logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Destrukcja państwa na ogromną skalę

Wtorek, 2 stycznia 2024 (21:51)

Rozmowa z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą z KUL i AKSiM

Donald Tusk w swoim noworocznym orędziu pełnym ogólników mówił o pojednaniu, tymczasem fakty i destrukcyjne działania nowej władzy temu przeczą. Polityka miłości jak widać kryje cały szereg niespodzianek?

– Donald Tusk się nie zmienił, on zawsze to robił,
w każdym czasie, nawet w obliczu katastrofy smoleńskiej, kiedy mówił o pojednaniu, a pod stołem oddawał śledztwo w ręce Rosjan. Tak więc czyny szły w sprzeczności z tym, co głosił. Pytanie, czy Tusk jest wiarygodny, bo to, jak
w tej chwili ustawił polską politykę w sensie nominacji
na stanowiska ministerialne, oraz agresja, jaka z tego środowiska władzy wychodzi w wielu kierunkach, co jest widoczne – wyrażające się w symbolach, jak np. odcięcie sygnału telewizyjnego i postawienie w stan likwidacji mediów publicznych – to wszystko musi irytować. Tusk mówi, że będzie rozliczał innych, ale warto, żeby zaczął
te rozliczenia od siebie. Wtedy będzie można mówić
o jakimkolwiek pojednaniu. Jak dotąd tylko mówi
o przywracaniu państwa prawa, o wprowadzaniu demokracji. Tymczasem czyni to niedemokratycznymi metodami, co jest sprzeczne samo w sobie. Ale on taki jest. Nic więc dziwnego, że pod hasłem pojednania rozpoczyna wojnę polsko-polską, i to na ogromną skalę.       

Odmienne od wystąpienia Donalda Tuska było orędzie prezydenta Andrzeja Dudy, który mówił o zagrożeniach dla Polski
i jasno stwierdził, że nie ma zgody na działanie, jakie podejmuje nowa władza, chociażby w obrębie mediów publicznych,
i de facto na łamanie Konstytucji oraz zawłaszczanie Polski. Mamy dewastacje państwa prawa?

– Prezydent Andrzej Duda w swoim orędziu opisał to,
co jest, a przynajmniej powinno być widoczne gołym okiem dla tych, którzy obiektywnie oceniają rzeczywistość. Znamienny podczas orędzia Andrzeja Dudy był widoczny
w tle portret śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, czym obecnie urzędujący prezydent – w moim odczuciu –
starał się zamanifestować sprzeciw wobec tego, co robi nowa władza. Prawdopodobnie szykuje się nam zaostrzona wojna na linii rząd – prezydent. Biorąc pod uwagę sytuację za naszą wschodnią granicą oraz działania rządu Tuska, myślę, że bardzo ciężki rok przed nami.

Jak zatem może wyglądać kohabitacja między premierem Donaldem Tuskiem
a prezydentem Andrzejem Dudą i czy Tusk nie zaczyna powtarzać, skądinąd znanego już, wariantu z prezydentem Lechem Kaczyńskim?

– Dokładnie tak. Pamiętamy, jak się to tragicznie skończyło. Swoją drogą mamy już dzisiaj, na progu rządów Tuska, ataki na prezydenta Andrzeja Dudę – i to ataki bardzo mocne. Taką reakcję obozu władzy spowodowało weto prezydenta wobec ustawy okołobudżetowej na
2024 rok. Notabene były tam środki, które koalicja Tuska próbowała sobie zabezpieczyć na nowe media publiczne. Tymczasem, zdaniem prezydenta, należy najpierw rzetelnie i zgodnie z prawem naprawić, a nie przejmować media bezprawnie i siłowo, rażąco łamiąc Konstytucję i zasady demokratycznego państwa prawa. Nowa władza próbowała obrócić to przeciw prezydentowi, twierdząc, że te środki
na media publiczne, a przynajmniej ich część, miały zostać przeznaczone na leczenie dzieci chorych onkologicznie,
co tylko pokazuje hipokryzję nowej ekipy. Zatem już widać, że każdy ruch ze strony Pałacu Prezydenckiego powstrzymujący bezprawne działania ekipy Tuska będzie łączony z chóralnym atakiem tych, którzy zbierają się wokół Tuska.

Kiedyś obowiązywała zasada Neumanna,
a dzisiaj mamy zasadę Bodnara, która polega na tym, że najpierw podejmowane są działania, a dopiero potem będzie szukanie dla nich podstawy prawnej. Czy to nie jest cecha władzy autorytarnej?

– Tak. Państwo prawa polega na tym, że władza działa
na podstawie prawa i w granicach prawa. Nie może więc działać bez podstaw prawnych. Nie może być tak, że minister podejmuje określoną decyzję, która pociąga
za sobą konkretne skutki, a dopiero potem szuka do tego uzasadnienia. Obowiązująca jest ścieżka prawna, a więc najpierw Sejm, parlament przyjmuje ustawę, jakieś prawo, i dopiero wedle tego prawa minister może działać. Na tym polega rozróżnienie między władzą ustawodawczą a władzą wykonawczą.

Natomiast Adam Bodnar najpierw działa, a potem usilnie poszukuje formalnego uzasadnienia. Innymi słowy, jak złamać czy nagiąć prawo i znaleźć do tego odpowiednią argumentację. Paradoks całej tej sytuacji polega na tym, że wtedy rzekomo ma być praworządność. I to jest sytuacja kuriozalna. Jednak nic dziwnego, skoro Leszek Miller w przypływie szczerości mówi, że jedynym, zasadniczym kamieniem milowym, jaki Polska miała spełnić, żeby otrzymać środki z Krajowego Planu Odbudowy, była zmiana rządu w Polsce i przejęcie władzy przez Tuska. Wypowiedzi zarówno Adama Bodnara, jak i Leszka Millera są szczere i pokazują, o co w tym wszystkim chodzi.

Tylko że wszyscy dokładnie wiedzieliśmy,
o czym mówił Leszek Miller. Miał też tego świadomość rząd premiera Mateusza Morawieckiego. A zatem po co była ta gra, że Bruksela żąda zmian, np. w obszarze prawa, a Polska je wykonuje, skoro obie strony miały świadomość, że to tylko mydlenie oczu. Może więc trzeba było pójść z reformami na całość, a nie dawać się ogrywać Unii Europejskiej?    

– To był rzeczywiście błąd. Oczywiście wszystko się rozgrywało w teatrze medialno-politycznym i chodziło
o to, żeby prounijnych Polaków, którzy wciąż wierzą
w sprawczość i rzekomo darmowe środki z Unii Europejskiej, przekonywać, że rząd stara się, by te pieniądze otrzymać. Była to więc gra pozorów, co i tak niczego nie dało, bo Prawo i Sprawiedliwość dzisiaj nie rządzi. Faktycznie jednak chodziło o to, żeby w Polsce  dokonała się wymiana władzy – zresztą wszyscy, jak pan redaktor mówi, o tym wiedzieliśmy. Dlatego to były duże błędy rządu premiera Mateusza Morawieckiego.    

Co może się jeszcze wydarzyć, jeśli
ta akcja dewastacji państwa nie zostanie zatrzymana? TVP, Polskie Radio, PAP,
ale to nie wszystko, bo w kolejce do rozparcelowania stoją stanowiące problem dla tej władzy instytucje: Trybunał Konstytucyjny, Krajowa Rada Sądownictwa, NBP, IPN, CBA. Lista jest długa i zdaje się, że ten plan jest jeszcze dość śmiały…

– Mamy do czynienia z destrukcją na ogromną skalę, destrukcją państwa polskiego. Czy ona będzie miała swój koniec i kiedy, to się okaże w momencie, kiedy Polacy zaczną protestować – i to masowo. To nie jest tak, że ten agresywny sposób funkcjonowania, jaki obserwujemy, starczy tej władzy na długo. Taki stan może cieszyć, czy nawet bawić zwolenników Tuska, a zarazem przeciwników Prawa i Sprawiedliwości, jeszcze przez parę miesięcy.
W tym czasie będzie się mówić, jakie to ogromne wydatki na armię przeznaczał rząd Zjednoczonej Prawicy i po co.

Oczywiście można ograniczyć 30 miliardów na budowę
i dozbrajanie armii, ale za chwilę będziemy mieć do czynienia z potężnymi zagrożeniami i wtedy właśnie ta armia może być nam potrzebna. Proszę zwrócić uwagę, jakie mogą być gigantyczne straty zaniechań w tym obszarze, więc albo będziemy nadal wydawać pieniądze
i kupować uzbrojenie, co przełoży się na wzrost naszego bezpieczeństwa, albo może się to skończyć wręcz niewyobrażalnymi konsekwencjami. Natomiast jeśli zagrożenie wzrośnie, to będzie za późno – czasu zaniechań, zaniedbań już nie wrócimy. I to jest właśnie ta destrukcja państwa w wielu wymiarach, z którą zaczynamy mieć do czynienia. Donald Tusk pewnie liczy na to, że namiesza Polakom w głowach, a potem zwieje do Brukseli, jak to już raz zrobił, a Polskę i Polaków zostawi z tym całym bałaganem.

Czy definiując demokrację w tak siłowy sposób, Donald Tusk, w końcu doświadczony polityk, nie obawia się, że może prędzej niż później zostać za to rozliczony?

– Nie. Mówiliśmy to już wielokrotnie w naszych rozważaniach, że PiS, pomimo że rządziło dwie kadencje, to w istocie nie rozliczyło nikogo – w sensie prawnym. Oczywiście były rozmaite blokady związane
z nadzwyczajną sędziowską kastą, która w wielu
sprawach wyrokowała tak, a nie inaczej, ale w wielu wypadkach prokuratura nie postawiła nawet zarzutów.
I tylko śledztwa toczyły się w nieskończoność. Nic  dziwnego, że nowa władza jest przekonana, że przy wsparciu Brukseli i swoich sędziów nikt im nic nie zrobi.
Poczucie bezkarności tej ekipy było i jest ogromne.
Poza tym oni myślą, że jeśli nie wydarzy się dla coś nieprzewidywalnego, to Polski w tym wydaniu nie będzie, powstanie superpaństwo europejskie, do którego dążą, które zagwarantuje im bezkarność. W związku z czym Rzeczpospolita nie będzie miała już szans wyrokować
w ich sprawie. Czytam teraz „Dzieje zdrajcy” Jerzego Łojka o Szczęsnym Potockim, który stał na czele targowicy
i doprowadził do likwidacji państwa polskiego, a później
był konsekwentnie wiernym poddanym najpierw carycy Katarzyny, a potem dwóch kolejnych rosyjskich carów. Tak było i wydaje się, że wielu ze współcześnie sprawujących władzę myśli podobnie, że kto ich tam będzie sądził, już w nowym superpaństwie europejskim, a de facto niemieckim.

Wspomniał Pan Profesor, że przez
osiem lat wielu, niestety, nie rozliczono. Tylko że jeśli spojrzeć na historię Polski
po 1989 roku, to nie znam oskarżanego polityka, który zostałby rozliczony i trafiłby za kraty. Czy w świecie polityki nie funkcjonuje coś w rodzaju niepisanej umowy, że – owszem – spieramy się, kłócimy, retorycznie nawet oskarżamy, budzimy emocje społeczne, ale nawzajem nie robimy sobie krzywdy? 
     

– Być może, ale widać, że tym razem, wraz z przejęciem władzy przez ekipę Tuska, ta niepisana reguła się skończyła. Mianowicie obecnie rządzący robią wszystko, żeby ministrowie Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik
na dwa lata trafili do więzienia – i to wbrew prawu łaski zastosowanemu przez prezydenta Andrzeja Dudę.
Czyli ta umowa, jeśli była, to w tym momencie się skończyła. Zakładając pozytywny wariant zakończenia
tej sytuacji, że polityczny żywot tej władzy szybko się skończy i że Rzeczpospolita będzie władna osądzić zaprzańców, to trzeba o tych wszystkich pozaprawnych działaniach głośno mówić i do tego się przygotowywać. Jednak to nie jest tylko czas współczesny, bo proszę zwrócić uwagę, że na przykład po potopie szwedzkim, który był jedną z odsłon wojen prowadzonych przez Szwecję w celu jej całkowitej dominacji nad Morzem Bałtyckim, nawet Hieronima Radziejowskiego, który sprzymierzył się ze Szwedami przeciw Janowi Kazimierzowi, nie osądzono, bo król mu darował. Jak widać, Rzeczpospolita nie osądzała swoich zdrajców
przez dłuższy czas i te zaniechania tylko jeszcze bardziej demoralizowały i rozzuchwalały te elity, które były przekonane, że nic im nie grozi. I tak to wygląda.

                Dziękuję za rozmowę.   

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl