logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Niemcy odkrywają karty

Piątek, 23 czerwca 2023 (19:28)

Rozmowa z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą z KUL i AKSiM

Kanclerz Olaf Scholz w swoim wystąpieniu w Bundestagu odkrył karty, mówiąc wprost, że pakt migracyjny ma odciążyć Niemcy. Nie krył, że to idealne rozwiązanie dla Berlina. Nie pozostawił też złudzeń co do konieczności jego wprowadzenia. Niemcy już bez jawnie pokazują, o co im chodzi w Europie?

– To jest tylko potwierdzenie tego, o czym w swoich analizach mówiliśmy już wielokrotnie. Zatem to nic nowego – może po za tym, że tego typu sformułowania padają już oficjalnie i wprost. Dzieje się to na użytek polityki niemieckiej, gdzie napięcie związane zwłaszcza z kryzysem migracyjnym jest spore. Kanclerz Olaf Scholz próbuje to napięcie rozładowywać poprzez mechanizm unijny i w istocie komunikuje ten fakt politykom oraz opinii publicznej po to, żeby nie skupiła się na nim nowa wewnętrzna presja.

O czym może świadczyć fakt, że – jak zapowiedział Scholz, broniąc planów procedur azylowych – Niemcy będą robić wszystko, żeby ten projekt przymusowej relokacji imigrantów przepchnąć jeszcze w obecnej kadencji europarlamentu?

– Politycy zachodniej Europy, w tym politycy niemieccy, także brukselscy, mają świadomość, że różnie może być, dlatego na razie można jeszcze wprowadzać rozmaite mechanizmy, stosować presję w postaci sankcji finansowych, wstrzymywania wypłaty unijnych funduszy, bo nie wiadomo, co może być w przyszłości, więc spieszą się z decyzjami. Tu już nie ma tak, jak to bywało dawniej, że pewne kwestie były rozłożone w czasie, nacisk był powolny, mniej agresywny, żeby nikogo nie zrazić i dać się oswoić z takimi czy innymi decyzjami. Natomiast dzisiaj nikt już się tym nie przejmuje, nikt nie zważa na konwenanse, dlatego jest prowadzona ostra, krótka gra. Wiadomo też, że geopolityka jest ruchoma, że żadna opcja nie może rządzić w nieskończoność, że na arenie europejskiej pojawiają się nowe polityczne siły – w tym m.in. w Polsce, dlatego cel jest jeden: kuć żelazo, póki gorące.

Czyżby Niemcy obawiali się utraty wpływów w nowym europejskim rozdaniu po przyszłorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego?

– To jest jeden z elementów, na który elity europejskie nie mają wpływu. Coraz więcej ludzi w Europie jest sceptycznych wobec tego, co robi Bruksela, i to jest jeden aspekt. Natomiast druga kwestia to wzrost znaczenia państw Europy Środkowej, w tym szczególnie Polski, co jest nie lada problemem dla Berlina, który obawia się utraty swoich wpływów.

Dlaczego do Berlina i Brukseli nie dociera rzecz – wydawałoby się – oczywista, że wraz z nielegalną migracją osób ze stref obcych nam kulturowo wzrasta nie tylko ryzyko, ale już rośnie przestępczość i to jest fakt? Przykładem pierwszym z brzegu jest chociażby brutalny mord Polki w Grecji. Tymczasem polityka migracyjna jest wciąż forsowana…

– Bez wątpienia jest to błędna, bezrefleksyjna polityka i Niemcy u siebie mają już jej owoce. Dlatego usiłują podzielić się tym problemem i de facto błędami z innymi państwami. Mają świadomość, że nikt nauczony doświadczeniem z zamachów z Niemiec czy chociażby Francji dobrowolnie się na to nie zgodzi, dlatego stosują presję, narzucając swoją wolę, a tym, którzy nie będą się jej poddawać, grożą karami finansowymi sięgającymi 20 tys. euro za jednego nieprzyjętego imigranta. Po drugie Niemcy są zdecydowani budować federację europejską, a tym samym rozszczelnić istniejące struktury społeczne, czyli w istocie narody, które stanowią podstawę do funkcjonowania państw narodowych. Jak widać, chcą upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – pozbyć się problemu i podzielić się problemem migracyjnym z innymi, a co za tym idzie: kwestią terroryzmu i innymi problemami wynikającymi z niekontrolowanego napływu imigrantów. Po drugie chcą zniszczyć struktury wspólnot narodowych po to, żeby bez przeszkód móc budować federację europejską pod dyktatem właśnie Berlina.

Dla niemieckich i brukselskich polityków ważniejsze jest przyjmowanie obcych nam kulturowo migrantów z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu niż troska o tożsamość i korzenie, z których jako Europa się wywodzimy?   

– Dla niemieckich polityków i brukselskich eurokratów przyjmowanie imigrantów jest celem, a nie zagrożeniem. Dlatego z uporem maniaka konsekwentnie do tego dążą i mówią wprost, że narody są przeszkodą w budowaniu superpaństwa europejskiego. Dlatego różnymi sposobami próbują osłabiać więzi narodowe – podobnie jak to ma miejsce w przypadku więzi np. małżeńskich czy rodzinnych albo religijnych. Jakichkolwiek. Dotyczy to więzi naturalnych bądź tradycyjnych. I to jest niejako w pakiecie kontrkultury, jaka ma być podstawą ideologiczną nowej Unii Europejskiej.

Każdy dyktat ma to do siebie, że budzi opór. Tak było chociażby z nami w latach protestów przeciwko systemowi komunistycznemu. Słyszymy, że zdecydowana większość państw członkowskich jest przeciwna kolejnym działaniom opresyjnym Brukseli, tylko boi się temu sprzeciwić. Jedynie Polska i Węgry wyrażają sprzeciw. Skąd ten strach i czy tak miała wyglądać Wspólnota w projektach założycieli?

– To, co dzisiaj forsują Niemcy i elity brukselskie, nie ma nic wspólnego z pierwotnymi założeniami Unii Europejskiej. To, co robi się dzisiaj, to efekt działań, które są prowadzone od lat. Od dawna tworzono soft power – miękką siłę, czyli poprzez rozmaite mechanizmy unijne uzależniano różne elity, poszczególne instytucje, całe grupy zawodowe itd. I dzisiaj się korzysta z efektów tej soft power, czyli najpierw coś dajemy jako wabik, a później się to nam spłaca w postaci uległości tych, wobec do których ten mechanizm zastosowano. Zatem państwa i rządy na skutek tej polityki są tak mocno uzależnione i obawiają się jakichś perturbacji – również społecznych, związanych z ewentualnym sprzeciwem – że poddają się tej zewnętrznej presji.

Czy referendum w sprawie relokacji imigrantów – Pana zdaniem – rozwiąże problem migracyjny z punktu widzenia Polski? Czy może to być decydujący argument dla Brukseli w kwestii odstąpienia od przymuszania nas przynajmniej w tej sprawie?

– Rozwiązać – nie rozwiąże, ale na pewno będzie pomocne. Polski rząd – jeśli większość społeczeństwa sprzeciwi się przymusowej relokacji imigrantów – zyska argument, którym będzie mógł się posługiwać w negocjacjach z Unią Europejską. To ważny argument, jeśli Polacy w demokratycznym głosowaniu wypowiedzieliby się przeciwko migracyjnej polityce Brukseli. Oczywiście, że nikt na Zachodzie nie będzie się takim wynikiem przejmował, ale formacje na polskiej scenie politycznej będą musiały wziąć to pod uwagę.

Wszystko pod warunkiem, że uda się takie referendum przeprowadzić przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi, zakładając też, że wyborów nie wygra opozycja?   

– Taki jest też cel tego referendum. Wiadomo, że kwestia bezpieczeństwa i zagrożenia ze strony imigrantów islamskich będzie. Co więcej, już jest jednym z głównych tematów kampanii wyborczej. W związku z tym referendum zapowiadane przez większość parlamentarną jest jednym z elementów przekonywania Polaków, żeby w październiku, udając się do urn, oddawali głosy na Zjednoczoną Prawicę.

Wracając jeszcze do przemówienia Scholza z niemieckiego Bundestagu: czy racji nie ma europoseł Beata Szydło, twierdząc, że kanclerz Niemiec de facto zadał cios w plecy Tuskowi, negując niedawne zapewnienia lidera Platformy co do rzekomo dobrych dla Polski konsekwencji unijnego paktu migracyjnego?  

– Donald Tusk ostatnio otrzymał parę takich politycznych ciosów, i to z najmniej spodziewanej strony, bo już samo procedowanie przez Radę Unii Europejskiej pomysłu obowiązkowej relokacji imigrantów było działaniem na niekorzyść lidera Platformy, podobnie jak wyrok Trybunału Sprawiedliwości przeciwko Polsce. Jak widać, jest parę spraw, które są dla Tuska i Platformy bardzo niewygodne i na pewno nie pomagają mu w kreowaniu swojego wizerunku jako polityka, któremu zależy na polskiej racji stanu.

Co wcale mu nie przeszkadza w forsowaniu polityki nienawiści, wrogości – jak podczas wiecu na Rynku w Jeleniej Górze, kiedy odpowiadając delegacji związków zawodowych zagrożonych zamknięciem kopalni „Turów”, mówił, że to PiS niszczy „Turów” i że prawdziwa „Solidarność” „nigdy nie jest z władzą przeciwko ludziom”?

– Tutaj z kolei popisują się polscy sędziowie, którzy chcą zamknąć Kopalnię Węgla Brunatnego „Turów”, i to też jest cios w plecy Tuska, bo to przecież Iustitia, czyli zaplecze polityczne totalnej opozycji, wykonuje takie ruchy, które bezsprzecznie przeszkadzają Tuskowi w toczącej się kampanii.

Tym bardziej że właśnie dzisiaj Wojewódzki Sąd Administracyjny odmówił wstrzymania wykonania zaskarżonego przez PGE GiEK postanowienia o wstrzymaniu wykonania decyzji środowiskowej dla kopalni w Turowie i przekazał sprawę do rozpoznania do Naczelnego Sądu Administracyjnego…

– Przede wszystkim kuriozalne jest to, że polski sędzia na wniosek zagranicznych organizacji tzw. ekologicznych podejmuje decyzję, która może zachwiać bezpieczeństwem energetycznym Polski. Wiadomo, że na skutek wstrzymania wydobycia węgla w Kopalni Węgla Brunatnego „Turów”, a co za tym idzie: w związku z brakiem paliwa dla elektrowni „Turów”, około 5 mln odbiorców prywatnych, fabryk, firm itd. może być zagrożonych brakiem energii. Ponad 3600 pracowników kopalni i elektrowni może trafić na bruk, a skutkami bezrobocia może być zagrożonych ok. 60 tysięcy mieszkańców Bogatyni i okolic. Jak widać, polska gospodarka za dobrze się rozwija, doganiamy największych, w tym Niemcy, i w związku z tym stajemy się zagrożeniem dla naszego zachodniego sąsiada. Trzeba więc nas atakować, żebyśmy nie mogli się rozwijać w tempie, jakie sobie założyliśmy, i budować siłę polskiej gospodarki. Działania wobec „Turowa” są zatem niczym innym, jak atakiem politycznym zagrażającym polskiej racji stanu. Dziwnym trafem jakoś nikomu nie przeszkadzają okoliczne niemieckie kopalnie węgla brunatnego, które wydobywają 30 razy więcej węgla niż „Turów”, tymczasem ataki są wymierzone tylko w polską kopalnię.

              Dziękuję za rozmowę.

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl