W stu postulatach Platformy, ale także w zapowiedziach Lewicy są m.in. takie kwestie jak: likwidacja IPN, likwidacja CBA, Polskiej Fundacji Narodowej czy likwidacja TVP Info. Może po kolei: dlaczego IPN stoi kością w gardle polityków Platformy?
– Przypomnijmy, że już osiem lat temu Grzegorz Schetyna oznajmił, że jeśli Platforma dojdzie do władzy, to zlikwiduje IPN i, jak widać, przez te osiem lat w opozycji projekt likwidacji instytucji według nich wrogich, jak IPN czy CBA, cały czas jest żywy i obecny w głowach polityków formacji Donalda Tuska. Jest pytanie, co takiego IPN zrobił, że podpadł Platformie? Przecież jest to instytucja niezwykle zasłużona dla upamiętniania historii Narodu Polskiego, która prowadzi badania naukowe, gromadzi, systematyzuje, ewidencjonuje, zabezpiecza i udostępnia dokumenty zbrodni z lat 1917-1990, a poprzez swoje badania przybliża Polakom wydarzenia sprzed lat, w tym losy naszego narodu w latach 1939-1990. Co więcej, jest to robione w sposób profesjonalny, bo chyba nikt nie może podważyć, że badaniami zajmują się ludzie kompetentni –historycy, zawodowcy. Mówimy tu o historii, o czasach powojennych, ale jednym z przedmiotów pracy jest zgodnie z ustawą lustracja, badanie oświadczeń lustracyjnych, a więc kto kim był w Polsce. Każdy ubiegający się funkcję publiczną powinien przejść procedurę lustracyjną, która potwierdza bądź wyklucza jego współpracę ze służbami PRL-u. Jeśli ktoś uważa, że IPN nie wykonuje swojej pracy solidnie, profesjonalnie, to jest to ocena bardzo niesprawiedliwa. Przyznam, że z ust rozsądnych ludzi nie słyszałem, żeby ktokolwiek kwestionował pracę i działania IPN-u. Dlatego nie rozumiem prób likwidacji tej instytucji i jest to chyba pytanie do polityków Platformy, co nimi kieruje, dlaczego istnienie IPN-u ich uwiera. To zły prognostyk.
Rzeczywiście, chyba oprócz wypowiedzi polityków Platformy i Lewicy w mediach nie słyszałem żadnych racjonalnych przesłanek, merytorycznych zarzutów wobec IPN?
– Dlatego nie rozumiem, co autor – Platforma – ma na myśli, forsując ten temat, nie rozumiem też określania IPN-u jako zbrojnego historycznego ramienia Prawa i Sprawiedliwości. Biorąc pod uwagę zasługi dla Polski tej instytucji, trudno pojąć, jaki jest cel działań Platformy, bo będzie to godziło w rozwój badań nad historią Polski. Przypomnę, że to również IPN – zespół pod kierunkiem prof. Krzysztofa Szwagrzyka, prowadzi badania poszukiwawczo-ekshumacyjne dotyczące ofiar zbrodni dokonanych na Polakach przez ukraińskich nacjonalistów z OUN-UPA. IPN zajmuje się także poszukiwaniami tajnych miejsc pochówku ofiar reżimu komunistycznego. To bardzo trudna, mozolna praca, analityczna praca, która przywraca pamięć bohaterów naszej, polskiej wolności. I jeśli ktoś próbuje się zamachnąć na tego typu instytucję z rozmysłem, czy nie działa na szkodę państwa polskiego?
To zastanówmy się może, kto mógłby zyskać na likwidacji IPN-u, jaką korzyść polityczną może przynieść, i komu, likwidacja tej instytucji?
– Wszystkim tym, którzy boją się swojej przeszłości, którzy być może mają coś do ukrycia i obawiają się, że prawda mogłaby ich pogrążyć. Byłoby to też na korzyść tych, którzy nie chcą, żeby historia Polski, zwłaszcza po 1945 roku, ujrzała światło dzienne. I albo ktoś nie rozumie, jaką rolę w tym odgrywa IPN, a więc jest totalnym ignorantem, albo ma w tym jakiś ukryty cel. Przypomnę, że to politycy Platformy zapowiadali przywrócenie uposażeń tajnym współpracownikom PRL-owskich służb. I to też może być jakieś spoiwo tego planu. Czy to, że ktoś wstydzi się swojego życiorysu, współpracy z SB czy UB, co pociąga za sobą określone konsekwencje, ma rzutować na instytucję, która poprzez lustrację pokazuje takich agentów, którzy szkodzili Polsce i tym, którzy o jej wolność walczyli. Polacy mają prawo dowiedzieć się wszystkich szczegółów dotyczących historii Polski, a IPN prowadzi z sukcesami działania zmierzające w tym kierunku. Dlatego jako Polak nie życzę sobie, żeby ktokolwiek zwalczał instytucję, która obok wspomnianych prowadzi działalność edukacyjną i ściga też zbrodnie przeciwko Narodowi Polskiemu.
Pod presją likwidacji obok IPN-u znajduje się także CBA. Temat ten podkręciła wypowiedź Pawła Wojtunika o rzekomej odprawie CBA w ośrodku w Lucieniu i podobno poleceniu stosowania kontroli operacyjnej oraz podsłuchiwaniu przedstawicieli opozycji. Wypowiedź ta została stanowczo zdementowana jako kłamliwa przez szefa CBA płk. Andrzeja Stróżnego…
– Opozycja totalna zarzucała przez osiem lat rozmaite rzeczy rządzącym Polską i jakoś żaden z zarzutów się nie sprawdził. Nie wiem, czy CBA prowadziło jakieś działania, o których mówi Paweł Wojtunik, natomiast zastanawia mnie nadaktywność byłego szefa CBA i to w okresie poprzedzającym wybory parlamentarne w Polsce. Wcześniej Wojtunik milczał, ale na ostatniej prostej i po tym, jak pojawiły się wyniki wyborów, nagle się uaktywnił. Co więcej, proszę zwrócić uwagę, że Wojtunik nie stawia zarzutów, ale sprytnie pyta się: czy prawdą jest to i to. Tak naprawdę nikt nie może mu postawić zarzutu, że kogoś oskarża, ale cień niepewności tą swoją wypowiedzią zasiewa. Robi coś, co ma podburzyć społeczeństwo. To coś w rodzaju małego kamyka wrzuconego komuś do buta przed wyruszeniem w drogę. Tak się robi – mianowicie rzuca się w przestrzeń publiczną hasło, że wprawdzie ja nie wiem, ale mogą być jakieś wątpliwości, które wzbudzają tak postawione pytania, niby w trosce o państwo polskie. Zresztą warto przypomnieć obrady Komisji VAT-owskiej, gdzie jeden z jej członków, Marek Jakubiak, przesłuchując Pawła Wojtunika, stwierdził, że miał on duże problemy z pamięcią. Zatem w sprawach, gdzie Wojtunik jako były szef CBA powinien mieć dużą wiedzę, zasłaniał się niepamięcią, a tutaj nagle staje się nadaktywny i próbuje rzucać cień na działalność opcji politycznej, która jest mu nie w smak, używając do tego CBA.
Na liście do likwidacji jest także telewizja publiczna TVP Info, co w kampanii prezydenckiej zapowiadał Rafał Trzaskowski, mówił też o tym Donald Tusk, a teraz widać przymierzają się do skoku na media publiczne. Jak tak dalej pójdzie, to Polacy poza Telewizją Trwam, Radiem Maryja, Radiem 24 czy „Naszym Dziennikiem” nie będą mieli dostępu do prawdziwych, rzetelnych informacji?
– Zgadza się, z tym że tu też jest ciekawa forma skoku na media publicznie, mianowicie nie przy pomocy ustawy, tylko chce się postawić TVP jako spółkę SA w stan upadłości. W związku z tym, że media publiczne, spółki medialne funkcjonują na podstawie ustawy o radiofonii i telewizji, ustawy o Polskiej Agencji Prasowej oraz ustawy o Radzie Mediów Narodowych oraz kodeksu spółek handlowych, to zapewnia im stabilność i bezpieczeństwo funkcjonowania. Dlatego pomysł jest taki, że ogłasza się upadłość spółki i powołanie nowej, co też nie jest do końca proste, bo trzeba mieć do tego podstawy. Jednak pomijając to, na tej podstawie można wprowadzić syndyka i otworzyć nowy rozdział bez zmiany ustawy, a więc pomijając drogę ustawodawczą, Sejm, Senat i podpis czy weto prezydenta RP. Nikt w tej sytuacji nie będzie mógł powiedzieć, że Koalicja Obywatelska i Lewica zamykają polskie media, bo dokona się to poprzez coś w rodzaju falandyzacji prawa z pominięciem całej procedury ustawodawczej. Jak widać, jest szukanie alternatywy, aby zlikwidować pluralizm mediów. To nie ma nic wspólnego z demokracją, którą na ustach mieli politycy Platformy. I to są symptomy anarchii.
Zostanie powołana nowa medialna spółka, która będzie służyła jednej słusznej opcji. Jak za komuny?
– Ależ dokładnie tak. Może się więc okazać, że tak będzie wyglądała rzeczywistość za rządów Koalicji Obywatelskiej, Lewicy, PSL-u, Polski 2050. Co ciekawe, jest to wykonalne, mimo że jest to ominięcie prawa. Tylko co to ma wspólnego z wolnością mediów, o czym tak krzyczała Platforma i Tusk, z praworządnością, której brak rządowi Zjednoczonej Prawicy zarzucała Komisja Europejska, stawiając kolejne tamy, bariery, kamienie milowe? Gdyby na taki krok zdecydowało się PiS, to Europa wszczęłaby larum, że łamana jest demokracja, że jest cenzura, że niszczone są wolne media, że mamy zamach na wolność słowa itd. Ale dzisiaj jeśli Tusk z akolitami posuną się do tego stopnia, to cenzorzy międzynarodowi będą milczeć, co więcej, chwalić się, że mediom przywracana jest wolność. To tylko pokazuje, o co chodziło Komisji Europejskiej i widać to, kiedy powoli odsłaniane są kolejne karty, które były do tej pory skrzętnie ukrywane, mówiące o tym, że wiele zarzutów stawianych rządowi Zjednoczonej Prawicy było wyssane z palca, że chodziło tylko o zniechęcenie Polaków do PiS-u i zmianę władzy w Polsce.
Widać to na przykładzie środków z Krajowego Planu Odbudowy, gdzie kamienie milowe były fikcją, a chodziło tylko o obalenie rządu PiS?
– Zgodnie z zapowiedzią szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen przed niespełna dwoma laty żegnającej Tuska wracającego z wojaży na stanowiskach europejskich do Polski, Donald Tusk miał wrócić do Brukseli jako premier polskiego rządu. To się do końca nie udało, bo naciski na prezydenta, żeby powierzył mu misję tworzenia rządu, się na razie nie powiodły i na spotkanie z unijnymi kumplami musiał jechać tylko, albo aż, kandydat szczęśliwie przegranej opozycji Koalicji Obywatelskiej, Trzeciej Drogi i Lewicy. Każde z tych ugrupowań przegrało ze Zjednoczoną Prawicą, która wybory parlamentarne wygrała, choć w sumie nie ma większości w Sejmie. Tusk w Brukseli mógł zameldować, że wykonał zadanie, z jakim został posłany do Polski. Swoją drogą, Tusk nie jest dzisiaj ani desygnowany na premiera, ani nie jest też szefem formacji koalicyjnych, bo taka umowa formalnie nie została zawarta, nie ma też żadnych wiążących ustaleń. Nie wspomnę już o tym, że ta grupa pretendująca do przejęcia władzy nie ma nawet wspólnego programu. Mamy więc do czynienia z kuriozum, gdzie unijne gremia przyjmują niczym premiera czy głowę państwa i słuchają kogoś, kto nie pełni formalnie żadnej funkcji publicznej w państwie polskim. Na dzisiaj taki jest stan prawny i można się obrażać bądź nie, ale taka jest dzisiaj prawda o obywatelu Donaldzie Tusku, który za wyjątkiem szefa Koalicji Obywatelskiej w państwie polskim nie pełni żadnej funkcji.
To po co obywatel Tusk jest potrzebny Unii Europejskiej?
– Tusk jest potrzebny Brukseli i Berlinowi, żeby przygotować zmianę Traktatu o Unii Europejskiej. Mówimy, że opozycja pretendująca do władzy nie ma programu i nie musi mieć, bo Tusk właśnie pojechał do Brukseli po wytyczne dla przyszłego rządu. Taki to samodzielny polityk, lider.
Nic więc dziwnego, że z głosowaniem projektu zmian w traktatach unijnych na Komisji Spraw konstytucyjnych Parlamentu Europejskiego czekano do wyborów w Polsce?
– Oczywiście. Dlatego wszystkim Polakom powinny się otworzyć oczy, że wszystkie zarzuty stawiane wobec Polski były stricte politycznymi, że była to jedna wielka manipulacja, próba międzynarodowego nacisku na demokratycznie wybrany polski rząd. Komisja Europejska i Niemcy przez osiem lat nie potrafiły zaakceptować wyboru Polaków. Dzisiaj zaś, kiedy Tusk obejmie władzę, droga do federalizacji czy wręcz centralizacji Europy będzie otwarta, bo Tusk ze swoją ekipą klepnie wszystko, co tylko zażąda Bruksela i Berlin. I na to właśnie czekano z decyzjami związanymi z uruchomieniem procesu zmian traktatowych.
Jest jeszcze jedna kwestia, o którą chciałem zapytać: mianowicie przed wyborami opozycja fatalna grzmiała, że będą one sfałszowane, że trzeba pilnować procesu wyborczego itd. Dzisiaj jakoś nikt nawet nie zająknie się na ten temat?
– I nic dziwnego, bo największe szanse na przejęcie władzy w Polsce mają ci, którzy najgłośniej krzyczeli o możliwych nieprawidłowościach. Proszę sobie też przypomnieć to straszenie Polaków: że będzie przewrót, że PiS podpali Polskę, że będzie stan wyjątkowy, zamach, że na ulice zostanie wyprowadzona policja i wojsko. Przecież takie głupoty opowiadała opozycja. Widać, że to było na wszelki wypadek, gdyby wyniki wyborów były dla nich gorsze niż są. Teraz jakoś nikt nie podważa ważności, co więcej dziwne – według mnie – jest to, że jakoś nikt nie stawia zarzutu, że PKW nie przedłużyła ciszy wyborczej do momentu, kiedy nie wszyscy Polacy jeszcze zagłosowali. A słyszeliśmy, że ostatnie głosy były oddane bodajże po godzinie 3 nad ranem w poniedziałek 16 października. I jakoś nikt przeciw temu nie protestuje. W tym momencie PKW powinno powiedzieć wyraźnie, że przed lokalami wyborczymi są kolejki i cisza jest przedłużona do momentu, aż ostatni chętny odda głos. Koniec kropka. Przypomnę, że w historii były przypadki, że w jednym bądź w dwóch lokalach nie było prądu czy zaistniała jakaś inna przyczyna i o ten czas ciszę wyborczą przedłużano. Tutaj tego nie zrobiono. Wyszło na to, że w mediach pojawiły się wstępne sondażowe wyniki, w sztabach partyjnych odpalane były fajerwerki, a w wielu lokalach głosowanie wciąż trwało. W mojej ocenie była to jedna wielka kpina z demokracji, ale jakoś nikt tego nie kwestionuje, także gremia międzynarodowe, również nasze media przyjęły to tak, jakby nic się nie stało. Ciekawe, czy taka sama cisza byłaby, gdyby PiS osiągnął większość umożliwiającą tej formacji samodzielne rządzenie Polską? Byłyby głosy, że już po przewidzianym czasie otwarcia lokali obywatele poszli i zagłosowali na PiS.

