logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Ucierpimy wszyscy

Czwartek, 4 stycznia 2024 (12:03)

Aktualizacja: Czwartek, 4 stycznia 2024 (12:49)

Rozmowa z prof. Zbigniewem Krysiakiem, ekonomistą ze Szkoły Głównej Handlowej

 

W jakim stanie Prawo i Sprawiedliwość zostawia swoim następcom finanse publiczne?

 

– W bardzo dobrym. Po serii kryzysów mamy jeden
z najniższych długów do PKB – 50 proc. Niemcy mają prawie 70 proc. Hiszpania i Francja ponad 100 proc. Włosi aż 160 proc. Nawet Wielka Brytania ma wynik powyżej
100 proc. W ostatnim czasie analizowałem dane Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) dotyczące skumulowanego deficytu za ostatnie 8 lat
w stosunku do PKB. W Polsce mamy deficyt, ale jest on niewiele większy od tego, który jest w Niemczech, jest też dużo niższy niż we Francji czy w Hiszpanii. Nadwyżkę – bardzo małą – ma jedynie Dania, której gospodarka bardzo dobrze funkcjonuje. PiS zostawia kraj w sytuacji rosnących dochodów budżetowych. Obserwujemy silny wzrost wpływów z podatków PIT i CIT, a także z VAT. Cieszy też wysoki poziom wpłat do ZUS. Odprowadzane składki
w 90 proc. pokrywają wypłaty świadczeń – rent i emerytur. Za pierwszej PO było to blisko 50 proc., czyli stan był tragiczny. Wtedy trzeba było dopłacać olbrzymie sumy
z budżetu państwa.

 

Koalicja Obywatelska w ostatnich latach krytykowała inwestycje, które przeprowadzał rząd. Mówiono
o megalomanii. To zapowiedź odejścia
od tego typu działań?

 

– Inwestycje zostały wręcz rozkręcone. I one tworzyły impet obrotu gospodarczego, który zadziałał tak, że bezrobocie spadło do poziomu jednego z najniższych
w Europie. Przy tym wystrzeliły inwestycje zagraniczne.
Co roku wynosiły one około 120 mld zł, gdy w czasach
PO – PSL były na poziomie 40 mld zł. Taki duży poziom inwestycji sprawia, że nabywane są różne dobra w naszym przemyśle, a to dodatkowo nakręca wpływy z podatków.

 

Donald Tusk bardzo dużo obiecał. Sfera budżetowa i nauczyciele mają dostać wysokie podwyżki. To będzie kosztowało miliardy złotych. Będą na to pieniądze?

 

– Deficyt ma wynieść 200 mld zł. To by oznaczało prawie
7 proc. do PKB. Byłaby to sytuacja bardzo niebezpieczna. Znacząco wzrośnie nam koszt obsługi długu. I jeżeli rząd Donalda Tuska zablokuje inwestycje w Centralny Port Komunikacyjny – a to przecież nie tylko lotnisko
w Baranowie, ale też sieci dróg i kolei – oraz wycofa się
z programu atomowego, to wtedy będziemy mieli poważny kryzys. Rząd musi myśleć o dochodach budżetowych. Popieram podnoszenie pensji. Ale nie może się to odbywać kosztem inwestycji. CPK wygeneruje nam olbrzymie zyski
z podatków. Wpływy budżetowe byłyby tak duże, że
można by przeprowadzić wiele innych programów. Sami musimy na siebie zarobić. Nie można oglądać się na UE. Od chwili naszego wejścia do UE otrzymywaliśmy średnio rocznie 30 mld zł. Ludzie, którzy mówią, że wiele zawdzięczamy UE, że dzięki niej mamy środki, są
w błędzie. Przez ostatnie 3 lata mieliśmy prawie 400 mld zł z bezpośrednich inwestycji zagranicznych! To, co mamy
z UE, to jest kropla w morzu potrzeb. Wzrost pensji to jest 30 mld zł. Jeżeli Donald Tusk wycofa się z CPK, to popełni gospodarcze samobójstwo, ponieważ odetnie sobie dochody. Już teraz zapowiada się weryfikację – w ciągu dwóch lat – 13. i 14. emerytury, a nawet 800 Plus. Możliwe, iż Tusk myśli tak, że jeśli zabraknie mu kasy, to zabierze programy. Wtedy wszyscy ucierpimy. Odebranie tych pieniędzy ludziom sprawi, że one znikną z gospodarki. To zmniejszy popyt, a wtedy zmniejszą się zyski przedsiębiorstw i wpływy z podatków. Donald Tusk ma problem z łączeniem zjawisk ekonomicznych w jedną całość.

 

Obawia się Pan niszczenia Orlenu czy innych dużych spółek Skarbu Państwa?

 

– Tego się bardzo obawiam. A wiemy, że ważni politycy związani z rządem twierdzą, że nasze dobra narodowe trzeba sprzedać i niech inni zarabiają gigantyczne pieniądze. To będzie miało bezpośredni wpływ na naszą gospodarkę. Jeżeli Orlen zostanie osłabiony, to siłą rzeczy zmniejszy się skala jego możliwości. Ma on dzisiaj silną pozycję w Niemczech, Czechach, Austrii i na wielu światowych rynkach. To są konkretne wpływy do budżetu państwa i wprowadzane na nasz rynek. Po podziale
i sprzedaży Orlen nie będzie mógł inwestować tyle,
ile dotychczas. Nowy właściciel nie będzie tym zainteresowany. Nie będzie także angażował się
w transformację energetyczną w takim stopniu, jak ma
to miejsce obecnie, a my dalej pozostaniemy z wysokimi cenami. Na tym stracą wszyscy obywatele. A także w sytuacjach kryzysowych, takie się zdarzają i mogą przyjść bardzo szybko, bo Rosja dalej się zbroi, zagraniczny właściciel nie będzie zainteresowany wspieraniem Polski. Pamiętamy kryzys COVID-19, energetyczny itd. Kto w tym czasie grał pierwsze skrzypce? Nasi czempioni: Orlen, KGHM czy PGE. Zaangażowali się oni w proces stabilizowania gospodarki, czyli działali w interesie Polski. Po sprzedaży Orlenu, może też KGHM – bo są grupy, które chcą na nim ostro zarobić – czekałoby nas bankructwo gospodarki. Wrócilibyśmy do czasów pierwszych lat rządów Donalda Tuska, tylko w o wiele bardziej przygnębiającej skali – bezrobocie nie wyniosłoby 10 proc., ale 25 proc.

 

To jest realne?

 

– Przecież w Hiszpanii czy we Włoszech mamy wysokie bezrobocie. Z rynku pracy szczególnie wyrzucona jest młodzież. W Polsce żyje się nam dzisiaj lepiej i łatwiej,
bo w ciągu ostatnich ośmiu lat Orlen był bardzo mądrze prowadzony, zwiększając zyski aż dziesięciokrotnie. Czekałby nas poważny kryzys gospodarczy. Ludzie wyjeżdżaliby z kraju. A dzisiaj wiemy, że za granicą wcale nie jest lepiej. I gdy wreszcie upadłby rząd lewicowej
i liberalnej większości, musielibyśmy rozpocząć czas wychodzenia z kryzysu. Lecz to nie potrwałoby rok czy dwa. Myślę, że musielibyśmy poświęcić na to dekadę. Boję się powrotu tego, co już było. Tych mafii VAT. Rozkradania pieniędzy. Obranie kursu na to, co było, będzie nas kosztować bardzo dużo. Nasza gospodarka jest teraz bardzo dobrze ustawiona. Świetnie funkcjonuje. I może czekać nas problem, który znamy z motoryzacji. Gdy samochód jedzie bardzo szybko i uderzy w przeszkodę,
to mało co z niego zostaje. Ale jeżeli jedzie powoli i ma wypadek, to bywa i tak, że wystarczy jedynie wymienić zderzak. Trzeba śledzić, co się dzieje. Trzeba interweniować, gdy pojawią się szkodliwe dla Polski pomysły. Tusk nie rozumie sytuacji, w której się znalazł. Ludzie na niego zagłosowali, bo chcą zachować to, co mają, i dostać jeszcze więcej. Chcą mieć wyższe płace, chcą mieć wyższą kwotę wolną od podatku. A gdy im się tego nie da i jeszcze odbierze to, co już mają, to wówczas nawet dzisiejsi zwolennicy Donalda Tuska będą maszerować ulicami i strajkować.

Niemcy nie chcą Centralnego Portu Komunikacyjnego, ponieważ utraciliby wpływy z połączeń lotniczych cargo. Nie zgadzają się też na uruchomienie portu kontenerowego w Świnoujściu, gdyż to osłabi pozycję ich portów i da nam duże wpływy z tytuły podatków. Chcą za to, aby polska młodzież wyjeżdżała na Zachód i zasilała tamtejszy rynek pracy.

 

Donald Tusk jest między młotem
a kowadłem. To jest rząd tylko na cztery lata?

 

– Niektórzy analitycy twierdzą, że Donald Tusk jest premierem jedynie na rok i zaraz znowu rzuci Polskę,
aby robić karierę na fotelu dotychczas zajmowanym przez Ursulę von der Leyen. Dobrze pan opisał sytuację i doszedł do prawidłowych wniosków: to jest rząd przewidziany
na cztery lata… Spójrzmy też na sytuację polityczną
w Niemczech. Rząd kanclerza Olafa Scholza znajduje się pod gigantyczną presją. W sondażach rośnie Alternatywa dla Niemiec (AfD). I jeżeli zmieni się rząd i będzie w nim rozdawać karty AfD, to polityka Niemiec się zmieni. Wówczas rządzić będą ludzie, którzy nie chcą mieć nic wspólnego z obecnym, unijnym systemem. A Donald Tusk jest częścią tego systemu. On nie rozumie polskiej gospodarki i może wiele stracić w kraju. A przy tym może utracić patronat Berlina przy zmianie rządu. A wtedy już stanie się Donaldem Wygnanym – bez swojego elektoratu, bez swoich mecenasów w Niemczech. AfD bez mrugnięcia okiem usunie go ze struktur europejskich. Zmiana idzie.
W Niderlandach wygrała Partia Wolności, która nie chce realizacji polityki multi-kulti, a przede wszystkim jest przeciwna Unii Europejskiej. Strategia Donalda Tuska służenia Niemcom kosztem interesów państwa polskiego to działanie na krótką metę. Już teraz pewne trudne zjawiska gospodarcze mają miejsce, wkrótce pojawią się następne. Ubolewam, że tak, a nie inaczej wygląda sytuacja polityczna w Polsce. Bo Donald Tusk odejdzie – myślę, że prędzej niż później. Ale my stracimy kolejne lata. Polacy chcieliby żyć lepiej. My nie chcemy stracić tego, co mamy do tej pory – chcemy mieć jeszcze więcej i chcemy więcej uczciwości. To racjonalne podejście, którego nie rozumie Donald Tusk. A historia wielokrotnie pokazywała, także nasza historia, że gdy tylko rząd przestaje służyć społeczeństwu, wówczas zaczyna się zwracać przeciwko władzy.       

 

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk

NaszDziennik.pl