Słyszymy, że konstytucyjne prawo nie ma odzwierciedlenia w realnych przepisach szkolnych, stąd pojawia się obywatelski projekt ustawy „Chrońmy dzieci, wspierajmy rodziców”. To krok we właściwym kierunku?
– Sprawa dotyczy bardzo ważnej i wrażliwej kwestii
– mianowicie: obrony naszych dzieci przed demoralizacją. Takie zagrożenia istnieją, mają miejsce nie tylko
na Zachodzie, ale okazuje się, że w również w Polsce.
U nas też są próby kształtowania dzieci, próbuje się też ograniczyć prawa rodziców w wychowaniu własnych pociech. Wszystko po to, żeby móc poddawać dzieci szkodliwym praktykom i seksualizacji – już od najmłodszych lat. Tamę temu ma postawić inicjatywa „Chrońmy dzieci, wspierajmy rodziców”.
Przypomnę, że takie próby ochrony czy obrony dzieci przed demoralizacją były już wcześniej podejmowane na gruncie samorządowym. Mieliśmy uchwały czy stanowiska różnych samorządów – dokładnie w tym samym duchu – ochrony dzieci przed deprawacją, zgorszeniem. Niestety, pod presją Brukseli, również – jak się wydaje – przy pewnym cichym przyzwoleniu władz większość samorządów pod groźbą pozbawienia unijnych funduszy została zmuszona wycofać się z tych uchwał, stanowisk. Tak czy inaczej jest to rzeczywistość, z którą mamy dzisiaj do czynienia i trzeba to wszystko powiązać skądinąd ze słuszną, wspomnianą inicjatywą.
Jak silny finalnie może się okazać ten finansowy dyktat?
– To jest pewna rzeczywistość, ale to tylko jeden z etapów scenariusza, jaki zrodził się w głowach i umysłach lewicowych elit europejskich. Skoro dzisiaj mówi się,
że samorządy nie mogą się wypowiadać w tak ważnych sprawach, i grozi się im pozbawieniem dotacji, to za chwilę zacznie się odbierać unijne pieniądze tym samorządom, które nie zgodzą się na wpuszczenie do szkół lewackich edukatorów, a właściwie demoralizatorów. To pokazuje,
że jesteśmy w tej chwili u progu ogromnej presji ideologicznej, cenzury, ingerencji Unii Europejskiej
w wewnętrzne sprawy Polski, w sprawy samorządów.
Tym, którzy nie zechcą się podporządkować ideologicznej presji, będzie się grozić finansowymi konsekwencjami.
I to już dzisiaj dzieje się na naszych oczach.
Nie ma wątpliwości, że są to działania sprzeczne z naszą kulturą, cywilizacją, tradycją. I chyba nawet komuniści nie poszli tak daleko, żeby deprawować najmłodszych i pozbawiać rodziców praw do swoich dzieci. Do czego prowadzi ta lewacka rewolucja?
– Komuniści, owszem, tak daleko nie poszli – chociaż na początku zmierzali w tym kierunku, ale inne były środki. Przypomnę, że w Związku Sowieckim w pierwszych latach funkcjonowania systemu komunistycznego wprowadzano całkowitą demoralizację społeczeństwa, aborcję i tzw. wolną miłość, co doprowadziło do całkowitego rozstroju życia społecznego. Dlatego, widząc skutki, szybko z tego zrezygnowano, zdając sobie sprawę, że osłabi się państwo, które w zamierzeniu miało wprowadzać rewolucję i podbić świat. Dzisiaj mamy powrót do tego wczesnego komunizmu sowieckiego, rozstroju rodziny i rozbicia wszelkich więzi społecznych w imię budowania nowego „cudownego” społeczeństwa. Zmieniły się tylko środki
i metody, ale kierunek jest ten sam. W takim czasie żyjemy.
Projekt zakłada, żeby rodzice, a nie szkoła, decydowali, czy ich dziecko będzie brało udział w proponowanych przez lewackie organizacje pozarządowe demoralizatorskich pakietach edukacyjnych. Czy tylko szkoły powinny zostać objęte szczelną ochroną, czy nie powinno to dotyczyć także internetu, gdzie aktywiści lewaccy mają wręcz nieograniczony dostęp do naszych dzieci?
– Szkoła jest niewątpliwie bardzo wrażliwym miejscem, gdzie pewne treści – z mocy autorytetu nauczycieli i samej instytucji – przekazuje się dzieciom. Dlatego bezwzględnie szkoła nie może być miejscem ich deprawacji. Przypomnijmy, że mieliśmy próbę obrony dzieci poprzez inicjatywę nowelizacji ustawy prawa oświatowego,
czyli tzw. lex Czarnek. Niestety, inicjatywa została zawetowana przez prezydenta Andrzeja Dudę.
Jednak ochrona ustawowa dzieci, która umożliwi kompleksową ochronę jest potrzebna. Taką inicjatywą
– rzec można „lex Czarnek” 3.0 – jest inaczej nazwany,
ale w tym samym duchu, projekt ustawy „Chrońmy dzieci, wspierajmy rodziców”. I te kwestie trzeba uporządkować. Natomiast inną sferą, choć z nią związaną, jest sfera internetu i działania wobec grup siejących deprawację
on-line. Oczywiście należy rozszerzyć odpowiedzialność karną wobec tych, którzy dopuszczają się deprawacji
w przestrzeni internetowej, ale tu może być problem,
bo internet jest międzynarodowy. Natomiast bezwzględnie trzeba uczyć rodziców, jak kontrolować treści, które są przekazywane młodemu pokoleniu za pośrednictwem internetu, jak zabezpieczać dzieci i młodzież przed szkodliwymi treściami.
Trzeba też większą uwagę poświęcić tworzeniu programów, barier zabezpieczających, dających większą kontrolę rodzicielską. I to jest wszystko do zrobienia. Natomiast
– jako społeczeństwo – musimy sobie przede wszystkim odpowiedzieć na pytanie: czy to, co proponuje nam ideologia, jest – jak nam się próbuje to wmówić
– wolnością czy po prostu demoralizacją? Jeśli sobie odpowiemy na tak postawione pytanie, wtedy będzie
nam łatwiej znaleźć konkretne, dobre rozwiązania prawne
i instytucjonalne.
Rodzice, którzy mają decydować w kwestii wychowania, muszą mieć wsparcie prawne
i instytucjonalne, ale potrzebna jest także pewna ich edukacja. Jeśli bowiem słyszymy o organizowaniu „świeckiej pierwszej komunii” dla dziecka – bez spowiedzi, bez Pana Jezusa, za to z prezentami i wycieczką, np. do Disneylandu, to z postawami takich rodziców chyba nie jest dobrze?
– Dotykamy tu kwestii utraty wiary rodziców, którzy w tzw. świeckim duchu chcą wychowywać swoje dzieci. Mamy więc próbę zastąpienia sakramentalnego spotkania
z Chrystusem w Eucharystii i przyjęcia Go do swojego serca pewnym psychologizmem, aby dziecko nie czuło się źle, kiedy jego rówieśnicy świętują tak ważny dzień
w życiu. Dlatego tworzymy nową, świecką, ateistyczną tradycję – coś na wzór ceremonii, przyjęć z prezentami,
co ma zastąpić sacrum.
Zawsze tak było, że człowiek bez religii nie może żyć, funkcjonować, więc tam, gdzie się go pozbawia religijności,
w to miejsce próbuje się tworzyć alternatywę, jakieś obrzędy, co robili już komuniści czy socjaliści. I taki mamy dzisiaj czas, kiedy kryzys się uwidacznia w taki sposób,
że forma jest istotna, a więc prezenty, zabawa, cała ta otoczka przyjęcia, zabawy, ale w tym wszystkim nieobecny jest duch. Cóż to za pierwsza komunia, gdzie nie ma Pana Jezusa, a jedynie czysta komercja. Przecież to jest jakiś absurd.
Wracając do zasadniczego wątku naszej rozmowy, czyli do ochrony dzieci przed deprawacjami – proszę powiedzieć, dlaczego tak łatwo ulegamy temu, co jako normę narzucają nam ideolodzy?
– Nie jesteśmy ani pierwszym, ani jedynym krajem, który jest w ten sposób traktowany przez ideologiczne nurty
i deprawatorów określających siebie mianem nowoczesnych czy postępowych. Jest też cała metodologia wprowadzania tych zmian, także wspomniana już kwestia zewnętrznych zagrożeń utraty środków unijnych dla tych, którzy się tym lewackim trendom nie podporządkują. Wreszcie jest też coś, co możemy nazwać pewną pułapką dobrobytu. Otóż w porównaniu z poprzednimi pokoleniami dzisiaj żyjemy we względnym dobrobycie i społeczeństwa często się degenerują właśnie pod wpływem: więcej mieć niż być, gdzie normy moralne idą w odstawkę. Dlatego bez wyczucia, pewnej ostrożności, można naprawdę ulec modom, a to nieuchronnie kończy się katastrofą.
Teraz czas na zbieranie podpisów pod obywatelskim projektem ustawy „Chrońmy dzieci, wspierajmy rodziców”. Zważając
na to, że jesienią odbędą się wybory do parlamentu, możemy się spodziewać,
że ten temat będzie jednym z elementów kampanii wyborczej?
– Już jest. Wydaje się, że z jednej strony Prawo
i Sprawiedliwość chce uczynić z tego tematu poletko walki politycznej, ponieważ na tym można zyskać politycznie. Natomiast oczywistą kwestią jest to, że szeroko rozumiana lewica i ośrodki lewackie zaatakują ten projekt ochrony dzieci przed demoralizacją. Zresztą już dzisiaj kwestia ta jest przedmiotem walki, sporów. I tak jak atakowali samorządy, tak samo atakuję inicjatywę „Chrońmy dzieci, wspierajmy rodziców”, co w kontekście kampanii wyborczej musi się to przełożyć na pewne zachowania wyborców. Myślę, że z korzyścią dla prawicy, a finalnie dla dobra naszych dzieci.

