logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Każdy czas ma swoich targowiczan

Wtorek, 13 lutego 2024 (20:54)

Rozmowa z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą
z KUL i AKSiM

Wczorajsze tournée Donalda Tuska
w Berlinie i Paryżu pokazuje kierunek polityki międzynarodowej „koalicji
13 grudnia”. Mamy reaktywację
Trójkąta Weimarskiego?

– Mamy raczej reaktywację proniemieckiej czy probrukselskiej polityki Donalda Tuska. Warto w tym miejscu przytoczyć niezwykle szkodliwy tweet, jaki popełnił Tusk po wypowiedzi Donalda Trumpa, w którym właściwie odbija się od Stanów Zjednoczonych i próbuje się przykleić do Berlina oraz Paryża, i przypodobać się tym stolicom.
Nie bardzo wiem, w jakich kategoriach to ocenić, czy to jest błąd, głupota, czy może celowe działanie nakierowane na własne interesy, czyli stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej.

W te plany czy pragnienia polityczne Tuska wpisuje się też jego wczorajsza wypowiedź w trakcie konferencji prasowej z kanclerzem Olafem Scholzem, gdzie sprawę reparacji
od Niemiec właściwie utopił, twierdząc,
że sprawa ta formalnie i prawnie została zamknięta wiele lat temu…

– Jest to absolutnie nieprawdą. Skutki II wojny światowej
i krzywdy, jakie Niemcy wyrządzili Polsce i Polakom moralnie i materialnie nie zostały naprawione. Niestety, Tusk – podobnie jak Niemcy – uważa, że sprawa została zamknięta i tu także wpisuje się w politykę i interesy Berlina, bo przecież nie Polski. Polacy domagają się od Niemiec reparacji i Tusk nie może mówić tego za cały polski Naród. W innym wypadku to jest zdrada naszych interesów. Przy takiej narracji interes Polski jest zdradzany, a nasza pozycja jest osłabiana. Ponad 6,2 bln zł to suma reparacji, jakie Niemcy powinny zapłacić Polsce.

Natomiast zachowanie Tuska to ukłon w kierunku Niemiec – jeden z wielu, bo czym innym jest kluczenie, a de facto mrożenie, wstrzymywanie realizacji Centralnego Portu Komunikacyjnego, także zgoda na pakiet migracyjny czy wypowiedzi jego ministrów na temat redukcji emisji CO2
o 90 proc. do 2040 r. Tak na dobrą sprawę, czego się tu
nie dotkniemy, jest to z punktu widzenia interesów Polski niesamowicie groźne, za to z punktu widzenia partykularnych interesów Tuska – bardzo racjonalne.

W Paryżu, podczas spotkania z Tuskiem, Macron wskazywał, że Polskę i Francję czeka nowy rozdział współpracy w zakresie obronności i bezpieczeństwa, także energetycznego. Czy to oznacza, że Tusk będzie pomagał Francuzom wypychać Amerykanów z Europy, a Polska będzie opierać swój potencjał obronny, także jeśli chodzi o energetykę jądrową, na sprzęcie niemieckim i francuskim?

– Sądzę, że Tusk będzie się bał pójść na całość, jeśli chodzi o rezygnację ze współpracy z Amerykanami. Natomiast wypychanie Koreańczyków na rzecz interesów Francji 
na pewno jest realne. Przypomnijmy, że rząd Zjednoczonej Prawicy absolutnie nie miał zaufania do prorosyjskiej polityki niemiecko-francusko-brukselskiej, dlatego amerykańskie zamówienia zbrojeniowe uzupełniał nie niemieckimi czy francuskimi, ale południowokoreańskimi. Teraz słyszymy, że trwają audyty, już jest powątpiewanie, co do słuszności dostaw uzbrojenia z Korei Południowej. Biorąc pod uwagę umizgiwanie się Tuka do Scholza czy do Macrona, pewnie znów w orbicie zainteresowań „koalicji
13 grudnia” znajdą się jakieś caracale. Chyba dobrze pamiętamy niekorzystny kontrakt właśnie na te francuskie śmigłowce zawarty przez poprzedni rząd koalicji PO – PSL
i unieważniony po dojściu do władzy przez PiS. Tak to niestety wygląda, jeśli ktoś stawia polskie interesy na drugim planie, to realizuje swoje cele albo, co gorsza,
obce cele.

Tusk stawia swoje cele nad interesy Polski?

– Myślę, że marzeniem Tuska jest powrót do Europy w roli bohatera. Zresztą tak go tam traktują za to, że na tacy przyniósł Polskę, szczególnie Niemcom, ale też Francuzom. Mają go za bohatera, ale to wszystko za mało, żeby powierzyć mu stery Komisji Europejskiej, co mu się marzy. A że jego ambicje sięgają wysoko, to próbuje się wykazywać na każdym froncie, licząc na to, że przekona europejskie stolice do postawienia właśnie na niego.
Tusk, chcąc być kimś na europejskich salonach, wypłaca się Niemcom i Francuzom polskimi interesami – i to jest najgorsze.

Wiemy, kim chce być Tusk i za jaką cenę chce osiągnąć swoje cele, a czym będzie Polska?      

– A kogo z tego grona to obchodzi. Również patrząc na zwolenników Tuska, tych którzy wierzą w superpaństwo europejskie, Polska nie jest czymś istotnym. Proszę sięgnąć do historii i przypomnieć sobie analogiczne postaci, np. Wandę Wasilewską – córkę Leona Wasilewskiego, lewicowego działacza, ale jednak patrioty polskiego, która służyła Moskwie i żywot swój skończyła w ZSRS. Dla niej Polska jako osobny byt, chociaż PRL-owski, nie wchodziła
w grę. Jak widać, to są ludzie, którym w wielu wypadkach dobrze się powodzi, którzy weszli w pewien establishment, podobnie jak elity arystokratyczne XVIII wieku. Mianowicie spora ich część po rozbiorach w obawie o utratę majątków, składała przysięgę na wierność poszczególnym zaborcom. Co więcej, niektórzy, myśląc o nowej konfiguracji politycznej, mając nadzieję, że będą w tym głównym obiegu, nawet dążyli do rozbiorów. Jak widać, każdy czas ma swoich targowiczan. Jeśli się wierzy w rozmaite konstrukcje geopolityczne, typu superpaństwo europejskie, to taka postawa nie stanowi żadnego problemu. Tacy ludzie, którzy uważają, że będzie im lepiej, jeśli będą częścią czegoś większego, są także dzisiaj.

Liczenie na wdzięczność Berlina czy Paryża nie jest zbytnią naiwnością?         

– Gdyby nie Tusk, to dużo wysiłku kosztowałoby Brukselę, żeby spacyfikować Polskę. Proszę zwrócić uwagę, jak męczą się z premierem Orbánem. Tusk im zlikwidował
ten problem, jeśli chodzi o Polskę. Dlatego są zadowoleni, klepią go po plecach, bo Polska, która ze względu na swoją pozycją i położenie jest ważnym ogniwem, bez którego nie da się zbudować superpaństwa, dzisiaj pod rządami Tuska nie jest już dla nich kłopotem. Czy dadzą mu za to stanowisko przewodniczącego KE, nie jestem o tym przekonany. Nie zmienia to faktu, że takie jest jego marzenie i zrobi wszystko, żeby dopiąć swego. Wszystko jest w grze, bo w polityce nigdy nie jest tak, że ustalenia raz podjęte są nie do ruszenia. Tam patrzy się wariantowo. Ale jak już wspomniałem, sam Tusk z pewnością nie pogardziłby pozycją szefa KE, co do tego nie mam wątpliwości. Szkoda, że mając na względzie własny interes, wpisuje się bardziej w politykę niemiecką
niż polską.

Dotychczas aktywność Polski dotyczyła np. Grupy Wyszehradzkiej, czy wraz z erą Tuska ta koncepcja się zmieni, czy w ogóle format Grupy Wyszehradzkiej nie stracił nieco na swoim znaczeniu m.in. poprzez postawę premiera Orbána?

– Tu chodzi nie tylko o Grupę Wyszehradzką, ale szerzej
o projekt Trójmorza. Proszę sobie przypomnieć, że Tusk
w czasie kampanii wyborczej na Węgrzech – nie wiadomo po co – angażował się po stronie opozycji. Dzisiaj też angażuje się w wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Publikuje jakieś tweety przeciwko Trumpowi, a co będzie, jeśli Trump zwycięży
w listopadowych wyborach i zostanie prezydentem,
w jakiej pozycji stawia to nasze relacje z Waszyngtonem? Tusk, który zachowuje się w taki sposób, bez choćby cienia dyplomacji, zdaje się bardzo poważnie myśli nie o Polsce, na której mu nie zależy, tylko o ciepłej posadce w Brukseli. Patrząc szerzej – Tusk, który w 2021 roku jeździł do Budapesztu na wiece antyorbanowskiej opozycji, żeby ją wspierać, komu się wysługiwał: Polsce czy nie Niemcom, którzy m.in. jego rękami chcieli zmienić władzę na Węgrzech? To pokazuje, że jest on politykiem, który chce rozwiązywać sprawy w oparciu o Niemcy, chce być
z Niemcami. Dlatego projekty polityczne, jak Grupa Wyszehradzka czy Trójmorze, będą – podobnie jak budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego – odwlekane, przeciągane, a więc będzie dużo gadania, ale mało robienia. Dzisiaj nawet się nic nie mówi o Trójmorzu.

Czy Trump nie ma racji i czy Europa nie powinna się zreflektować, bo darmowy parasol ochronny Stanów Zjednoczonych
nie będzie trwał wiecznie?

– Trump budzi Europę, aby zaczęła brać większą odpowiedzialność, także materialną, za własne bezpieczeństwo, a nie liczyła tylko na Stany Zjednoczone. Ta jego wypowiedź dotyczyła przede wszystkim Niemiec, które nie spełniają nawet wymogu NATO, czyli przekazywania 2 proc. PKB na obronność. Tymczasem Niemcy jako eksporter korzystają z największych benefitów, jeśli chodzi o ochronę szlaków handlowych, bez czego eksport byłby niemożliwy. Mimo to nie chcą się zaangażować finansowo w sferę także własnej obronności
i bezpieczeństwa. To jest przykład typowej niemieckiej hipokryzji. Natomiast Tusk, atakując republikanów czy Trumpa, w istocie broni Niemiec. Jeśli chodzi o głosowanie w amerykańskim Senacie w sprawie pomocy dla Ukrainy, to kwestia dotyczyła przede wszystkim migrantów
z Meksyku, których na teren USA wpuszcza prezydent
Joe Biden. Warto pamiętać, że w świecie nie grają tylko interesy narodowe, bo gdyby grały, to Tusk zachowywałby się inaczej. Natomiast grają interesy globalistycznej kliki bardzo mocno podszytej ideologią rewolucyjną, która zamyka się w swoim własnym gronie, która tępi wszelkie ruchy odśrodkowe, narodowe i w tym wszystkim wspiera się nawzajem. Dlatego ambasador Mark Brzezinski – wbrew interesom amerykańskim – podczas niedawnej kampanii parlamentarnej w Polce wspierał opozycję.
To nie jest działanie w interesie Stanów Zjednoczonych,
ale w interesie kliki lewackiej, kliki rewolucyjnej, która chce tworzyć światowy ład. W tym znaczeniu – wbrew republikanom – popieranie Bidena jest de facto popieraniem pewnego układu, który ma szerszy wymiar
niż tylko amerykański, który rozlewa się również na Europę. Tusk, zachowując się tak a nie inaczej manifestuje, że jest częścią tego układu, że chce być służebny i chce, żeby go przygarnąć.

Co mógłby oznaczać powrót Trumpa do Białego Domu, czy byłoby to osłabienie Sojuszu Północnoatlantyckiego
i amerykańskiego udziału w tej strukturze?

– Z Trumpa próbuje się zrobić czarnego luda, próbuje się go wręcz ośmieszać. Ale idąc tym tropem, gdybyśmy słuchali tylko prasy zachodniej jeszcze kilka miesięcy
temu i oceniali politykę polską przez ten pryzmat, 
to stwierdzilibyśmy, że w Polsce mamy do czynienia
z rządem jednoznacznie proputinowskim. O to przecież Tusk i liberalne media oskarżały władzę Zjednoczonej Prawicy. Próbowano wmówić światu, że mamy do czynienia z państwem faszystowskim, że czołgi stoją na każdym polskim skrzyżowaniu. I wielu ludzi, bazując na tym fałszywym przekazie medialnym, tak myślało o Polsce 
i dopiero jak przyjeżdżali do Polski, to widzieli, że ta zła aura, to są kłamstwa. Zatem to jest pewna wizja medialna, którą się kreuje i każdemu, kto jest spoza układu, tak jak Trump, taką gębę się przykleja. Oczywiście Trump nie jest politykiem do końca przewidywalnym – i to jest sprawa wiadoma, ale to przecież nie Trump sprowokował Putina
do agresji na Ukrainę, tylko Biden. To Biden na początku swojej prezydentury, pokazując słabość w Afganistanie oraz godząc się na dokończenie Nord Stream 2, sprowokował Putina do rozpoczęcia wojny z Ukrainą.
Ten sam Biden, który dzisiaj tak mocno stoi po stronie Ukrainy, a przecież na początku było zupełnie inaczej.
Za Trumpa nikt się nie odważył poprowadzić wojny
na taką skalę, bo się go po prostu bano. Dlatego trzeba
to wszystko czytać w szerszym kontekście – zarówno geograficznym, jak i historycznym.

             Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl