Niedawna konferencja prasowa czterech liderów formacji, które po wyborach pretendują do objęcia władzy w Polsce, chyba bardziej pokazała różnice niż koalicję i choć wskazano Donalda Tuska jako przyszłego premiera, to można było odnieść wrażenie, że jednością ta struktura raczej nie grzeszyła?
– Zróżnicowanie tych ugrupowań jest bardzo widoczne. Wprawdzie zjednoczyło ich jedno hasło i chęć odsunięcia Prawa i Sprawiedliwości od władzy, ale czy to wystarczy żeby wspólnie rządzić, trudno mi jest powiedzieć. Myślę, że tych rozbieżności jest bardzo dużo, one się będą pojawiały, jeśli opozycja przejmie władzę, i w miarę jak czas ich rządzenia będzie postępował. Różnice będą się nasilały i to pod wieloma względami, począwszy od kwestii światopoglądowych, po różnice programowe, ekonomiczne, gospodarcze itd. Poza tym przy tworzeniu rządu są do obsadzenia stanowiska, których za dużo nie ma,
a chętnych jest co niemiara.
Do podziału są jeszcze spółki Skarbu Państwa, a niektóre formacje są wręcz wygłodzone i chyba aż palą się, żeby obsadzić je swoimi ludźmi…
– No właśnie, w związku z tym każde z tych ugrupowań będzie chciało wziąć udział w podziale tego tortu i jak najwięcej uzyskać dla siebie. Nie wiem, czy Donald Tusk – jeśli zostanie premierem – na to pozwoli, dlatego m.in. na tym tle może dochodzić do rozbieżności czy konfliktów.
W tym momencie ta spójność może stanąć pod dużym znakiem zapytania. Na razie te formacje: Koalicja Obywatelska, Trzecia Droga, a więc PSL i Polska 2050 oraz Lewica razem występują, deklarują, że chcą wspólnie rządzić, ale na jak długo starczy tego zapału, to czas pokaże, bo tu mogą pojawić się problemy.
Magdalena Biejat z Lewicy mówi o istniejących różnicach, o braku konkretów, programu, ubolewa, że nie ma rozmów o kierunku i priorytetach nowego rządu, nie wiadomo też, po co w ogóle ma być ten rząd. Tymczasem karuzela nazwisk, personalne układanki ruszyły i zgody raczej nie widać?
– Ta powyborcza rzeczywistość nie powinna być dla nikogo zaskoczeniem, bo jak pamiętamy po stronie opozycyjnej tego programu nigdy nie było. Owszem, były jakieś ogólniki tworzone na kolanie, jakieś hasła pospiesznie rzucane w przestrzeń publiczną i nic poza tym. I dzisiaj widać, że choć rząd jeszcze nie powstał, to rozbieżności wśród tych, którzy aż palą się do władzy, są coraz większe. Obecnie, zwłaszcza na zewnątrz, prezentowany jest huraoptymizm, ale jak długo potrwa i na jak długo wystarczy sił i chęci robienia dobrej miny do złej gry, tego nie wiemy. Osobiście mam duże wątpliwości, że w tym gremium uda się coś sensownego i trwałego zbudować.
Tak czy inaczej te rozmaite potyczki i gierki z pewnością nie będą służyły Polsce, a raczej mogą wpływać na destrukcję, destabilizację w kraju. Dlatego jest obawa, że ten trend wznoszący, trend pozytywny, jeśli chodzi o rozwój gospodarczy, inwestycje, niskie bezrobocie, pod takimi niespójnymi rządami może się szybko odwrócić.
Co więcej, Lewica chce skupić się głównie na kwestiach światopoglądowych, słyszymy o liberalizacji aborcji, co – jak widać – dla niektórych jest ważniejsze niż rozwój gospodarczy Polski i przyszłość Polaków. Tych problemów i różnic jest cała masa. Mam duże wątpliwości, czy uda się pogodzić te wszystkie rozbieżności.
Zdaje się, że dostrzega to także prezydent Andrzej Duda, który podsumowując dzisiaj rozmowy
z formacjami politycznymi, wskazał kierunek, w jakim powinna pójść Polska, ale nie wskazał jeszcze osoby, która otrzyma misję tworzenia rządu. Tymczasem Donald Tusk aż pali się, żeby to jemu powierzyć to zadanie…
– Skoro prezydent Andrzej Duda pyta, dajmy na to, czy ugrupowania opozycyjne, które chcą stworzyć rząd, mają już podpisaną umowę koalicyjną, i słyszy, że nie, to wcale się nie dziwię, że może mieć wątpliwości. Natomiast Donald Tusk już uważa się za premiera, choć jeszcze nie otrzymał nominacji, nie było też decyzji Sejmu, który jeszcze się nie zebrał. Tymczasem jedzie do Brukseli
i zachowuje się, jakby reprezentował Polskę, przyszły rząd,
i już jako niby-premier mówi o środkach z Krajowego Planu Odbudowy. Tym samym uzurpuje sobie prawo do rządzenia, choć władzy formalnie w rękach jeszcze nie ma. I to w sytuacji, kiedy obecna jeszcze opozycja skupia się raczej na personaliach. Znamy przecież dywagacje, czy Roman Giertych będzie ministrem sprawiedliwości
i prokuratorem generalnym, kto ma być ministrem rolnictwa i tu też są rozbieżności, bo PSL chciałoby zarządzać tym resortem, a po stronie Koalicji Obywatelskiej pojawiało się nazwisko Michała Kołodziejczaka.
Nie wiemy też, kto będzie marszałkiem Sejmu, kto marszałkiem Senatu, choć pretendentów do tych funkcji też nie brakuje…
– Jak widać, dużo jest znaków zapytania, ale to źle dla kraju, kiedy ugrupowania aspirujące do władzy skupiają się na personaliach, a nie ustalają strategii dotyczącej programu rządzenia państwem. Tymczasem ta ostatnia kwestia bardzo interesuje Polaków. Nie wiemy, w jakim kierunku kraj będzie podążał, niepewność czują przedsiębiorcy, nie wiemy, jakie będą podatki, czy programy socjalne zostaną utrzymane, w jakim kierunku pójdzie też edukacja. Wiemy, że w tym ostatnim obszarze Lewica już chce robić rewolucję, ale czy jest taka potrzeba? Mamy przecież badania międzynarodowe, które wskazują, że edukacja w Polsce jest jedną z najlepszych nie tylko w Europie, ale także na świecie, o czym świadczą umiejętności i wiedza uczniów wygrywających międzynarodowe konkursy, olimpiady itd. Jest zatem zagrożenie, czy nie dojdzie do rewolucji nie tylko w gospodarce, ale także w obszarach takich jak edukacja,
i czy jest to w ogóle potrzebne. Summa summarum pojawia się ogromny znak zapytania, w jakim kierunku ten rząd pójdzie i czy ta grupa spiesząca się do władzy nie zniszczy tego wszystkiego, co rząd Zjednoczonej Prawicy osiągnął w wielu obszarach.
Skąd zatem ten pośpiech Tuska, czy obawia się, że w tym rozgardiaszu pozostałe formacje mogą się rozmyślić, a może tego, że PiS zaproponuje Kosiniakowi-Kamyszowi, aspirującemu do wysokich urzędów, funkcję premiera, i koalicja Tuska się rozsypie?
– Donald Tusk, co by nie powiedzieć, to sprawny polityk, więc ma świadomość, że im dłużej będzie trwało formowanie tego rządu, tym jego pozycja może być coraz słabsza. Nie jest przecież tajemnicą, że Władysław Kosiniak-Kamysz chciałby być premierem, że ma takie ambicje. Widać również, że lider Polski 2050 Szymon Hołownia też chce odgrywać ważną rolę w państwie, tym bardziej, że spore poparcie, jakie otrzymała Trzecia Droga, sprawia, że jest na fali wznoszącej i chciałby to wykorzystać. Jeśli nie premierem, to chciałby przynajmniej zostać drugą osobą w państwie, a więc marszałkiem Sejmu. Poza tym Donald Tusk udał się do Brukseli, aby podziękować za poparcie instytucji unijnych, władz Unii Europejskiej, które nie tylko mu kibicowały, ale
i pokazywały, że wspierają go w dążeniu do objęcia władzy w Polsce.
Oficjalnie Tusk pojechał do Brukseli, żeby rozmawiać o odblokowaniu środków z Krajowego Planu Odbudowy, co zresztą publicznie obiecał w kampanii wyborczej...
– Z tym, że tak naprawdę nie wiadomo, czy będzie to w ogóle realne, czy Tusk je tak szybko uzyska, bo z jednej strony w dużej mierze są to pożyczki, ale z drugiej strony Unia Europejska jest w coraz głębszym kryzysie
i z pieniędzmi jest krucho. Myślę też, że elity europejskie, korzystając z wizyty Donalda Tuska w Brukseli, chciały go przekonać do decyzji, które są w tej chwili podejmowane odnośnie do reform Unii Europejskiej, która coraz mniej jest wspólnotą państw, a coraz bardziej staje się dyktaturą dwóch wiodących krajów: Niemiec i Francji, ze spadkiem roli mniejszych krajów członkowskich, w tym ograniczeniem pozycji Polski. Biorąc to wszystko pod uwagę, Donald Tusk ma chyba świadomość, że może się to obrócić przeciwko niemu, że społeczeństwo dosyć szybko zauważy, że nie tak miała wyglądać Polska, którą rysował podczas kampanii wyborczej, i że Polacy mogą odczuć realne zagrożenie utraty suwerenności, autonomii
w strukturach Unii Europejskiej.
Poza tym, w miarę upływu czasu, sytuacja także na polskiej scenie politycznej może okazać się niekoniecznie przyjazna dla Tuska?
– Już słychać, że Trzecia Droga chce utworzyć w Sejmie dwa odrębne kluby poselskie, a więc ta jedność zaczyna powoli pękać i nie wiadomo, jak duży może być ten rozłam. Dla Lewicy na pewno najważniejsza będzie wojenka światopoglądowa, również co innego dla gospodarki, niż słyszymy to dzisiaj, obiecywała w kampanii Platforma czy Szymon Hołownia. Ważna będzie też konstrukcja samego rządu, którego zarysów nawet nie widać. Zatem tych rozbieżności jest cała masa i pewnie będzie ich coraz więcej, a co dopiero, kiedy przyjdzie do konstruowania budżetu państwa na przyszły rok, co – jak wiemy – będzie jedną z pierwszych i trudnych spraw,
z jakimi będzie musiał zmierzyć się nowy Sejm. Ważne będzie, na co przeznaczone zostaną środki i czy wystarczy ich na te kwestie, o które zabiegały poszczególne ugrupowania, idąc do parlamentu. Tak czy inaczej im dłużej będzie trwało formowanie nowego rządu, tym gorzej dla Donalda Tuska.
Wczoraj Komisja Konstytucyjnej Parlamentu Europejskiego zrobiła pierwszy krok
w kierunku zmiany traktatów o Unii Europejskiej i federalizacji Unii. Zmiany te godzą w Konstytucję RP, kluczowa będzie też zasada zniesienia prawa weta w bodajże 68 obszarach…
– Na naszych oczach kończy się Unia Europejska, która w zamyśle ojców założycieli była wspólnotą suwerennych państw, gdzie decyzje zapadają jednomyślnie. Natomiast ta obecna Unia odeszła znacząco od idei pierwszej Unii zbudowanej na chrześcijańskich fundamentach. Dzisiaj Unia prowadzona przez ideologów brukselskich odrywa się od chrześcijańskich korzeni i idzie w kierunku skrajnie lewicowym, a wręcz lewackim. Lewica mówi o zasadach,
o wolności, o demokracji, a tak naprawdę odchodzi od tych zasad, a jej działania mają charakter autokratyczny,
a nawet dyktatorski.
Niemcy w sposób może nie rewolucyjny, poprzez wojnę, ale w sposób ewolucyjny starają się przejąć władzę w Europie i dominować nad pozostałymi państwami, co zresztą zawsze było ich celem i dążeniem. Teraz czynią to w sposób pokojowy i z pozoru demokratyczny, bo nikt nikomu nie odbiera przecież prawa do głosowania nad tym, jak mają wyglądać struktury przyszłej Unii Europejskiej. Ale to tylko pozory demokracji. Również Francja chce odgrywać ważną rolę i wydaje się, że jeszcze odgrywa, ale można wnioskować, że w dłuższej perspektywie jej rola także osłabnie i przede wszystkim Niemcy będą chciały decydować o wszystkim.
Czy zatem w tej sytuacji Donald Tusk zmierza ku roli petenta, biernego wykonawcy planów Berlina i Brukseli?
– Nie wydaje mi się, żeby Tusk nie miał świadomości,
co jest grane, jaka będzie pozycja Polski w tych nowych, przyszłych strukturach Unii Europejskiej. Tak naprawdę nasza pozycja będzie słaba, właściwie żadna. Będziemy zmuszeni do wykonywania poleceń kilku państw: Berlina, może Francji, a także Brukseli, już nie w sposób demokratyczny, ale autorytarny. To te państwa będą dominować, bo mają najwięcej ludności, są też silne gospodarczo. I Tusk ma tego wszystkiego świadomość. Powstaje więc pytanie, czy w tym wszystkim wolność ma jakąkolwiek cenę, czy warto pozbyć się suwerenności.
A tak będzie, bo jeśli ten cały misterny plan Berlina się powiedzie, to będziemy zmuszeni odejść chociażby od własnej waluty na rzecz euro, które ma być w we wszystkich państwach walutą obowiązkową. Ale obciążeń będzie znacznie więcej.

