logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Krótki żywot obietnic Tuska

Wtorek, 12 września 2023 (21:09)

Rozmowa z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą z KUL i AKSiM

Prezes Jarosław Kaczyński w swoich ostatnich wystąpieniach wiele miejsca poświęca wartościom, u Donalda Tuska
na próżno szukać tych tematów, co więcej, pojawia się destrukcja, bo czym jest zapowiedź legalnej aborcji do 12. tygodnia ciąży i prawa kobiet, które mają być jednym z haseł październikowego tzw. marszu miliona serc?

– Jeśli mówimy o Donaldzie Tusku i kwestiach ideologicznych, które pojawiły się w tych jego
„100 konkretach na 100 dni” ujawnionych w sobotę,
to jest to nic innego jak kontynuacja jego polityki związanej z upodobnieniem się do Lewicy. To jest powodowane dwoma czynnikami. Pierwszy to chęć podbierania głosów Lewicy i Polsce 2050 Szymona Hołowni, a kwestia druga to chęć przypodobania się Unii Europejskiej, z którą on był zawsze bardziej związany
niż z Polską i dla której jest gotów zmieniać Polskę
na modłę unijną, aby móc kontynuować swoją karierę
na brukselskich salonach. Natomiast jeśli mowa
o wspomnianych już „100 konkretach na 100 dni”, to pojawia się problem z zapamiętaniem tych „propozycji”, które zostały wrzucone do jednego worka bez ładu, składu i wysypane na scenę. Sto konkretów to właściwie żadnego konkretu – tak można to w skrócie podsumować.

A zatem o co chodziło Tuskowi, który wrzucił te hasła podczas konwencji w Tarnowie?

– Po pierwsze, wydaje się, że chodziło o to, by zbić
zarzut, jaki jest stawiany Tuskowi i Platformie, że nie ma programu. Teraz lider Koalicji Obywatelskiej na taki zarzut będzie mógł odpowiedzieć: jak to nie ma, przecież jest.
A co jest w tym programie? No właśnie, jest wszystko,
co sobie kto zażyczy, a gdyby było jeszcze mało, to Tusk
ze sztabowcami są w stanie wrzucić na listę kolejne punkty. I to jest pierwszy cel działania Tuska. Drugi jest taki, żeby jakkolwiek skończyć dyskusję programową. Prawo i Sprawiedliwość wyprzedziło, niejako ubiegło Tuska, wrzucając w przestrzeń publiczną każdego dnia przed konwencją wyborczą w Końskich jeden konkret – począwszy od rewitalizacji osiedli z wielkiej płyty przez poprawę żywienia pacjentów w szpitalach, program Lokalna Półka, a więc obowiązek oferowania przez markety minimum 2/3 owoców, warzyw, produktów mlecznych, mięsa i pieczywa od lokalnych producentów, dalej bon szkolny Poznaj Polskę, czyli program finansowania wycieczek dla uczniów, aż po emerytury stażowe. Te propozycje przedstawiane w każdym kolejnym dniu wbiły się w pamięć, ludzie coś z tego zapamiętali i PiS kojarzy
im się z jakąś ofertą z tych konkretnych propozycji.

W takim razie z czym kojarzy się Donald Tusk i Koalicja Obywatelska?

– Ze wszystkim – można powiedzieć – czyli z niczym. Donald Tusk chciał już dawno unieważnić jakikolwiek dyskurs programowy, ponieważ jego celem nie jest przedstawienie programu, ale – mówiąc wprost – okładanie się cepami z PiS, a więc budowanie napięcia, emocji i na tym tle zbijanie swojego kapitału. Poprzez „100 konkretów na 100 dni” chciał unieważnić jakąkolwiek dyskusję programową, bo skoro literalnie wyłożył wszystko,
to o czym dalej rozmawiać, niech każdy sobie wybierze. Natomiast idąc tropem emocji, widać, że Tusk przygotowuje się do „marszu miliona serc” 1 października w Warszawie – marszu, który pierwotnie miał się odbyć pod hasłami aborcyjnymi, marszu, który miał być na wzór poprzedniego marszu z 4 czerwca i który ma dać Tuskowi  panowanie nad pozostałą częścią obozu opozycyjnego.

Wspomniał Pan Profesor, że Tusk, idąc
w emocje, ale nie w konkrety programowe, chce się okładać cepami z PiS, jednak formacja rządząca nie wchodzi w tę bijatykę, co więcej, przedstawia konkrety. Choć jakimś konkretem przedstawionym przez Tuska jest chociażby
przywrócenie przywilejów służb mundurowych, mam na myśli emerytury esbeckie?

– Donald Tusk chciałby wyeliminować z gry Lewicę
i chciałby przejąć głosy wyborców Hołowni. I ten plan realizuje konsekwentnie, m.in. takimi właśnie pomysłami. To, co przedstawia, jest jednak bardzo destrukcyjnym wymiarem w polskiej polityce. W systemie, w jakim żyjemy, jakość władzy mierzy się nie tylko przez poziom obozu rządzącego, ale w ogromnej mierze także przez jakość opozycji. Jeśli więc mamy opozycję na tak fatalnym poziomie jak obecnie, opozycję totalną, to ona nie zmusza rządzących do samodoskonalenia się. Sytuacja ta jest bardzo niekorzystna, bo doskonalenie się nie polega przecież na okładaniu się cepami, lecz polega na merytorycznej debacie. Trzeba stwierdzić, że Tusk przyniósł do Polski z Brukseli jeszcze głupszą politykę,
niż do tej pory prezentowała opozycja totalna.
Przez to sprowadza cały dyskurs polityczny do bardzo prymitywnego poziomu. Zmuszając swoich ludzi do składania deklaracji proaborcyjnych, jako warunek startu
w wyborach, łamie ich kręgosłupy moralne, łamie ich sumienia – i to w ważnym, delikatnym miejscu. Moim zdaniem to jest wielkie szkodnictwo, ale tak to niestety wygląda.

A jak przyjął Pan Profesor propozycję Lewicy odnośnie do 35-godzinnego tygodnia pracy? Wygląda na to, że festiwal obietnic trwa w najlepsze, tylko jak daleko mogą sięgać wyborcze targi na obietnice?

– Równie dobrze można było rzucić hasło, żeby w ogóle
nie pracować i za nic brać pensję. To pokazuje, że mamy sprowadzanie wszystkiego, całą debatę publiczną do granic absurdu. Tak to widzę.

A emerytury stażowe przedstawione przez PiS to realna propozycja?­

– Wydaje się, że to jest możliwe. Jednocześnie
powiedzmy uczciwie, że w Polsce, jeśli ktoś nabywa prawo do emerytury, to nie oznacza, że od razu rezygnuje z pracy i przechodzi w stan spoczynku. Tak to nie działa. Wielu ludzi, mając prawa emerytalne, mając zdrowie i siły, nadal pracuje, bo to się im bardziej opłaca materialnie, dobrze też wpływa na kondycję fizyczną i psychiczną. Natomiast emerytury stażowe, jeśli ktoś przepracował odpowiednią liczbę lat, to może z tego prawa skorzystać.

Oczywiście jest to realizacja postulatu „Solidarności”, ale jednocześnie dopięcie programu PiS, który zmniejszył wiek emerytalny kobiet i mężczyzn podniesiony przez rząd koalicji PO – PSL, rząd Donalda Tuska i Władysława Kosiniaka-Kamysza. Przypomnijmy też, że to PiS wprowadziło na stałe 13. i 14. emeryturę – i to w sensie nie zapowiedzi, ale realnie. To są realne rzeczy, coś,
co się stało faktem. Obietnice wyborcze PiS są skuteczne, ponieważ są wiarygodne. Natomiast Tusk liczył, że ogłaszając „100 konkretów na 100 dni”, zmusi PiS do kolejnych obietnic, tymczasem jest wprost przeciwnie:
PiS nic nie musi, wystarczy, że będzie przypominało, jak wyglądało życie za rządów koalicji PO – PSL, kiedy podnoszono wiek emerytalny, jak wyglądała płaca minimalna, jaka była średnia zarobków, jak wyglądała waloryzacja emerytur i rent, jak wyglądały świadczenia socjalne, czy jaka była skala emigracji Polaków za chlebem. Nawiasem mówiąc, dzisiaj więcej osób wraca do Polski, niż z niej wyjeżdża. Tak więc PiS nie musi się ścigać na obietnice, bo to nie ma sensu, skoro Tusk obiecał wszystko, jak kto sobie tylko życzy.

Tylko jaki sens mają te Tuskowe obietnice, skoro jedna przykrywa drugą, a żadna i tak nie doczeka się realizacji?

– To prawda. Obietnice Tuska mają krótki żywot. Jak widzi, że coś, co rzucił w przestrzeń, działa, to drąży temat, a jak nie działa, to zostawia i dłużej tematu nie grzeje, lecz wymyśla inny. Kto dzisiaj pamięta jego pomysł związany
z babciowym? Kto pamięta czterodniowy tydzień pracy rzucony przez Tuska? Może ktoś pamięta, ale temat ten
nie jest już drążony, grzany. Tusk rzuca hasła i idzie dalej. Dlatego biorąc to wszystko pod uwagę, najchętniej unieważniłby – to też jego ulubione określenie – dyskusję na argumenty, skupiając się tylko na emocjach.
Tylko że emocje to też nie jest jego najsilniejsza strona. Jak widać, robi kampanię, jest niby-antyrosyjski, mówi
o bezpieczeństwie, a Agnieszka Holland na jego zapleczu medialnym tworzy film, który na dodatek jest nagradzany, a który to obraz obraża nie tylko pograniczników, ale też wszystkie polskie służby mundurowe. I tak wygląda polityka Tuska w obliczu wojny za naszą wschodnią granicą.

Wybiegając w przyszłość, jakich rozstrzygnięć spodziewa się Pan Profesor
po październikowych wyborach, czy jest szansa, że któreś z wiodących ugrupowań zdobędzie taką liczbę głosów, która pozwoliłaby na samodzielne rządy.
Czy może za jakiś czas czeka nas wyborcza dogrywka i przedterminowe wybory?

– Myślę, że jest duża szansa na to, żeby Zjednoczona Prawica mogła zdobyć głosy, które pozwolą na stworzenie większości sejmowej. Tak mi się wydaje, obserwując trendy, jakie się pojawiają, oraz biorąc pod uwagę mobilizację i wzrastające tempo toczącej się kampanii. Trzeba bowiem powiedzieć, że PiS ruszyło z kopyta.
I tu nie ma już przedwakacyjnego marazmu, czy wręcz niewiary wielu działaczy we własne siły. To się diametralnie zmieniło i obecny sztab wyborczy działa zupełnie na innym poziomie.

PiS, Zjednoczona Prawica jest niezwykle aktywna i obecna w internecie, co widać chociażby po reklamówkach, spotach emitowanych przy okazji różnych programów publicystycznych. To pokazuje, że determinacja po stronie ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego jest ogromna.
Po drugiej stronie jest Koalicja Obywatelska z całym zapleczem medialnym, grupami aktorów itd., którzy zachowując się często w sposób urągający wszelkim zasadom kultury czy smaku, są obciążeniem i de facto działają na szkodę Tuska i jego ekipy czy w ogóle opozycji. Zabierając głos w sposób często bardzo emocjonalny, podnoszą kwestie, które Polaków irytują. Już wspomniałem o filmie Agnieszki Holland. O tym obrazie można powiedzieć wszystko, ale nie to, że pomoże on Donaldowi Tuskowi. Ponadto obserwujemy różne wypowiedzi tzw. ludzi kultury, celebrytów – wypowiedzi mniej lub bardziej wulgarne, które, owszem, mają posłuch w środowisku wrogim PiS, ale nie są czynnikiem, który przyciągnąłby kogoś myślącego z zewnątrz.

Przed nami 1 października i planowany zwołany przez Tuska do Warszawy „marsz miliona serc”. Jaki może być odzew?   

– Zobaczymy. Na pewno działania podejmowane przez Tuska i jego popleczników – wspomnianych przeze mnie celebrytów – nie przysparzają Koalicji Obywatelskiej zwolenników, a wprost przeciwnie. Zatem są to pewnego rodzaju strzały w stopę, które sami sobie zadają, chcąc za wszelką cenę odsunąć PiS od władzy, ale nie programem, tylko emocjami, które mają przyciągnąć głosy. Różnie
więc może być. Ale jest jeszcze jeden element, na który chciałbym zwrócić uwagę – element, który może działać
na korzyść prawicy, ale nie mam tu na myśli Konfederacji, która prawdopodobnie może zblokować Tuska, co spowoduje, że nie stworzy on większości w przyszłym Sejmie, a to może oznaczać przyspieszone wybory.

Swoją drogą to byłby bardzo zły scenariusz dla Polski?

– Owszem, i to bardzo. Polska w chaosie, w czasie wojny to jest coś, czego powinniśmy się wystrzegać, i absolutnie coś, czego nie powinniśmy sobie nawet życzyć. Natomiast – kontynuując rozpoczętą myśl – chcę powiedzieć, że są jeszcze Bezpartyjni Samorządowcy, nowa formacja polityczna, która wystawi swoich kandydatów w wyborach do Sejmu. I nie chodzi tu wcale o to, że ten nowy polityczny byt będzie dominujący. Widać, że ci ludzie chcą być w polityce i mogą się wbić na parę procent w elektorat Szymona Hołowni i Platformy. Jak dotąd jeszcze mało słychać o tej formacji, która w sondażach ma od 2 do
3 procent, ale to nie jest wcale mało. Natomiast jeśli sytuacja kampanijna się rozwinie i ludzie zmęczą się zgiełkiem politycznym, to dorobek Bezpartyjnych Samorządowców może być nawet większy. I to może zupełnie zmienić całą konstelację polskiej sceny politycznej, również w sensie wyniku dla formacji rządzącej.

                Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl