rok, za dwa czy za trzy lata.

Może sytuacja ulegnie zmianie, jeśli lewactwo nie będzie miało tak dużego wpływu na decyzje w Unii?

– Ciągle powtarzam, że Unię trzeba zmienić, urealnić, w Unii trzeba wprowadzić więcej ekonomii niż ideologii. I wtedy będziemy wiedzieć, w jakim miejscu jesteśmy. Dzisiaj nie wiemy do końca, jak funkcjonują unijne pieniądze, kto zarabia na handlu uprawnieniami do emisji CO2. Za to wszystko ostatecznie płaci konsument, kupując ciepło bądź paliwo na stacji benzynowej. Trzeba to wszystko widzieć, trzeba to wyjaśnić i zmienić tak, żeby Polakom żyło się lepiej, bo to, że w Brukseli ktoś poklepie nas po ramieniu, że wypełniliśmy kolejne prawo europejskie, to żadna satysfakcja. Oczywiście karci się nas karami, które są dotkliwe, ale wierzę, że jeśli zmieni się nastawienie do Polski, to zostaną one zniesione. A to może stać się tylko wtedy, kiedy zmieni się władza w Parlamencie Europejskim i w Komisji Europejskiej, i kiedy nie będziemy podatni na decyzje związane z pakietem klimatycznym, bo wprowadzenie tych wszystkich ideologicznych przepisów oznaczałoby bardzo duże koszty dla każdego Polaka. Polska zapłaciłaby za to bardzo dużo i każdy rząd, który ma w sercu Polskę i dobro Polaków, wie, że nie może pozwolić na te dodatkowe obciążenia. Oczywiście o środowisko naturalne trzeba dbać, ale nie wolno ulegać ideologii. Sprawa klimatu, czystego środowiska nie może być sprawą tylko Europy, ale cały świat powinien się do tego przyłożyć. W Unii jest pęd do bycia liderem za wszelką cenę, nie zważając, jak to się odbija na sytuacji mieszkańców w poszczególnych krajach. Nasze koszty z uwagi na zapóźnienie związane z przynależnością do bloku wschodniego są większe niż np. w Niemczech czy we Francji. I to też trzeba mieć w pamięci.

  Dziękuję za rozmowę.   

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl