logo
logo

Zdjęcie: / Nasz Dziennik

Rosja coraz bliżej porażki

Środa, 17 maja 2023 (20:46)

Rozmowa z dr. hab. nauk wojskowych Romualdem Szeremietiewem, profesorem Społecznej Akademii Nauk, byłym wiceministrem i p.o. ministrem obrony narodowej

W ostatnim czasie Rosjanie zintensyfikowali ataki rakietowe na Ukrainę. Jaki może być cel takiego działania?

– Rosjanie rzeczywiście masowo atakują rakietami Ukrainę, ale cel niezmiennie jest ten sam, czyli wystraszyć Ukraińców, złamać ich wolę walki i oporu i zyskać przewagę. Zatem nie jest to nic nowego. Ciekawe jednak jest to, że Ukraińcy dzięki wsparciu ze strony Zachodu,
w szczególności przy użyciu systemów rakietowych, zrobili sprawdzian, jak do propagandy uprawianej przez Kreml
w rzeczywistości mają się hipersoniczne rosyjskie pociski zdolne przenosić głowice jądrowe lub konwencjonalne Kindżał – rzekomo – o niespotykanym zasięgu,
o niebywałej skuteczności, podobno też nieosiągalne
dla zachodnich systemów przeciwrakietowych. Okazuje się, że nie taki diabeł straszny i najpierw Ukraińcy strącili jedną rakietę tego typu, a teraz na koncie mają ich już siedem.
Z jednej strony to sukces wojsk ukraińskich, cios
w wizerunek Moskwy, a z drugiej – potwierdzenie skuteczności amerykańskich systemów przeciwrakietowych Patriot. Rosjanie, atakując nieistotne ze strategicznego punktu widzenia cele po stronie ukraińskiej, stracili już
ok. 10 proc. swojej hipersonicznej broni, bo – zdaje się 
– dysponują 80 takimi pociskami. Wygląda to dość ciekawie.

Komentatorzy uważają, że Rosjanie tymi coraz liczniejszymi atakami chcą opóźnić kontrofensywę Ukraińców. Na ile jest
to zasadna teza?

– Oczywiście z punktu widzenia Rosji byłoby dobrze opóźnić to, co i tak jest nieuniknione, ale czy to się im uda – tego nie wiem. Na razie widać, że Ukraińcy, wspierani przez zachodnich sojuszników, dają radę na froncie.
Co więcej, skutecznie się bronią, odpierając rosyjską ofensywę także w tym miejscu, którego zdobycie jest dla Rosjan prestiżowe – mam na myśli Bachmut – niemalże jak podczas I wojny światowej bitwa pod Verdun. Okazuje się, że Rosjanom pod Bachmutem nie tylko, że nie dość dobrze idzie, co więcej, Ukraińcy zaczynają odzyskiwać teren. Jak to się dalej potoczy, zobaczymy. Poczekajmy
na rozwój wydarzeń.

Jak to jest z zasobami rosyjskiej broni. Chodzi o to, że Rosjanie – mam na myśli ataki rakietowe uszczuplają znacząco swoje zasoby, które nie są niewyczerpalne?

– To jest sytuacja bez wyjścia, jeśli chodzi o stronę rosyjską, bo o ile Ukraińcy wyczerpują swoje zasoby, ale są stale wspierani i doposażani w uzbrojenie i amunicję przez Zachód, o tyle Rosjanie muszą bazować na własnych zapasach. W związku z tym przewidywałem wielokrotnie
w naszych rozmowach to, że – po pierwsze – spodziewam się zwycięstwa strony ukraińskiej, a po drugie 
– że kontrofensywa wiosna – lato, na którą czeka świat, będzie skuteczna i wojna skończy się jeszcze w tym roku. Coraz bardziej umacniam się w tym przekonaniu i mam nadzieję, że w tych przewidywaniach się nie pomyliłem.

Jednak wśród Rosjan mit niezwyciężonej armii jest wciąż obecny…

– Rosjanie zawsze mieli wielkie ambicje, swoje sny
o potędze, chcieli dominować nad światem, rządzić,
mieć innych pod butem. Już za czasów Stalina istniało przekonanie, że armia sowiecka jest wielką, niezwyciężoną potęgą. Nawet zachodni attaché wojskowi, którzy byli zapraszani na defilady, wypisywali później cuda wianki, wręcz nieprawdopodobne rzeczy na temat rosyjskich wojsk, np. desantowych, czy o potężnych czołgach itd. Natomiast w 1941 roku, kiedy Hitler uderzył na ZSRS
– wcale nie większymi siłami niż na Polskę – szybko się okazało, że dywizje niemieckie weszły niemalże jak
w masło w Rosję i pokonując rosyjskie oddziały, dość szybko znalazły się pod Leningradem, Moskwą czy Stalingradem. Jak widać, mimo upływu lat ta przesadna retoryka o wielkości, o potędze wojskowej jest wśród Rosjan wciąż obecna.  

Słyszymy o trwającej dyslokacji wojsk na Białorusi. Przy granicy z Polską rozlokowano dywizje białoruskich wojsk rakietowych
i zestawy Polonez oraz Toczka. Czy to poważne zagrożenie?  

– Białoruska propaganda twierdzi, że to operacja mająca na celu sprawdzenie gotowości bojowej armii przed próbą agresji ze strony Zachodu. Tak czy inaczej nie jest to poważne zagrożenie dla nas, bo jeśli armia rosyjska 
– o potędze której krążyły legendy, a Putin wysławiał jej siłę i możliwości niemalże pod niebiosa, którą straszył cały świat – okazała się tym, co widzimy podczas napaści
na Ukrainę, to tym bardziej armia i broń, jaką dysponuje mniejszy dyktator, białoruski satrapa Łukaszenka,
z militarnego punktu widzenia ma jeszcze mniejsze znaczenie. Dlatego nie należy się przesadnie przejmować tym, co robi Łukaszenka. Trzeba jednak uważać i trzymać rękę na pulsie, bo nawet największy patałach
– niekontrolowany – może dać się we znaki.

Ostatnia ofensywa dyplomatyczna prezydenta Zełenskiego, który gościł w kilku państwach Europy ma zaowocować zwiększeniem dostaw uzbrojenia także
z Niemiec i Francji. Skąd ta nagła zmiana retoryki Berlina i Paryża?

– Być może rządzący w Niemczech i we Francji, którzy wcześniej stawiali na Putina i Rosję, licząc na szybki powrót do interesów gospodarczych z Moskwą, teraz doszli do wniosku, że Rosjanie mogą tę wojnę przegrać.
W związku z tym lepiej jest trzymać z tym, kto wygrywa.

W perspektywie jest także odbudowa Ukrainy i trzeba zadbać o kontrakty
dla swoich firm?

– Dokładnie. W perspektywie powojennej trzeba brać
pod uwagę różne rzeczy, w tym również kwestie odbudowy Ukrainy ze zniszczeń spowodowanych przez agresję rosyjską itd., co będzie kosztowało miliardy euro.
I biorąc to pod uwagę, jest, o co zabiegać. Dlatego trwa przygotowanie gruntu pod przyszłe interesy.

Prezydent Zełenski zabiega o to, żeby Ukrainie przekazać broń dalekiego zasięgu. Dlaczego Zachód się na to nie zgadza? 

– Ukraina cały czas otrzymuje broń, w tym także dodatkowe systemy przeciwrakietowe. Jednak po stronie Zachodu istnieje uzasadniona obawa, że Ukraińcy, posiadając tego typu zdolności – broń dalekiego zasięgu
– mogliby nie ograniczać się jedynie do obrony swojego terytorium, ale sięgnąć dalej w głąb Rosji, a to mogłoby wciągnąć Zachód do wojny z Moskwą. Widać, że po stronie Zachodu ciągle istnieje obawa, że Rosja ma atomowy arsenał zdolny do ataku i w sytuacji zagrożenia może użyć broni jądrowej.

Skoro istnieją obawy, że Ukraińcy, posiadając tego typu zdolności, mogliby posunąć się za daleko, co mogłoby rozszerzyć trwający konflikt, to czy Kijów jest wiarygodnym, przewidywalnym partnerem? 

– Jak widać po działaniach obronnych prowadzonych
od ponad roku, Ukraina jest dla Zachodu partnerem przewidywalnym. Podejmując działania obronne, Ukraińcy starają się, żeby nie dotknąć rosyjskiego terytorium. Istnieją podejrzenia, że pożary składów amunicji, magazynów broni i dywersyjne akcje po stronie rosyjskiej to niekoniecznie jest efekt działań rosyjskich opozycjonistów, przeciwników władzy Putina, ale że może to być ukraińska dywersja. Ukraińcy oczywiście się do tego nie przyznają, wprost przeciwnie odżegnują się od tego typu akcji. Zatem przynajmniej formalnie spełniają oczekiwania Zachodu – mianowicie nie naruszają terytorium Federacji Rosyjskiej.

A co z samolotami wielozadaniowymi,
o które od dawna prosi Zełenski?

– Przypomnę tylko, że Polska – po Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii – jest w awangardzie państw, które przekazują uzbrojenie Ukrainie. Jesteśmy hubem, przez który wszelka pomoc militarna, a także humanitarna dociera na Ukrainę. Ponadto Polska, Czechy, a także Słowacja przekazały Ukrainie swoje samoloty MiG-29. Jednak bez nowoczesnych myśliwców Ukraińcom będzie ciężko pokonać Rosjan, a na pewno może się to przeciągnąć w czasie. Dlatego z inicjatywy Wielkiej Brytanii i Holandii budowana jest na wzór „czołgowej” międzynarodowa koalicja w celu zapewnienia Ukrainie bojowych zdolności powietrznych, obejmująca zakup
i dostawę samolotów F-16. O wsparciu militarnym, humanitarnym, a także o przyszłej odbudowie Ukrainy mowa jest również podczas odbywającego się właśnie szczytu Rady Europy w Reykjavíku. Prędzej czy później samoloty dla Ukrainy będą, podobnie jak to było
z czołgami, systemami Patriot itd.

Czy i czym może się przeciwstawić Rosja wobec wsparcia militarnego Ukrainy?  

– Czym się przeciwstawia, to widać. Brakuje im sprzętu, brakuje amunicji, co więcej, kłócą się między sobą, zarzucając dowodzącym brak dostaw uzbrojenia, amunicji itd. Szef najemniczej Grupy Wagnera Jewgienij Prigożyn zagroził Kremlowi, że wycofa swoje oddziały z Bachmutu.

Rosjanie nie mają nic więcej w zanadrzu?

– Trudno powiedzieć. Nie wiem, co Rosjanie mogą mieć
w zanadrzu. Ci, którzy poznali Armię Czerwoną podczas
II wojny światowej, mówią jasno, że tym, co sowieccy sołdaci mieli pod kufajkami, były głównie wszy. Patrząc
na to, czym dysponują dzisiaj na ukraińskim froncie,
może być bardzo podobnie.   

           Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl