Sejm przyjął ustawę umożliwiającą powołanie państwowej komisji ds. badania wpływów rosyjskich na bezpieczeństwo wewnętrzne RP w latach 2007–2022. Chodzi o to, czy w Polsce były czynniki, które sprzyjały Rosji. Podczas debaty mieliśmy okazję zobaczyć wręcz furię w wykonaniu polityków opozycji. Skąd takie emocje?
– To zachowanie daje dużo do myślenia, bo mogłoby się wydawać, że w obliczu wojny, jaka toczy się za naszą wschodnią granicą – wojny, którą wywołała Rosja – wszystkim wręcz powinno zależeć, żeby zbadać ewentualne wpływy, żeby wyjaśnić, czy rzeczywiście takie rosyjskie wpływy były, czy może są nadal. Wydaje się, że jest to sprawa priorytetowa, jedna z najważniejszych dla bezpieczeństwa Polski. Zatem jest to coś, co powinno być oczywiste i wyjaśnione ponad podziałami politycznymi. Natomiast po stronie opozycji obserwujemy – tak jak pan redaktor zauważył – niemalże furię, jakby ktoś chciał, co najmniej zlikwidować ugrupowania opozycyjne.
To jest niezrozumiałe i może dawać wiele do myślenia, skąd takie zachowanie. Nie chciałbym sięgać dalej, bo to będzie prawdopodobnie przedmiotem badań komisji – jeśli oczywiście powstanie, ale warto się zastanowić, czy te wpływy rosyjskie nie są wciąż aktualne, mocne. A wiadomo, że jeśli były, a zdaje się, że jest niemal pewne, że były, to one mogą sięgać wielu aspektów życia publicznego, gospodarczego. Jeśli chodzi o obcą agenturę, to jest ona zawsze lokowana wszędzie tam, gdzie są ośrodki decyzyjne, ośrodki strategiczne dla gospodarki, dla wojska, bądź nawet w rządzie, parlamencie, także w rozmaitych spółkach handlowych, ponadto w powiązanych z biznesem organizacjach, które pod płaszczykiem szlachetnych intencji i celów – tak naprawdę prowadzą akcję związaną ze współpracą rosyjską. Dlatego zbadanie tych ewentualnych zależności jest konieczne, tym bardziej trudno zrozumieć, dlaczego pojawiają się tak mocne, wręcz histeryczne reakcje ze strony opozycji, która powinna wspierać inicjatywę powołania takiej komisji i dążyć do wyjaśnienia wszelkich wątpliwości.
Na sejmowej galerii debacie przysłuchiwał się Donald Tusk. Czemu miał służyć ten spektakl? Przecież arytmetyka sejmowa wskazywała jasno, że ustawa przejdzie. Czyżby Tusk brał to do siebie?
– Donald Tusk w pewnym sensie mógł odnosić to do siebie, bo – co nie jest żadną tajemnicą – jego relacje z Putinem były stosunkowo bliskie. Możemy to zresztą zobaczyć, bo materiały filmowe dokumentujące spotkania ówczesnego premiera Tuska i premiera Putina są dostępne. Również wypowiedzi Tuska, który mówi – dajmy na to – że nie widzi żadnych ideologicznych przesłanek, by mówić kategoryczne „nie” sprzedaży LOTOS-u inwestorom z jakiegokolwiek kraju, także z Rosji, są same w sobie zastanawiające.
Ponadto było jeszcze wiele, wiele mniejszych firm ważnych z punktu widzenia interesów państwa polskiego, które także były w kręgu zainteresowań Rosji. Nie można też zapominać o podpisaniu skrajnie niekorzystnej dla Polski umowy gazowej z Rosją – umowy, która powodowała maksymalny drenaż naszych portfeli i na długie lata uzależnienie się od rosyjskiego gazu. Nie sposób też wymazać z pamięci różnych spotkań, które obserwowaliśmy, gdzie tak naprawdę do dzisiaj nie wiemy, czego dotyczyły. Również cała sytuacja po katastrofie smoleńskiej, gdzie ze strony ówczesnego rządu Donalda Tuska mieliśmy oddanie śledztwa w ręce Rosjan.
Mieliśmy też próbę obarczenia winą za katastrofę pilotów czy prezydenta Kaczyńskiego. Znamy też wypowiedzi członków rządu premiera Tuska, ówczesnej minister zdrowia Ewy Kopacz, która – mówiąc wprost – kłamała o przekopywaniu przez Rosjan z wielką starannością ziemi na miejscu katastrofy na głębokość ponad metra, podczas gdy nic takiego nie miało miejsca. Znane są także zdjęcia Ewy Kopacz z patomorfologami rosyjskimi, które pokazują, w jakiej atmosferze odbywały się badania ciał ofiar katastrofy. Jak widać, wiele rzeczy jest niewyjaśnionych – także jeśli chodzi o spotkania ówczesnego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego z jego odpowiednikiem po stronie Rosji Siergiejem Ławrowem i słynne zdjęcia na balkonie w warszawskim Pałacu na Wodzie czy spacer Tuska z Putinem na sopockim molo. Jak widać, tych zagadek jest całe mnóstwo.
Na razie są to oczywiście tylko domysły…
– Owszem, domysły. I tu nie ma żadnych zarzutów, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby te kwestie wyjaśnić. Tym bardziej że obrazy, jakie widzimy, o których wspomniałem przed chwilą, one mogą budzić pewne wątpliwości, a także podejrzenia, dlatego trzeba je rozwiać albo potwierdzić, i do tego pomocna może być państwowa komisja ds. badania wpływów rosyjskich na bezpieczeństwo wewnętrzne RP w latach 2007–2022, za której powołaniem opowiedział się Sejm.
Na razie to Donald Tusk oskarża rząd Prawa i Sprawiedliwości o prorosyjskość, a sam siebie kreuje na polityka antyrosyjskiego…
– Jest takie znane przysłowie, kiedy wystraszony złodziej najgłośniej krzyczy: łapać złodzieja. I tak często bywa w życiu, że ktoś, kto sam jest winny, ktoś, kto sam ma coś na sumieniu, będzie próbował obwiniać wszystkich dookoła. Jest to typowe zachowanie związane z odwróceniem uwagi od siebie, kiedy rzucając coś pod adresem innych liczy się, że coś do nich przylgnie. To są wszystko typowe chwyty socjotechniczne dla odbiorców mediów, którzy na co dzień nie interesują się polityką, ale jeśli coś takiego usłyszą czy zobaczą, to zostanie im to w pamięci. Dlatego Donald Tusk mówi o prorosyjskości
PiS-u, który jak ktoś choć trochę obserwuje życie polityczne w Polsce, to wie, że formacja ta jest najbardziej antyrosyjska ze wszystkich partii na polskiej scenie politycznej.
Czy prorosyjski jest rząd PiS, który chce obronić Polskę przed rosyjską agresją, który jest pierwszy za zdecydowanymi europejskimi sankcjami wobec Rosji? Przecież za rządów PiS Polska jako pierwsza mówiła i ostrzegała przed odradzającym się imperializmem rosyjskim i agresywnymi zamiarami Putina i Rosji. Dlatego zarzuty formułowane przez Donalda Tuska i tzw. totalną opozycję są absurdalne, niepoważne, mające jedynie odwrócić uwagę od rzeczywistego problemu i tego, kto naprawdę może być podejrzany.
Zanim komisja formalnie powstanie i przystąpi do pracy, to najpierw ustawę musi podpisać prezydent. Opozycja liczy tu na weto prezydenta. Ciekawe, jak zareaguje Andrzej Duda, który kilka razy poszedł niejako pod prąd działaniom większości sejmowej?
– Tutaj rzeczywiście może być różnie i wcale do końca nie jest pewne, czy ta komisja powstanie, tym bardziej że już Paweł Szrot, szef gabinetu Prezydenta RP, stwierdził, że sprawa ta budzi poważne kontrowersje publiczne i wymaga głębszej analizy. I taka zapewne będzie ze strony prezydenta Andrzeja Dudy. Dlatego na razie trudno jednoznacznie stwierdzić, czy taka komisja powstanie. Należy czekać na stanowisko prezydenta i wtedy zobaczymy, jakie będą dalsze losy ustawy umożliwiającej powstanie państwowej komisji ds. badania wpływów rosyjskich na bezpieczeństwo wewnętrzne RP w latach 2007–2022.
A jeśli nawet, to jaka będzie jej skuteczność skoro opozycja już mówi, że to patokomisja i że zbojkotuje udział w jej pracach? Co więcej, grozi prezydentowi Trybunałem Stanu…
– Opozycja – ta, którą mamy obecnie w Polsce – znana jest z wszelkiej aktywności zmierzającej do odsunięcia
PiS-u od władzy. Mamy więc działania począwszy od prób oskarżania rządzących o stosowanie siły, przemocy, łamanie prawa, co jest kompletnym nieporozumieniem, mamy też straszenie więzieniem, Trybunałem Stanu dla obecnie rządzących. Jak widać, wachlarz gróźb jest szeroki, ale to jest retoryka, metody stosowane przez osoby, które się bronią, a może też czegoś się obawiają. Opozycja będzie robiła wszystko, żeby także zniechęcić opinię publiczną do tej komisji, jeśli ona powstanie. Chodzi o to, żeby Polacy odbierali powołanie tej komisji jako atak na opozycję przed zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi i próbę wyeliminowania jej z gry o przejęcie władzy w Polsce. Taka narracja jest najbardziej odpowiednia i dobra dla opozycji.
Czy zważając na krótki czas, jaki pozostał do wyborów, powołanie takiej komisji rzeczywiście nie zostanie właśnie tak odczytane? Czy to nie jest gra polityczna, bo czasu, żeby wnikliwie wyjaśnić zakres, jakim ma się zająć komisja, jest mało?
– To prawda, że czasu jest niewiele, dlatego wydaje się mało prawdopodobne, żeby ta komisja do jesiennych wyborów wyjaśniła wszystkie istotne kwestie. Kadencja parlamentu się kończy – to po pierwsze. A po drugie, będziemy wchodzić w okres przedwyborczy, i to jest oczywiste, że opozycja będzie chciała wykorzystać powołanie tej komisji i powiedzieć, że ma ona charakter typowo polityczny, związany z kampanią wyborczą. Dlatego chyba nie do końca czas powstania tej komisji jest właściwy, ale z drugiej strony różne mogą być też wyniki wyborów. W związku z tym PiS ma świadomość, że jeżeli jesienne wybory przegra, to tak naprawdę sprawa ta zostanie zamieciona, bo nikt z przyszłej władzy nie będzie zainteresowany wyjaśnieniem wszystkich kwestii, które powinny być przedmiotem badań tej komisji. Dlatego po ewentualnej wygranej opozycji i przejęciu rządów w Polsce ta komisja z pewnością nie powstanie, a jeżeli nawet w przyszłym parlamencie pojawiłaby się taka inicjatywa, to zostanie ona storpedowana. W tej sytuacji, mając świadomość, że może być różnie, obecnie rządzący doszli do wniosku, że lepiej taką państwową komisję ds. badania wpływów rosyjskich na bezpieczeństwo wewnętrzne RP w latach 2007–2022 powołać teraz i zacząć coś robić w tej materii, niż gdyby takie ciało miałoby w ogóle nie powstać. Niewątpliwie jednak jest ryzyko, że ta komisja będzie odbierana jako działanie przedwyborcze.

