logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Kremlowi pozostały tylko kłamstwa

Wtorek, 9 maja 2023 (21:05)

Rozmowa z dr. hab. nauk wojskowych, prof. Społecznej Akademii Nauk Romualdem Szeremietiewem, byłym wiceministrem i p.o. ministrem obrony narodowej

Ostatnio doszło do agresywnych
i niebezpiecznych manewrów rosyjskiego myśliwca wobec samolotu polskiej Straży Granicznej biorącego udział w misji Frontexu nad Morzem Czarnym.
Jak interpretować to wydarzenie?

– Rosja – jak to ma w zwyczaju – straszy przede wszystkim te państwa, które starają się i pomagają na wszystkie możliwe sposoby walczącym Ukraińcom. Ponieważ Polska jest najważniejszym państwem, przez które pomoc z całego świata dociera na Ukrainę, więc nic dziwnego, że to na Polsce skupiają się szczególna uwaga
i złość Kremla. Dlatego przy każdej nadarzającej się okazji Moskwa chce pokazać swoje niezadowolenie, co więcej – zaszkodzić Polsce, i poprzez tego typu działania liczy, że się wystraszymy. To jest stara metoda wywierania presji, jeśli chodzi o Rosjan, i nic nowego tutaj się nie dzieje.

Metoda może i stara, ale czy tego typu operacje wymierzone w państwo polskie, przeciwko Polsce nie zmierzają do bezpośredniej konfrontacji?

– Oczywiście, że nie można tego wykluczyć, dlatego że wystarczyło, aby atak i sposób, w jaki rosyjski myśliwiec SU-35 przeleciał obok samolotu Straży Granicznej Turbolet L 410 czy nad nim, doprowadził do katastrofy samolotu Straży Granicznej – co mogło się wydarzyć – i wtedy trudno jest przewidzieć, jaka mogłaby być reakcja.
Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Polscy piloci wykazali się opanowaniem, profesjonalizmem i mimo chwilowej utraty kontroli nad samolotem, który – jak słyszymy – wpadł w turbulencję, udało się odzyskać panowanie nad maszyną i bezpiecznie wylądować. Tak czy inaczej, jeśli chodzi o Rosję, to mamy igranie z ogniem. Może być tylko kwestią czasu, kiedy Rosja przekroczy nieprzekraczalną granicę i wówczas teatr działań wojennych może się rozszerzyć.

Czy Moskwa do tego nie dąży, skoro pełnomocnik rządu ds. bezpieczeństwa przestrzeni informacyjnej RP Stanisław Żaryn mówi wprost, że Rosjanie eskalują napięcie, prowadząc agresywne operacje informacyjne przeciw Polsce? Otóż po groźbach pod adresem polskiego ambasadora w Rosji teraz mamy próbę staranowania polskiego samolotu…

– Rosja już od dłuższego czasu prowokuje rozmaite incydenty i to jest stała polityka, którą uprawia Kreml,
jeśli chodzi o relacje z państwami Sojuszu Północnoatlantyckiego, a w szczególności z Polską, która jest frontowym państwem wschodniej flanki NATO, i to chyba najbardziej irytuje stronę rosyjską. Dlatego groźby pod adresem ambasadora Polski w Moskwie oraz ten atak na samolot naszej Straży Granicznej nie powinien być zaskoczeniem. Natomiast jest pytanie, czy i w którym momencie Rosjanie zrobią coś, co będzie przekroczeniem pewnej granicy i trzeba będzie rzeczywiście użyć siły.  

Przypomina mi się sytuacja z Turcji, kiedy w 2015 roku siły tego kraju zestrzeliły rosyjski bombowiec Su-24, który na krótko znalazł się w tureckiej przestrzeni powietrznej.
A może wzorem Turcji samolot przejawiający agresję, wykonujący niebezpieczne manewry zagrażające zdrowiu i życiu pilotów należałoby
po prostu strącić?

– Rosjanie prowokują i niewykluczone, że się kiedyś doigrają. Nie jest to jednak takie proste – rzecz jest bardzo trudna i bardzo ryzykowna, bo mamy cały czas do czynienia z państwem, które grozi użyciem broni jądrowej. Swoją drogą chciałbym podzielić się pewną refleksją.
Kiedy pojawiło się niebezpieczeństwo, że wojna może wybuchnąć, że Rosja może zaatakować Ukrainę, kiedy byli tacy, którzy mówili, że wojna na pewno wybuchnie, to ja uważałem, że do tego jednak nie dojdzie. Miałem na względzie to, że Rosja nie dysponuje wystarczającymi siłami do przeprowadzenia takiej operacji, żeby opanować Ukrainę. Wydawało mi się, że jest nienormalne, aby wojskowi, którzy planują operacje wojenne, podejmowali decyzję o rozpoczęciu wojny z takim państwem jak Ukraina – nie mając wystarczającej przewagi.

Co ma Pan na myśli?

– Chodzi o to, że w przypadku konfliktu wojennego ten, kto planuje atak – żeby w ogóle mógł rozpocząć działania zbrojne – musi dysponować co najmniej trzykrotną przewagą nad zaatakowanym. Ponieważ nie było tajemnicą, że Ukraina dysponuje liczącą siedemset tysięcy żołnierzy armią, a przewaga atakującego – według reguł – musi być trzy do jednego, to znaczy, że Moskwa, myśląc
o powodzeniu, wygranej z Kijowem, musiałaby dysponować armią liczącą ponad dwa miliony sto tysięcy żołnierzy. Takiej liczby wojska Rosjanie wtedy nie mieli. Dlatego założyłem, że wojny nie może być, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie rozpoczyna działań wojennych, nie dysponując przewagą, jaką mieć powinien do skutecznego przeprowadzenia takiej operacji.

Tymczasem okazało się, że wojna wybuchła, że Rosja jednak zaatakowała Ukrainę…

– Owszem, wybuchła, jednak nie dlatego, że Rosja bardzo tego chciała, bo Władimir Putin zakładał, że żadnej wojny nie będzie. Kreml sądził, że będzie jedynie demonstracja podobna do tej z Krymu i że wystarczy wprowadzić na Ukrainę trochę wojska – podobnie jak to Rosjanie zrobili
na Krymie – i to wystarczy, żeby wystraszyć Ukraińców.
To z kolei ośmieli po stronie ukraińskiej tych, którzy
chcą z Rosją być jak najbliżej, wystraszy prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, którego na Kremlu nie traktowano poważnie, uważając, że to jedynie jakiś aktor, komik, więc z jego strony nic złego Rosji nie grozi. Tymczasem okazało się, że towarzysze z Moskwy mieli złe rozeznanie. Ponadto Putin liczył, że ma na krótkiej smyczy państwa Europy Zachodniej, szczególnie Niemcy i Francję, które nie będą chciały wspierać obrony Ukrainy kosztem zepsucia relacji z Moskwą – zwłaszcza jeśli chodzi
o kwestię interesów gazowych itd.

W pewnym sensie Putin – uzależniając surowcowo zwłaszcza Niemcy – miał rację.

– To prawda. Wyglądało, że gazociągi Nord Stream 1
i Nord Stream 2 zainstalowane na dnie Bałtyku zagwarantują, że Europa Zachodnia nie będzie w żaden sposób pomagać Ukrainie. Ponadto prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden, który w atmosferze skandalu wycofał wojska amerykańskie z Afganistanu, zapowiadając wycofanie się z Europy, aby skoncentrować się na konflikcie z Chinami, dał Putinowi atut do ręki. Wydawało mu się, że Joe Biden jest słabym zawodnikiem, w związku z czym nie ma co się przejmować Amerykanami, którzy nie zaangażują się w sprawę obrony Ukrainy. Biorąc to wszystko pod uwagę Putin uznał, że przeprowadzi taką operację, ale – jak widać – się zawiódł.

Grupa Wagnera nie wywiązała się
z obietnic zdobycia Bachmutu, co więcej – Jewgienij Prigożyn, oskarżając rosyjskie MON i jego szefa Siergieja Szojgu o brak dostaw amunicji, mówi, że wagnerowcy  wycofają się z tego rejonu. Jeśli nie Bachmut, to co, jakie mogą być nowe priorytety działań Rosji na Ukrainie?

– Teraz warto poczekać do momentu, kiedy ruszy kontrofensywa ukraińska. Wtedy będzie wiadomo, w jakim kierunku to wszystko się rozwinie. Moim zdaniem Ukraińcy ciągle czekają na właściwy moment, kiedy będzie można tego typu działania kontrofensywne uruchomić. W związku z tym wtedy będzie wiadomo, jak potoczą się losy tej wojny i czy Rosja ją przegra.

Tymczasem widać, że Rosjanom nie idzie, dlatego w wielu miastach odstąpiono od organizowania parad z udziałem żołnierzy
i sprzętu; również podczas głównej defilady zwycięstwa na placu Czerwonym w Moskwie nie było czym się chwalić, co więcej – Putin mówił, że prawdziwa agresja jest przeciwko Rosji.      

– Zdaje się, że do 9 maja Rosjanie mieli zdobyć Bachmut
i tym Putin miał się chwalić podczas swojego wystąpienia podczas parady zwycięstwa. Jak dotąd nic nie świadczy
o tym, żeby Rosjanie mieli przejąć Bachmut, który
z trudem, bo z trudem, cały czas się broni. Cała ta demonstracja w Moskwie wyglądała marnie, wręcz komicznie. Chociaż w retoryce Putina przewijało się, że Rosja jest wielka, zwycięska. Chwalenie się napaścią na Ukrainę – i to w tak niewybredny sposób, odwracając rolę agresora z napadniętym – wyglądało żenująco. Podobnie jak oskarżanie Zachodu o agresję przeciwko Rosji, sianie rusofobii czy twierdzenie, że Rosjanie walczą o przyszłość swojego kraju. Putin – odnosząc się demontowania pomników sowieckich żołnierzy w Polsce – mówił,
że to barbarzyństwo, iż Zachód zapomniał, kto pokonał Niemców, co jest oczywistą aberracją. Obiekty sowieckich zbrodniarzy powinny zniknąć z przestrzeni publicznej.

Skoro Putin może oficjalnie taki kłamliwy przekaz kierować do rosyjskiego społeczeństwa, to co nam to mówi
o samych Rosjanach?      

– Proszę pamiętać, że to jest inna cywilizacja od naszej – cywilizacji łacińskiej – i inny system wartości, któremu hołdują Rosjanie. Stąd różne są też wyobrażenia o świecie, co jest ważne i do czego w życiu trzeba dążyć. Rosjanie cały czas pragną, żeby inni, cały świat ich się obawiał
i taką – według nich – politykę rosyjskie władze powinny prowadzić. Jest więc przyzwolenie na tego typu zbrodnicze działania.

W Warszawie ambasador Rosji próbował złożyć kwiaty przy Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich jednak prowokacja się nie udała. Ukraińcy przygotowali instalację symbolizującą zniszczone przez Rosjan ukraińskie miasta, m.in. Buczę czy Bachmut.

– Pamiętamy, jak zakończyła się ubiegłoroczna próba złożenia wieńca przez ambasadora Rosji w tym miejscu,
i widać Siergiej Andriejew zacierał ręce, licząc na propagandowy efekt, że w tym roku będzie podobnie. Jednak to się nie udało, ostrzeżenia policji przyniosły skutek i ambasador Andriejew w ostatniej chwili odstąpił od złożenia kwiatów przy pomniku. Przy okazji, korzystając z obecności mediów, nie omieszkał wyrazić swojej interpretacji zdarzeń, co więcej – posłużył się kłamstwem historycznym, mówiąc o żołnierzach wyzwolicielach radzieckich poległych i pochowanych w tym miejscu
w walce z faszyzmem. Sowieci nas zniewolili, a nie wyzwolili. Swoją drogą to dobrze, że cały wysiłek propagandowy ambasadora Rosji poszedł na nic.

             Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl