logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Tylko Polski szkoda…

Środa, 25 października 2023 (21:02)

Rozmowa z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą z KUL
i AKSiM

Jak ocenia Pan Profesor radykalne zmiany
w traktatach o Unii Europejskiej
oraz przegłosowany dzisiaj na posiedzeniu Komisji Konstytucyjnej Parlamentu Europejskiego specjalny raport i akt prawny w tej sprawie?

– To zmiany, które kompletnie zmienią Unię Europejską, czyniąc ją zupełnie inną niż ta, do której wstępowaliśmy. Będziemy mieli związek państw pozbawionych suwerenności, będziemy krajem, gdzie rząd jest jedynie administratorem. Widać też, że wszystko idzie wedle planu, który sobie rząd Niemiec stworzył – mianowicie dążenia do utworzenia superpaństwa europejskiego. I ten plan – jak widać – jest krok po kroku realizowany, otwierane są kolejne furtki prawne. Również to, że wybory w Polsce zakończyły się takim, a nie innym wynikiem, pokazuje, że zaangażowanie niemieckie w nasze wewnętrzne sprawy dopiero wychodzi, widać też, jakie są tego cele.

Po co jednak te manipulacje przy traktatach? Czy uzasadnieniem dla zmian traktatowych może być – bo i takie głosy się pojawiają – że dawno nie były zmienianie
i trzeba je urealnić, bądź argument, że trwa wojna na Ukrainie itd.?

– To są absurdalne próby tłumaczenia. Traktaty  Unii Europejskiej mają być zmienione, żeby umożliwić budowę superpaństwa europejskiego, to dążenie do sprowadzenia poszczególnych państw do roli trzeciorzędnej i stworzenie imperium. Do tego zmiany w traktatach są konieczne – zwłaszcza że w przyszłym roku odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego i różny może być ich wynik, zwłaszcza że formacje eurosceptyczne w Europie coraz bardziej rosną w siłę. W związku z tym trzeba przyspieszać ten proces budowy europejskiego imperium. Ponadto kilka kolejnych prezydencji, jakie będą w Radzie Unii Europejskiej, niekoniecznie będzie ten projekt forsować. Nic więc dziwnego, że ośrodki decyzyjne, łącznie z tym w Berlinie, przyspieszają ten proces, póki mają większość,
i robią wszystko, żeby zmiany były nieodwracalne.

Jakie powinno być stanowisko Polski – niezależnie od tego, kto będzie rządził, zwłaszcza że zmiana unijnych traktatów nie ma umocowania w prawie unijnym, stoi też w sprzeczności z Konstytucją RP?

– Niestety, nikt się z tym nie liczy, jest to kwestia pewnego szantażu w odniesieniu do elit, jak sterowanie, korumpowanie na różne sposoby i wprowadzanie na siłę tej wizji. Nikt się nie liczy ze społeczeństwami, wręcz przeciwnie. Jeśli planowane zmiany w traktatach zostaną wprowadzone, to one tak naprawdę są początkiem całego procesu reform. W istocie chodzi o to, że jeśli będziemy mieć zasadę nie jednomyślności, a zasadę większości w głosowaniach, to żaden opór takiego czy innego państwa nie będzie miał żadnego znaczenia, a więc dalsze zmiany będą wprowadzane bez większego oporu. I o to w tym chodzi, żeby dajmy na to projekt „Fit for 55” w różnej postaci przepchnąć bez oporu, również kwestie energetyczne itd.

Dotyczy to także edukacji, kwestii moralnych, światopoglądowych, rewolucji seksualnej w pełnej skali,
i to wszystko będzie rozstrzygane poza Polską i innymi krajami. Jest to zatem zalegalizowanie stosowania inżynierii społecznej. Umożliwienie zmian w traktatach
o Unii Europejskiej jest początkiem tej drogi, ale początkiem istotnym, ważnym, bo jeśli to wszystko przejdzie, to wyniki wyborów w poszczególnych krajach nie będą miały większego znaczenia.

Rząd premiera Mateusza Morawieckiego budował koalicję mniejszych państw przeciwnych mieszaniu przy unijnych traktatach, bo rewolucja, jaką Bruksela
i Berlin chcą przeprowadzić, ograniczy
m.in. do 15 liczbę komisarzy Komisji Europejskiej, wprowadzi euro jako obowiązkową walutę itd. Jeśli władzę przejąłby Donald Tusk, to czego możemy się spodziewać, czy  w ogóle będzie 
jakiś front oporu?

– Niczego dobrego się nie spodziewajmy. Żadnego oporu nie będzie, a jedynie możemy mieć próby usprawiedliwiania tych zmian, że to nic wielkiego, że to jest dla dobra nas wszystkich itd. Przy mandacie, jaki obóz opozycyjny ma po wyborach, a także przy uzależnieniu tej ekipy od zagranicy, na nic innego jak uległość nie możemy liczyć. Może być zatem tylko robienie dobrej miny do złej gry. Ale czemu się dziwić, skoro taki był cel tych wyborów. Taka spodziewana postawa nowych władz będzie jednym
z wymiarów takiego, a nie innego wyniku wyborów parlamentarnych.

Czy ludzie do końca zdają sobie z tego sprawę – bardzo wątpię. To dziwne, bo przecież w mediach publicznych
o tym mówiono, ostrzegano, ale widać, że ludzie woleli słuchać innych doradców z tzw. wolnych mediów. Dzisiaj, kiedy kurz bitewny opadł, mamy więc to, co mamy. Oczywiście na początku to wszystko może się odbywać jeszcze w aurze euforii, jak to cudownie teraz będzie, ale kiedy pojawią się konkrety: wprowadzenie waluty euro, drożyzna z tym związana, nielegalna imigracja, nie daj Boże jakieś zamachy czy gwałty, to wtedy będzie płacz, ale wówczas będzie już za późno. I tu przypomina się historia, XVIII wiek, rozbiory, powstania itd., ale mamy to, co chcieliśmy, na własne życzenie.

Ulubione stwierdzenie forsowane przez obóz Tuska w odniesieniu do PiS-u to polexit. Tylko czy taka Unia, jaką proponują dziś Niemcy i Francja, i jaką zdaje się będzie popierała ekipa Tuska, ma w ogóle szanse  przetrwać?

– Sytuacja, jaką dzisiaj obserwujemy, wyjaśnia, dlaczego Brytyjczycy – mam na myśli elity – nigdy potem nie wracali już do tematu, że nie wychodzimy z Unii Europejskiej. Uznano, że skoro taka jest decyzja społeczeństwa, to wychodzimy ze Wspólnoty. Stwierdzili bowiem, że kierunek, jaki obrały elity brukselskie, kierunek, jaki obrały Niemcy i Francja, jest dla Wielkiej Brytanii niekorzystny. Oczywiście – zwłaszcza na pierwszym etapie brexitu – były pewne koszty, perturbacje gospodarcze, ale wydaje się, że te perturbacje będą o wiele mniejsze niż te, które przeżyje Unia Europejska, i my też, kiedy to wszystko samo zacznie się rozpadać, bo prędzej czy później do tego będzie musiało dojść.

Donald Tusk przybył dziś do Brukseli, żeby odblokować środki z Krajowego Planu Odbudowy dla Polski. Widzi Pan już te pieniądze płynące do Polski szerokim strumieniem?  

– Jeśli nam odblokują te środki, to z całą pewnością nie od razu i nie za darmo, ale w zamian za tzw. kamienie milowe, czyli zgodę Polski na to wszystko, o czym rozmawiamy. I z tego punktu widzenia te miliardy euro, z których gros będziemy musieli i tak spłacić, bo są to pożyczki, będą dla nas kompletnie nieopłacalne. No, ale Donald Tusk chce mieć jakiś sukces, w końcu obiecywał, że zaraz, dzień po wyborach, pojedzie do Brukseli i odblokuje te pieniądze. Czy mu na to pozwolą, to jest inna sprawa. Trudno powiedzieć, zobaczymy w każdym bądź razie, że skórka nie opłaca się za wyprawkę, bo w wielu obszarach Polska będzie musiała ustąpić.

Wspomniałem o kamieniach milowych, które idą mniej więcej w takim kierunku, co zmiany i mieszanie przy Traktacie o Unii Europejskiej. W tym sensie tak czy inaczej Tusk w Brukseli będzie klientem, który przybywa po prośbie, domagając się od Komisji Europejskiej rekompensaty za przejęcie władzy w Polsce, co też jeszcze do końca nie jest takie oczywiste – a jeśli już, to też nie wiadomo, ile ten niespójny programowo, ideologicznie twór przetrwa. Tak czy inaczej być może w Brukseli podratują Tuska jakimiś środkami, ale potem będzie płacił za to polskimi interesami w tak dużej skali, że środki
z Krajowego Planu Odbudowy są niczym.

Wspomniał Pan Profesor o tym, że Donald Tusk przybywa do Brukseli jako klient. Jaka jest zatem jego rzeczywista pozycja w Unii Europejskiej?         

– Tusk to klient, jakim się posługują, wysługują, i to dość cynicznie, a traktują jako narzędzie, które robi dla nich dobrą robotę. Nie szanują go, bo w Europie i świecie szanuje się tylko kogoś, kto walczy o interesy własnego państwa, a nie realizuje interesy obce kosztem własnego kraju.

Tusk mocno parł, żeby prezydent Andrzej Duda powierzył funkcję tworzenia rządu liderowi większości, aby do Brukseli mógł jechać w roli tego, kto będzie tworzył rząd?

– Tusk przede wszystkim gra do wewnątrz. Ponieważ  toczą się targi między PSL z Polską 2050, Lewicą a nim, więc chciał mieć inną pozycję wyjściową, przyspieszać pewne procesy tak, aby negocjacje koalicyjne się nie ciągnęły, co mogłoby tylko piętrzyć trudności. Wiadomo też, że ludowcy mają swoje ambicje i zgłaszali  kandydaturę Władysława Kosiniaka-Kamysza na premiera, więc żeby tę sprawę mieć rozstrzygniętą raz, a dobrze, i tym samym mieć przewagę negocjacyjną, Tusk grał tak, a nie inaczej. Niewykluczone też, że w Brukseli chciał się pokazać nie tylko jako lider koalicji, która summa summarum osiągnęła najlepszy wynik wyborczy, ale też jako polityk, któremu prezydent powierzył misję tworzenia rządu.

Skoro mowa o targach wewnętrznych dotyczących stanowisk, czy wyobraża Pan sobie Sejm RP, którego marszałkiem zostaje Szymon Hołownia?

– Patrząc na to wszystko, to jestem w stanie sobie wyobrazić różne rzeczy. Jeśli poseł Lewicy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, którą typuje się na kandydatkę na przyszłego ministra edukacji, mówi, że zamiast podręcznika „Historia i teraźniejszość” będzie wychowanie seksualne, że nie będzie prac domowych, która postuluje wycofanie lekcji religii ze szkół, a przynajmniej zaprzestanie finansowania lekcji religii z pieniędzy państwowych, to naprawdę wszystko można sobie wyobrazić.

Jaką szansę na przetrwanie przy władzy ma taka ekipa, koalicja zawieszona na ideologii, o tak różnym podejściu do wielu spraw, począwszy od gospodarki, przez edukację, po sprawy społeczne, jeśli w ogóle będzie rządzić?       

– Wszystko zależy od wielu okoliczności, jak będzie wyglądać gospodarka itd. Stanowiska ostatecznie łączą
i utrata władzy zawsze jest pewnym policzkiem. Natomiast jeśli pojawi się jakieś niezadowolenie, jakieś trendy społeczne, które będą próbowały wysadzać ten układ, to szanse na jego dłuższe rządzenie są niewielkie. Natomiast spodziewam się, że ta koalicja rozbieżności za cztery lata – jeśli tyle przetrwają – będzie przypominać dawną AWS. I ci wszyscy, którzy patrzyli na to z emocjami, przez pryzmat ośmiu gwiazdek, mogą się znaleźć po drugiej stronie barykady.

Natomiast problemem są szykowane zmiany, od omawiania których rozpoczęliśmy naszą rozmowę, dlatego szkoda Polski. To nie jest tak, że odpowiedzialność spada głównie na polityków, że coś zawalili, czegoś nie dopilnowali, czegoś nie zabezpieczyli, ale odpowiedzialność spada też na wyborców, którzy w takiej masie tak wybrali. Uwierzyli, że bycie pod dominacją niemiecką będzie lepsze, i to wbrew bieżącemu doświadczeniu, które pokazuje, że lepiej jest mieć swoje suwerenne państwo, które zabezpiecza codzienne interesy o wiele lepiej niż unijne superpaństwo. Mimo tych wszystkich racjonalnych przesłanek wybrano Niemcy i teraz trzeba to jakoś przeżyć. Wnioski później
z pewnością będą wyciągane, ale dodatkowym problemem jest to, że to wszystko staje się męczące, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę odniesienia historyczne. Ale czy chcemy przeżywać dramatyczną historię na nowo…?

Tylko, że jak Pan Profesor powiedział – Polski szkoda?

– To jest trochę tak jak w XVIII wieku, gdzie przecież też były szanse na reformy, były momenty nie tylko te związane z Konstytucją 3 maja, ale także wcześniej. Oczywiście była też presja wewnętrzna, żeby to pacyfikować, ale to nie jest tak, że nie można było wyjść poza własny egoizm partyjny, porozumieć się i bronić własnych interesów. Jednak zwłaszcza wielcy magnaci nie potrafili się wznieść ponad to wszystko, szlachta też się pogubiła, i wyszło, jak wyszło. Tych okienek w historii, szans, gdzie można było się zreflektować, było wiele, ale to były momenty zazwyczaj krótkie, sprawy dzieją się szybko i albo się to wykorzystuje, albo się przegapi, marnując okazję, a na drugą szansę czasem trzeba długo czekać.

Myśmy taką szansę mieli teraz – myślę, że wciąż jeszcze ją mamy, bo jest korzystne okienko geopolityczne, kiedy mocarstwa są zaangażowane w wojnę. Niestety, mimo że życie Polaków się poprawiło, że zmiany są widoczne gołym okiem, to wybraliśmy co innego. I taka jest odpowiedź na jedną z większych szans, jakie w ciągu ostatnich dziesięcioleci dał Polsce Pan Bóg. Jeśli ponad 60 procent Polaków głosowało przeciw, nie za tylko przeciw, nie za programem, nie za jakąś wizją, tylko przeciw PiS-owi, nie zważając, co taki wybór oznacza dla naszych polskich interesów, to jest to rzecz niepojęta. To jest coś, za co wszyscy Polacy prędzej czy później będziemy musieli zapłacić.

                Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl