Mija 50 dni funkcjonowania rządu Tuska. Jak można podsumować ten czas?
– Najprościej można by powiedzieć, że są to rządy politycznej wojny domowej, którą wywołuje Donald Tusk. Tak określiłbym to, co się w tej chwili dzieje po 50 dniach rządzenia „koalicji 13 grudnia”. Myślę, że Tusk właśnie taki sobie postawił cel i de facto rozhuśtał większość najważniejszych, niezależnych instytucji, organów państwa polskiego, najczęściej kwestionując ich legalność, skład osobowy itd. To spowodowało wprost niewyobrażalny chaos prawny w państwie. Takie rzeczy do tej pory w Polsce – po 1989 roku – nie miały miejsca. Dlatego – jak wspomniałem na wstępie – mamy do czynienia ze swoistą polityczną wojną domową w Polsce.
Jak odebrał Pan Profesor słowa Donalda Tuska, który podczas briefingu przed posiedzeniem Rady Europejskiej stwierdził, że nie wyklucza przedterminowych wyborów. Czy rzeczywiście coś jest na rzeczy?
– To reakcja na odesłanie przez prezydenta Andrzeja Dudę ustawy budżetowej do Trybunału Konstytucyjnego w trybie następczym i zapowiedź kierowania tam innych ustaw, jeśli posłowie Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik nie zostaną przywróceni do pracy w Sejmie. Sądzę jednak, że z tymi wcześniejszymi wyborami Tusk straszy i jedynie pręży muskuły. Natomiast fakty są takie, że sam doprowadził do chaosu państwa. Organizacja nowych wyborów, to nie jest taka prosta rzecz. Dlatego sądzę, że Tusk próbuje się odgryźć i raz po raz testuje prezydenta Dudę. Czym innym było bowiem wkroczenie policji do Pałacu Prezydenckiego – rzecz absolutnie niesłychana. Tusk udaje niewiniątko, oskarża prezydenta Dudę o destabilizacja państwa, podczas gdy to on zaognia atmosferę, łamie wszelkie możliwe procedury, nie respektuje prawa i przepisów Konstytucji RP.
Komu bardziej na rękę byłyby przedterminowe wybory? A może skrócenie kadencji Sejmu zatrzymałoby postępującą destrukcję państwa polskiego?
– Przedterminowe wybory to zawsze jest ruletka, tym bardziej że wybory parlamentarne mieliśmy kilka miesięcy temu. Oczywiście sondaże pokazują, jakoby Tusk był mocniejszy niż jest w rzeczywistości, ale to nie oznacza, że gdyby przyszło do wyborów zyskałby coś więcej niż ma obecnie. Przypomnijmy sobie przedterminowe wybory w 2007 roku, kiedy wydawało się, że Prawo i Sprawiedliwość ma przewagę, tak wskazywały sondaże, i że może nawet rządzić samodzielnie. Tymczasem ostatecznie wybory wygrała Platforma i przez dwie kadencje wraz z Polskim Stronnictwem Ludowym rządziła w Polsce. To pokazuje, iż przedterminowe wybory są zawsze bardzo ryzykowne dla obozu rządzącego, który skraca kadencję, licząc, że wyborcy zagłosują tak, jak deklarują w sondażach. Biorąc to wszystko pod uwagę, nie przypuszczam, żeby wybory przedterminowe miały się teraz wydarzyć. Natomiast prezydent Duda chciał pokazać, że każda ustawa podjęta przez obecny Sejm – bez posłów Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika będzie – będzie obarczona wadą prawną. Zatem jest to sytuacja skrajnie niekomfortowa dla Tuska, dlatego chce teraz wymienić skład Trybunału Konstytucyjnego, żeby sobie z tym poradzić.
Tusk z Hołownią nie zwalniają tempa i zdaje się, że w Sejmie mają się pojawić projekty uchwał odwołujące sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Będziemy mieć próbę zdestabilizowania TK?
– Tuskowi i rządzącej większości od dawna Trybunał Konstytucyjny jest nie na rękę, stąd próby dyskredytowania instytucji w obecnym kształcie, określanie organu konstytucyjnego „trybunałem Julii Przyłębskiej”, a sędziów „dublerami”. Tymczasem stan prawny jest taki, że tylko ustawą można zmieniać ten stan rzeczy, sędziów Trybunału Konstytucyjnego, a nie uchwałą, która nie ma mocy prawnej i jest jedynie opinią bez żadnych konsekwencji prawnych. To, co wyczynia Donald Tusk, to kompletne bezprawie. Być może chodzi o to, żeby całkowicie zdestabilizować państwo polskie i doprowadzić do kompletnej degrengolady. Niewykluczone, że w tej rozgrywce o to właśnie chodzi.
Przed nami wybory samorządowe, do których Koalicja Obywatelska pójdzie sama, mimo że wcześniej Tusk nie wykluczał wspólnego startu z Lewicą. Tusk czuje się tak pewnie, czy stawia pod ścianą przystawki?
– Myślę, że Donald Tusk osiągnął cel, czuje się pewnie i ostatecznie będzie próbował wykończyć Lewicę. Gdyby wszystkie formacje tworzące obecną koalicję rządzącą szły razem pod jednym sztandarem do wyborów, to mógłby jeszcze brać pod uwagę taki wariant i próbować to sklejać, ale z samą Lewicą uważa, że nie ma sensu, że nie bardzo mu się to opłaca, więc gra ostro. Niby traktuje Lewicę jako koalicjanta, ale widać, że nie bardzo chce ją traktować podmiotowo. Warto spojrzeć, że formacja Tuska już sama w sobie jest koalicją, w której skład wchodzą rozmaite ugrupowania polityczne, jak chociażby skrajnie lewicowa Inicjatywa Polska Barbary Nowackiej, Nowoczesna czy Zieloni. Skoro są tam politycy lewicowi czy wręcz lewaccy, to jaki jest sens łączyć się jeszcze z Lewicą, i totalnie się zradykalizować. W związku z tym być może uznał, że straty mogłyby być większe niż potencjalne zyski, i stąd taka decyzja.
A co z Prawem i Sprawiedliwością? Samodzielny start w kolejnych wyborach – zwłaszcza biorąc pod uwagę zdolności koalicyjne Tuska i spółki, chyba nie zapowiada sukcesu... Może czas najwyższy stworzyć blok prawicowy i rozszerzyć stan posiadania?
– Wybory tuż-tuż i mało jest czasu, żeby coś zmienić. Natomiast później potrzebna jest redefinicja partii, także w znaczeniu personalnym, to znaczy otwarcia się na pewne środowiska patriotyczne, niekoniecznie sensu stricte partyjne, ale mające coś do powiedzenia, za którymi stoi jakiś dorobek. I to jest niezbędne. Po wyborach każda partia, która chce powrócić do władzy, musi się zreformować, zredefiniować. Nie może proponować wciąż tego samego, bo z jakiegoś powodu ludzie nie zagłosowali na Prawo i Sprawiedliwość w zakresie umożliwiającym tej formacji objęcie samodzielnych rządów. Dlatego jeśli teraz nie zmieni oferty, która będzie skierowana do szerszego elektoratu, to trudno myśleć o powrocie do władzy i samodzielnych rządach. To po pierwsze, a po drugie, trzeba się otwierać na koalicje, mieć zdolność koalicyjną, bo inaczej wiemy, jak trudno jest, gdy wygrywa się wybory, a nie ma się koalicjanta, z którym można by utworzyć większość sejmową i rządzić.
Jak długo koalicja Tuska będzie czerpała z bonusu powyborczego, kiedy ludzie się zorientują, że jest to koalicja, która nie wnosi nic po za chęcią politycznej zemsty i destrukcją państwa?
– Myślę, że rok to maksymalny czas, ale widać, że już się zaczynają problemy, np. zapowiadany jest strajk rolników. Ponadto w całej Polsce odbywają się protesty przeciw rządowi, który łamie Konstytucję RP i zasady praworządności. Również w Europie trwają strajki i protesty rolników. Zjechali oni do Brukseli, aby pokazać, że linia polityki Unii Europejskiej otwierająca Wspólnotę na bezcłowy napływ żywności z Ukrainy doprowadzi do zapaści branży rolniczej w całej Europie. I te problemy będą narastać zarówno w Unii, jak i w Polsce. Dlatego po pierwszej euforii i emocjach związanych z odebraniem władzy Zjednoczonej Prawicy – nie sądzę – żeby nawet ci, którzy głosowali za takim rozwiązaniem, wytrzymali z rządem Tuska dłużej niż rok.
Tyle tylko, że rok takiej destabilizacji, jakiej jesteśmy świadkami, może całkowicie wykoleić państwo polskie?
– Państwo polskie już po 50 dniach rządów „koalicji 13 grudnia” jest na granicy wyklejenia. Nie widać też, żeby Tusk chciał się cofnąć, żeby chciał pójść po rozum do głowy. Nie jestem pewien, czy w ogóle mu na tym zależy. Raczej zależy mu na chaosie, destabilizacji. Być może jego zagranicznym protektorom też na tym zależy, żeby w Polsce był chaos. Patrząc historycznie, to naszym wrogom zawsze zależało na chaosie w Polsce. Nie chcieli, aby w Polsce rządził jakiś jeden obóz, który ma za sobą silne państwo, tylko celem naszych wrogów było, żeby posłużyć się naiwnymi, dającymi się łatwo urobić siłom zewnętrznym, i przy ich pomocy zdestabilizować państwo polskie. Historia się powtarza, nasi wrogowie się nie zmienili i ten proces, o którym wspomniałem, dokonuje się także dzisiaj na naszych oczach.
Wczoraj w Brukseli Donald Tusk zatwierdził trzy nowe podatki, które mają trafiać bezpośrednio do unijnego budżetu. Co prawda, proces ten rozpoczął się jeszcze za rządów Zjednoczonej Prawicy, ale Tusk mógł na unijnym szczycie choć się temu przeciwstawić, ale tego nie zrobił...
– Donald Tusk nie będzie się wycofywał z drogi zmierzającej do budowy superpaństwa europejskiego, którego jest zwolennikiem. Można nawet rzec, że jest delegatem środowisk budujących ten nowy format Europy, aby w Polsce zrobić porządek i stworzyć atmosferę, w której ten plan mógłby zostać zaaprobowany i zrealizowany. Dlaczego więc miałby się przeciwstawiać czemuś, co jest częścią planu, który on popiera i realizuje.
Sprawa dotyczy podatku od handlu emisjami, podatku od śladu węglowego oraz podatku od zysku korporacji. Niespełna dwa miesiące rządzenia Tuska i najpierw zgoda na pakiet klimatyczny, a teraz to. Szybko idzie…
– Szybko idzie, bo być może długo w Polsce nie zabawi. Robi więc maksymalnie dużo, w możliwie jak najkrótszym czasie. Musi się też wykazać.
Ale zdaje się, że nie tylko Tusk ma plany europejskie, bo ciepła posadka byłaby wygodna także dla Sikorskiego, Bodnara i Sienkiewicza?
– Być może, ale chyba nic w tym dziwnego, skoro dla Tuska Polska to nienormalność. Zresztą nigdy specjalnie nie krył, że atmosfera brukselska bardziej mu odpowiada. Pozostali ministrowie – mam na myśli zwłaszcza Bodnara i Sienkiewicza – dlatego są tacy „odważni” i bezwzględni w niszczeniu instytucji państwa polskiego, bo być może po czerwcowych wyborach do Parlamentu Europejskiego będą mieć immunitet, który będzie ich chronił i pozwoli im uniknąć odpowiedzialności.
A komu Tusk zostawi Polskę?
– Komuś, kto jest słaby. Ktoś w rodzaju Ewy Kopacz z pewnością się znajdzie.
Dziękuję za rozmowę.

