Na stronach KPRM można zobaczyć „mapki hańby” pokazujące jednostki organizacyjne Sił Zbrojnych RP, posterunki policji, a także bazy wojskowe zlikwidowane za rządów PO–PSL oraz odtworzone za rządów Zjednoczonej Prawicy. Skala tego rozbrajania Polski za rządów Tuska jest dla Pana zaskoczeniem?
– Nie, żadnym. Proces zmniejszania liczebności armii po upadku ZSRS miał miejsce w wielu państwach, nie było to więc nic nadzwyczajnego. Panowała bowiem atmosfera potwierdzająca, że teraz armie mogą być mniej liczne, że zagrożenia już nie będzie, panowało też powszechne przekonanie, że w Europie sytuacja jest stabilna, a w związku z tym żadnej wojny nie będzie. Osobiście miałem inne zdanie, dlatego od początku domagałem się, aby w Polsce zbudować przyzwoitą, dobrze uzbrojoną armię, z tym że to moje stanowisko było traktowane jako pewne szaleństwo. Decydenci uważali, że nie ma potrzeby wydawania pieniędzy na podnoszenie naszych zdolności obronnych, na Wojsko Polskie. Taka była tendencja, która obejmowała zdaje się wszystkie ówczesne umysły, a niekoniecznie tylko jeden obóz polityczny. Natomiast do granic absurdu ten proces niszczenia Wojska Polskiego rozwinęli politycy obecnego obozu opozycyjnego, a zwłaszcza Platformy.
A konkretnie?
– Mam na myśli prezydenta, a wcześniej ministra obrony Bronisława Komorowskiego i jego kolegów z branży: Bogdana Klicha i oczywiście „twórcę” zawodowej armii Tomasza Siemoniaka, z którym – jak pan wie – nie udało się dogadać w sprawie utworzenia Wojsk Obrony Terytorialnej. Wprawdzie niby chęć ku temu przejawiał, kiedy Rosja w 2014 roku zaatakowała Ukrainę, ale szybko się z tego wycofał i nic z tego nie wyszło. Za rządów PO–PSL generalnie obowiązywała zasada zwijać wojsko, a później – w miarę jak pojawiało się zagrożenie wojenne (przypomnę, że pierwszym tego przejawem była rosyjska napaść na Gruzję) – coraz więcej polityków zaczęło dostrzegać, że silna, dobrze wyposażona, liczna armia jest jednak potrzebna. O ile świadomość tego miał prezydent Lech Kaczyński, to niestety tej opinii nie podzielał ówczesny premier Donald Tusk, który liczył na reset z Moskwą. Dzisiaj, kiedy na Ukrainie toczy się wojna i de facto zagrożenie jest coraz bardziej realne, to w przyspieszonym tempie Polska chcąc nadrobić błędy poprzedników, chce zbudować dużą, potężnie uzbrojoną armię. Oczywiście można to było zrobić wcześniej, działając systematycznie, i znacznie mniejszym kosztem.
Tego zagrożenia nie widział, wspomniany przez Pana, ówczesny prezydent Bronisław Komorowski, co więcej w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, którą firmował, znalazł się zapis, że Europie nie grozi duży konflikt czy zagrożenie ze strony Rosji…
– Bronisław Komorowski z tą Strategią Bezpieczeństwa Narodowego miał tyle wspólnego, że podpisał się pod tym, co mu przygotowano. Pierwsza rzecz, która się pojawiła na polu likwidowania polskiej armii, to była sytuacja z 2000-2001 roku, kiedy Komorowski sprawował funkcję ministra obrony w rządzie Jerzego Buzka. Ja wówczas ciągle byłem pierwszym zastępcą ministra obrony i tzw. drugą osobą w resorcie obrony. Podlegały mi wszystkie sprawy związane z modernizacją armii, a więc z jednej strony zakupy uzbrojenia, modernizacja uzbrojenia, zakłady przemysłu zbrojeniowego, instytuty wojskowe, a także Departament Polityki Zbrojeniowej, logistyka itd. W 2000 roku w MON przygotowywano plan modernizacji armii na lata 2001-2006. Plan ten był gotowy w styczniu 2001 roku. Co ciekawe, ten plan, który powstawał pod patronatem Komorowskiego, był przygotowywany po za moją wiedzą. W ogóle nie byłem o tym informowany.
I coś takiego mogło się dziać w jednym resorcie poza wiedzą wiceministra?
– Jak widać mogło, bo się działo. Nie wiedziałem nic, nie uczestniczyłem w pracach, nie informowano mnie, w jakim kierunku to wszystko zmierza, co w tym planie modernizacji armii się znajdzie itd. W 2001 roku, w styczniu dotarłem do tego, co ten plan zawiera i okazało się, że dotyczy on daleko idącej redukcji polskiej armii do 150 tys. żołnierzy, co później okazało się, że to i tak nie koniec, bo zeszli do stu tysięcy, a nawet poniżej, a w konsekwencji rozwiązania wielu garnizonów, ogołocono Polskę wschodnią z wojska itd. Kiedy się o tym dowiedziałem, to pojechałem do Komorowskiego na ul. Klonową i zrobiłem mu awanturę. Doszło do bardzo ostrej wymiany zdań między nami, po czym wyszedłem od niego, trzaskając drzwiami. W następstwie tej naszej rozmowy Komorowski przygotował zmianę statutu Ministerstwa Obrony Narodowej w taki sposób, żeby mi odebrać wszystkie podległe instytuty, departamenty czy zakłady. W tym nowym statucie MON miałem być jedynie figurantem, któremu przysługuje sekretarka, samochód służbowy i który wykonuje polecenia ministra obrony.
Stał się Pan Minister de facto osobą na stanowisku, ale tak naprawdę bezrobotną…
– Owszem, w tym rozdaniu Komorowskiego nic więcej nie miałem do roboty. Oczywiście była kolejna awantura, gdzie uświadomiłem Komorowskiemu, że nie może tak sobie zmieniać statutu MON, ponieważ to może zrobić jedynie Rada Ministrów, a on nie miał możliwości, żeby coś takiego przeforsować przez Radę Ministrów. Dlatego chcąc, nie chcąc Komorowski musiał się z tego wszystkiego wycofać. Nie wiedziałem jednak, że w tym samym czasie Wojskowe Służby Informacyjne mnie inwigilowały, przygotowywano też prowokację przeciwko mojej osobie i w lipcu 2001 roku mnie zdymisjonowano. Tym ludziom chodziło o skompromitowanie mnie i odsunięcie mnie ze stanowiska jako osobę niewygodną. Wprawdzie w 2008 i 2010 roku sąd mnie uniewinnił od zarzutów, w tym od zarzutu bezprawnego ujawnienia tajemnicy państwowej, ale na tamtą chwilę Komorowski i jego kompani osiągnęli swoje, odsuwając mnie od sprawowania ważnych funkcji państwowych, od spraw dotyczących polskiej obronności i bezpieczeństwa państwa polskiego. To spowodowało, że Komorowski już bez przeszkód mógł realizować swoje zamiary dotyczące likwidacji jednostek wojskowych i zwijania Wojska Polskiego.
Dzisiaj opozycja, na czele z Tuskiem, tych faktów nie chce pamiętać, za to likwidację jednostek wojskowych zarzuca rządowi Zjednoczonej Prawicy?
– To trzeba też uściślić, mianowicie warto pamiętać, że ministrem obrony w rządzie Prawa i Sprawiedliwości w latach 2005-2007 był niejaki Radosław Sikorski, który był wtedy w PiS. Wtedy w kwestiach obronnych zajmował takie samo stanowisko jak Bronisław Komorowski, o którego „dokonaniach” dotyczących armii wspomniałem wcześniej. Po Sikorskim ten plan likwidowania polskiej armii realizowali panowie Klich i Siemoniak. Taka jest rzeczywistość – może trudna, ale takie były fakty. Zastanawiam się, kto podsunął PiS pomysł, żeby urząd Ministra Obrony Narodowej powierzyć Radosławowi Sikorskiemu? Mleko się rozlało i teraz trzeba nadrabiać zaległości i naprawiać błędy.
Czy postawa i strategia Komorowskiego wobec polskiej armii powinna być poddana głębszej analizie?
– Kwestia jest taka, że kłopotem, który mamy – również w wymiarze państwowym, jeśli chodzi o sprawy obronności – jest jakiś dziwny problem z opracowaniem tego, co się nazywa Strategią Obronności. Te strategie, które opracowywano m.in. w poprzednim okresie, bo były strategie, które absolutnie nie odpowiadały zapotrzebowaniu Polski, co więcej, były to strategie raczej fałszywe, jeśli chodzi o identyfikację zagrożeń. Jeśli bowiem w strategii Komorowskiego było założenie, że do 2030 roku w Europie wojny nie będzie, więc nie trzeba się z takim zagrożeniem liczyć, to tego typu strategia czy strategie były nic nie warte. Z kolei później nie było w ogóle żadnej strategii, i tak jest do dziś. Przecież jako państwo wciąż nie mamy Strategii Obronności.
Mamy za to chyba dość dobrze przygotowaną Strategię Bezpieczeństwa Narodowego…
– Zgoda, ale jest to dokument z tzw. najwyższej półki, natomiast jeśli chodzi o siły zbrojne, o bezpieczeństwo narodowe, to w tym obszarze dedykowanej tej dziedzinie strategii wciąż nie mamy. Od czasu do czasu także na łamach mediów o to się dopominam, ale niewiele z tego wynika. Tymczasem widać, że nastąpiły wielkie zmiany, jeśli chodzi o geopolitykę. I tu nie chodzi już tylko o to, żeby Polska miała armię, która skutecznie będzie odstraszać przeciwnika, żeby ten na nas nie napadł, ale Polska musi również przejmować obowiązki gwarantowania bezpieczeństwa w regionie Europy Środkowej. Do tego jest nam potrzebna duża, dobrze wyposażona armia, z dużą ilością nowoczesnego uzbrojenia. I tego eksperci Platformy oraz Polski 2050 nie rozumieją. Na szczęście obecne kierownictwo MON widzi takie potrzeby. Dobrze, że powstała ustawa o obronie Ojczyzny i osobiście nie kryję zadowolenia z tego faktu, że ta ustawa została przyjęta przez parlament. Mądrze postępuje też MON, odtwarzając jednostki zlikwidowane za rządów koalicji PO–PSL. Do 2030 roku ma powstać nowy związek taktyczny – 1. Dywizja Piechoty Legionów z siedzibą w Kolnie, między województwem warmińsko-mazurskim, gdzie operuje 16. Dywizja Zmechanizowana oraz między województwami mazowieckim i lubelskim, gdzie działa 18. Dywizja Zmechanizowana. I to są pozytywne sygnały, ale dla mnie przynajmniej cały czas brakuje najważniejszego dokumentu, w którym zostałyby sformułowane nasze zdolności – mianowicie Strategia Obronności RP, która – powtórzę – obejmowałby nie tylko elementy odstraszania potencjalnego agresora, ale również zapewniałaby bezpieczeństwo w Europie Środkowo-Wschodniej. I tutaj mamy otwarty kierunek na Ukrainę, z Litwą i krajami nadbałtyckimi. Widzimy chociażby, jaki jest problem z tzw. przesmykiem suwalskim, gdzie musimy ze sobą współdziałać. Oczywiście nie zapominając o Białorusi, bo Łukaszenka wespół z Putinem co rusz starają się nam psuć krew. I to wszystko wymaga pogłębionej refleksji i innego ukształtowania naszych sił zbrojnych, innych i większych ilości uzbrojenia oraz żołnierzy oraz innego, nazwijmy to, przewodnika strategicznego po tym wszystkim, co w obronności polskiej dziać się powinno.
Wspomniał Pan o problemach w dziedzinie polskiej obronności, które są i które należy rozwiązać, mówił Pan też o osobach, które szkodziły, zamiast rozwijać polską armię. Tymczasem – jak zapowiada Donald Tusk – na listach wyborczych Platformy wysoko ma się znaleźć Tomasz Siemoniak, który dowodził likwidacją i zwijaniem polskiej armii, a dzisiaj w ocenie Tuska ma w tej materii duże zasługi. Można tylko domniemywać, że po ewentualnej wygranej opozycji znów będzie miał wpływ na polskie wojsko?
– Pewnie tak. Miejmy jednak nadzieję, że nic podobnego więcej już Polski nie dotknie. Armia polska już dosyć oberwała od tej ekipy i powtórka z tego typu polityki, jaką uprawiał rząd Donalda Tuska – zwłaszcza dzisiaj, w obliczu zagrożenia, jakie stoi za naszą wschodnią granicą – mogłoby się zakończyć tragicznie. Smutne, że przekaz, jaki Tusk kieruje do ludzi, do wielu z nich dociera. To przejaw braku obiektywnego spojrzenia, jeśli się nie dostrzega tego, co tamta ekipa zrobiła, i tylko wierzy się w to, co oni mówią na wiecach. Jest takie powiedzenie, że Pan Bóg najbardziej sprawiedliwie rozdzielił rozum, bo nikt się jakoś nie skarży na brak rozumu. Ta sytuacja, o której rozmawiamy, jest tylko dowodem na słuszność tego powiedzenia.

