logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Tylko mądry wybór jest dobry

Poniedziałek, 16 października 2023 (21:43)

Rozmowa z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą z KUL i AKSiM

Prawo i Sprawiedliwość jest zwycięzcą wyborów parlamentarnych, ale rząd stabilnej większości trudno będzie zbudować. Czy dziś znajdzie się tylu posłów o poglądach, wartościach konserwatywnych spoza PiS-u, którzy przyłączą się i stworzą większość?

– Na razie znamy tylko sondażowe oraz cząstkowe oficjalne wyniki podawane przez Państwową Komisję Wyborczą. Zobaczymy, jakie będą szczegółowe i już oficjalne wyniki i jak się to wszystko przełoży na realne mandaty dla poszczególnych formacji. Jednak szanse Zjednoczonej Prawicy, żeby zbudować stabilny rząd i większość sejmową, są małe.

Pana zdaniem jest jeszcze jakieś pole do dyskusji, do rozmów, czy też tak jak to zapowiadano wcześniej nikt z PiS-em nie będzie chciał rozmawiać?

– Pole do dyskusji zawsze jest, nawet pomimo wcześniejszych deklaracji poszczególnych formacji wykluczających taką możliwość. Jednak póki co wygląda na to, co zresztą zapowiedział już jeden z liderów Trzeciej Drogi, Władysław Kosiniak-Kamysz, że nic z tego, że wspólnie z pozostałymi formacjami będą tworzyć koalicję antypisowską. W tej sytuacji trudno więc wietrzyć jakieś inne rozwiązania, chyba że opozycja się nie dogada, że pojawią się jakieś konflikty, spory, czego też nie można wykluczać. Jeśli nic takiego się nie zadzieje, to będziemy mieć w Polsce rząd lewicowo-liberalny.

Chyba że Kosiniak-Kamysz zostanie skuszony przez PiS propozycją objęcia funkcji premiera, choć podobną propozycję może otrzymać też od Donalda Tuska?    

– Kosiniak-Kamysz będzie oczywiście licytował wysoko, ale nie sądzę, żeby ktokolwiek zaproponował mu funkcję premiera rządu. Zatem jest to sytuacja mało prawdopodobna, ale poczekajmy, bo wiele będzie zależało od ostatecznych wyników niedzielnego głosowania.

Donald Tusk już wczoraj ogłosił sukces i podczas niedzielnego wieczoru wyborczego kreował siebie na lidera, zwycięzcę. Ale czy nieprzedwcześnie? Słowa Tuska, że odsunęliśmy PiS od władzy, są pewne…

– To jest urzędowy entuzjazm – trzeba przyznać, że dość irytujący, bo kiedy spojrzeć na wystąpienia liderów poszczególnych formacji, to wszyscy wygrali, uznali się za zwycięzców, poza Konfederacją, której lider nie owijał w bawełnę i mówił wyraźnie o porażce. Tusk podobnie formułował ten przekaz do swojego elektoratu, tak należy to widzieć, chociaż wydaje się, że maksymalnych celów nie osiągnął. Przypomnijmy, że chciał zdominować opozycję, tymczasem ma dwóch potencjalnych koalicjantów i będzie się musiał z nimi układać. Z kolei ci koalicjanci są także wewnętrznie w koalicjach, nie są jednolitymi tworami, bo zarówno Władysław Kosiniak-Kamysz musi się liczyć z Szymonem Hołownią, również Lewica jest konglomeratem, w którym dominują Włodzimierz Czarzasty i Robert Biedroń. Trzeba będzie jednak jakoś to poskładać i wygląda, że Tusk, mimo dobrej miny, do końca chyba szczęśliwy nie jest. Nie przesądzając ostatecznych wyników wyborów i rozstrzygnięć, trzeba też sobie powiedzieć, że wygląda na to, iż antypisowski układ zwyciężył.     

Czy zważając na różnice między formacjami opozycyjnymi, stworzenie jednej koalicji, która pozwoliłaby Tuskowi rządzić, nie będzie problematyczne? Przecież gdyby mogli to zrobić, to poszliby do wyborów jednym blokiem, a na taki krok się nie zdecydowali…

– Tutaj przeważyła chęć wszystkich liderów, żeby ich formacje były bytami podmiotowymi. Mając świadomość własnej podmiotowości, zawsze ma się większe szanse wyszarpania dla siebie coś więcej, niż jako przystawka, w tym wypadku Platformy.

Jak nawet sondażowe czy cząstkowe wciąż wyniki mają się do przedwyborczych sondaży, które dawały dużo niższy wynik niż osiągnęła jednak Trzecia Droga?

– Wydaje się, że ostry konflikt między PiS-em a Platformą spowodował, że ludzie instynktownie, bo wielu głosowało po raz pierwszy, dali się wciągnąć w emocje i nie chcieli być między formacją Jarosława Kaczyńskiego a Donalda Tuska. W sytuacji, kiedy podczas debaty w TVP Szymon Hołownia wypadł nieźle, to być może zdecydowali się na oddanie głosu na Trzecią Drogę. Ponadto Konfederacja wyraźnie osłabła, i to też jest jeden z powodów nadspodziewanie dobrego wyniku Trzeciej Drogi. Przypomnijmy sobie, że przez długi czas to Konfederacja była na podium i była nadzieja, że zabierze sporo głosów Platformie, ale tak się nie stało. Jak widać, złożyły się na to różne czynniki.

Ciekawe ile, jeśli chodzi o wyniki Trzeciej Drogi, osób głosowało na kandydatów Polski 2050, a ile na PSL?      

– To też jest ciekawe, ale  teraz tego nie wiemy. Musimy więc znać wyniki i kto zdobył konkretne mandaty, bo to one ostatecznie są ważne, a nie procenty.

Polacy chętnie poszli do urn, o czym świadczy bardzo wysoka rekordowa frekwencja – powyżej 70 procent. Co ten wynik oznacza?

– To pokazuje, że emocje, jakie się pojawiły na styku sporu o Polskę i jej przyszłość, były tak duże, że zmobilizowały i zaangażowały ogrom ludzi, nawet tych, którzy wcześniej tak aktywnie nie uczestniczyli w polityce. Również młodzież została zaangażowana. Popkultura, osiem gwiazdek, to jednak oddziaływało. Z drugiej strony, jeśli chodzi o obóz prawicowy, kryzys covidowy, wojna na Ukrainie, zagrożenia związane z bezpieczeństwem, także migracyjnym spowodowały, że myślenie o Polsce stało się dla wielu ważne. Proszę też pamiętać, że z kolei jeśli chodzi o opozycyjny elektorat, to niebagatelną rolę odegrała zagranica, zewnętrzna ingerencja, szantaże – również finansowe – z Brukseli związane ze środkami z Krajowego Planu Odbudowy. Także presja mediów powiązanych z Zachodem zrobiła swoje. W internecie też dominują lewicowe ośrodki z kapitałem zagranicznym – i to wszystko złożyło się na sytuację, która zaowocowała tak wysoką frekwencją i miała wpływ na wynik wyborów.

Wspomniał Pan Profesor o głosach młodzieży i widać, że w wynikach sondażowych młodzi ludzie głosowali w większości na Koalicję Obywatelską, a starsi popierali Zjednoczoną Prawicę. Czy PiS nie popełniło kolejny raz błędu, nie docierając do tej grupy, może nie trafiło ze swoim przekazem, a może internet zrobił swoje?

– Musimy pamiętać, że – po pierwsze – dzisiaj w tym środowisku ludzi młodych, wśród młodego pokolenia Polaków modny jest duży odpływ od katolicyzmu. Mamy więc pewną przelewającą się falę, która przekłada się także na polityczne wybory. Po drugie – mamy czas pocovidowy, gdzie młode pokolenie w sposób szczególny było zbuntowane przeciw rozmaitym restrykcjom, lockdownom, które wprowadzała władza. Zatem jest wiele rozmaitych czynników, które mogły wpłynąć na taki, a nie inny wybór młodzieży. Ponadto jest zasada, że młodzież z reguły się buntuje i ten bunt przekłada się głównie na niekorzyść dla rządzących. Pyta pan redaktor, czy PiS nie miało oferty dla młodych? W sensie realnym takie propozycje były, np. ulga czy zwolnienie z podatku dochodowego dla ludzi młodych do 26. roku życia, także inne udogodnienia związane ze startem w dorosłe życie, jak bezpieczny kredyt mieszkaniowy 2 procent dla młodych. Zatem jeśli dojrzale spojrzeć na różne oferty programowe, to rząd Zjednoczonej Prawicy absolutnie wiele dał ludziom młodym. Tyle tylko, że nie były to działania, nazwijmy to, popkulturowe, chwytliwe, ale realne. Tymczasem młodzież tzw. smartfonowa o wiele bardziej myśli przez pryzmat internetu, wirtualnie niż przez pryzmat realnego życia.

Dzisiaj więcej uwagi poświęca się wynikom wyborów parlamentarnych, a sprawa referendum, które – jak wszystko wskazuje – będzie nieważne, schodzi na dalszy plan. Tymczasem jest to kwestia bardzo istotna dla nas, Polaków…

– Jeśli dobrze czytam frekwencję, to 40 czy nieco więcej procent uczestniczących w referendum, liczone jest od 100 procent wszystkich wyborców, a nie od tych, którzy wzięli udział w wyborach parlamentarnych. I tak rozumując, wychodzi, że o wiele więcej osób wzięło udział w referendum niż zagłosowało na PiS. Jest to zatem niemała frekwencja, ale niestety niewystarczająca, żeby referendum było ważne, wiążące. Powiedzmy sobie uczciwie, że tak już jest, że za wszystko w życiu trzeba płacić i jeśli się podejmuje słuszne, mądre decyzje, to później zbiera się tego dobre owoce. Jeśli ktoś zainwestuje w wykształcenie, w edukację, formację intelektualną, duchową, moralną, to w życiu to procentuje. I przeciwnie, jeśli ktoś popełnia błędy – również na poziomie zbiorowym, to też przyjdzie mu, czy nam, za to zapłacić. Naród jeśli w tym wypadku poszedł za głosem demagogów, którzy uważają, że sprawy fundamentalne, takie jak wolność, bezpieczeństwo, własność nie są ważne, to trzeba będzie prędzej czy później ponieść konsekwencje takiej decyzji. I będziemy za to płacić wszyscy.

Czy o niedzielnych wyborach możemy powiedzieć, że było to święto demokracji?

– Niektórzy rzeczywiście mówią, że dzień wyborów to święto demokracji, bo idzie się do wyborów, tymczasem fakty są inne – święto demokracji jest wtedy, jeśli podejmujemy mądre wybory. Na Zachodzie też wybierano różnych ludzi, różne formacje polityczne, ale czy wygrana José Luisa Rodrigueza Zapatero w Hiszpanii była świętem demokracji? Dlatego osobiście nie oceniam tego tak, że każdy wybór jest dobry, że jest świętem, bo tak naprawdę tylko mądry wybór jest dobry. W tych kategoriach ci, którzy poszli w niedzielę do wyborów i zagłosowali mądrze, trzeba to docenić, ale ci którzy nie poszli, a mieli okazję, żeby oddać głos także w referendum – w tak fundamentalnych kwestiach jak wspomniana chociażby kwestia bezpieczeństwa narodowego – będą mogli mieć pretensje tylko do siebie.

W lokalach wyborczych mogliśmy zaobserwować, że wielu ludzi pobierało karty do głosowania do Sejmu i Senatu, ale odmawiało przyjęcia karty referendalnej…           

– Naród Polski ma piękne karty historii i wspaniałych swoich synów, ale ten Naród ma też jakiś gen zdrady czy autodestrukcji, różnych rokoszy, które blokowały różne próby reform państwa. Przypomnę tylko rokosz Lubomirskiego z czasów króla Jana Kazimierza i niesamowite wykrwawianie się narodu, autodestrukcję. Cóż więc dziś powiedzieć? Jest tak, jak jest. Tyle tylko, że coś się musi wydarzyć, zadziać i także te wczorajsze nasze akty decyzyjne, wyborcze muszą mieć swój skutek i wszyscy będziemy musieli ponieść tego konsekwencje – daj Boże, żeby były najmniej szkodliwe z możliwych. Miejmy nadzieję, że Opatrzność będzie nad nami czuwać. Swoją drogą, i tak się udało, że ileś ludzi zagłosowało za prawicą, wybrało opcję patriotyczną, a nie kosmopolityczną. Pół Narodu – licząc też głosy na Konfederację – to też nie jest mało. Jednak połowa Narodu mimo upływu lat wciąż jest spadkobiercami komunizmu. Obyśmy zapłacili najmniejszą z możliwych cenę za tę decyzję.          

   Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl