Przed nami Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. W jakiej atmosferze będziemy obchodzić w tym roku to patriotyczne święto?
– Myślę, że wróci atmosfera z roku 2011, kiedy to Sejm RP ustanowił to święto, i wówczas do trzech „matuzalemów”: do Andrzeja Melaka, do Jana Żaryna i do mnie, zgłosiło się około 30 podmiotów młodzieżowych, z prośbą wsparcia, pomocy przy zorganizowaniu i przeprowadzeniu uroczystości poświęconych polskim bohaterom. Wtedy też zaczęliśmy wyznaczać na mapie różne punkty upamiętniające Żołnierzy Niezłomnych, bo tych: kazamatów, więzień, miejsc egzekucji, dołów śmierci było wiele – zarówno tych, o których wiedzieliśmy, jak i tych, które wówczas były przed nami zakryte. Z każdym rokiem – jak wiemy – tych miejsc na mapie przybywało w Warszawie i wokół stolicy, co więcej, tworzyły się podobne zespoły w innych miejscowościach Polski. Stąd, kiedy nastał rok 2015, to w sumie na terenie kraju było już ponad 120 młodzieżowych, zorganizowanych podmiotów wspierających właśnie to święto, Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”.
W 2018 roku organizacja tego święta została ostatecznie przejęta przez państwo polskie. Dobrze czy źle?
– Osobiście przejęcie organizowania Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” przez państwo, uważam za duży błąd. Jednak wtedy wydawało się to po trosze naturalne. Dzisiaj, kiedy obecne władze państwowe – delikatnie rzecz ujmując – odwróciły się plecami do Żołnierzy Niezłomnych, na co zwróciła uwagę sama młodzież, to właśnie nasza młodzież powróci do funkcji organizatora tych uroczystości. Jednocześnie mamy też drugi – bardzo podobny element do tego, który ma miejsc za rządów Tuska – mianowicie już w 2011 roku mieliśmy zmianę podstawy programowej – nomen omen przez ówczesny rząd Platformy i usługowej partii PSL. Wtedy historię Polski też mocno poszatkowano, choć trzeba przyznać, że nie tak skandalicznie jak zrobiono to teraz. Wtedy właśnie w Żołnierzach Niezłomnych nasza, polska młodzież znalazła swoich idoli. Uznała ich za tych, za którymi warto podążać i to zasługą młodzieży – a także kibiców sportowych, których też trzeba wymienić, bo oni również na stadionach przypominali o Żołnierzach Niezłomnych – było to, że pamięć ich ofiary była wciąż żywa. Ci młodzi ludzie sami chcieli się uczyć życiorysów tych swoich idoli, czym nadrabiali to wszystko, co im odebrano w szkole. Dzisiaj mamy podobną sytuację. Mamy ponadto nawet opluty, zdegradowany podręcznik prof. Wojciecha Roszkowskiego, który – jak się okazuje – jest znakomity także na tajne komplety.
Dzisiaj młodzież też będzie się organizować?
– Takie struktury już zaczynają się tworzyć. Młodzież się budzi – wzorem ruchu 1905 roku, kiedy nastąpiło przebudzenie, miały miejsce strajki szkolne przeciwko carskiemu systemowi szkolnictwa, także wzorem okupacji niemiecko-sowieckiej czy później z okresu powojennego, kiedy dominowali komuniści. Dzisiaj historia powinna być elementem edukacji własnej i przyznam, że bardzo na to liczę. Zresztą mam już wiele świadectw, że tak się zapewne stanie, i to w szerokiej skali, zorganizowanej. To jest nadzieja, że nasza młodzież nie tylko nie będzie miała braków i luk w wiedzy historycznej i nie będzie pozbawiona swojej świadomości historycznej o dziedzictwie Polski, ale będzie też dowartościowana przez własne zainteresowania dziedzictwem historycznym.
Dlaczego rządowi Tuska, „koalicji 13 grudnia” tak bardzo przeszkadzają Żołnierze Wyklęci i pamięć o ich bohaterstwie i niezłomności? Przecież to jest piękna karta naszej, polskiej historii…
– Tej władzy przeszkadza wszystko, co jest dominacją polską nad niemieckim sąsiadem. Przecież im przeszkadza zarówno nasze zwycięstwo pod Grunwaldem, także wcześniejsze chwalebne momenty naszej historii i zwycięstwa choćby Głogów, Psie Pole itd. Ta próba wymazania ważnych kart z naszej historii to nic innego jak świadectwo usłużności ekipy Donalda Tuska wobec Berlina, a jednocześnie pewien serwilizm i liczenie, że coś jednak do tej czapki, którą rządzący trzymają w ręku, skapnie od niemieckiego mocodawcy. Tak naprawdę jest to bardzo żałosne, żeby nie powiedzieć: antypolskie. To jest myślenie – jak oni twierdzą – kategoriami europejskimi, natomiast dla mnie jest to widoczne podporządkowanie, zniewolenie przez opcję niemiecką. Cóż, to jest czysta ojkofobia, czyli nienawiść do własnego kraju, do własnego narodu, szkodzenie mu za wszelką cenę. Obserwujemy to nie tylko na polu pedagogicznym, ale na każdym innym. Wszystko, co wywodzi się z innego układu politycznego, jest do likwidacji. Dla mnie ten obecny układ można przyrównać do okupanta, który realizuje obce cele. W naszej historii był taki okres – do Powstania Styczniowego, kiedy mówiliśmy, że można było trzymać Polaków w zniewoleniu rękoma samych Polaków. Myślę, że dzisiaj coś podobnego się dzieje. Dlatego bardzo liczę, że centralne uroczystości 1-marcowe, na warszawskiej „Łączce”, w więzieniu przy Rakowieckiej oraz przy Grobie Nieznanego Żołnierza o godz. 17.30, skąd później przejdziemy do katedry Rzeczypospolitej i tam jak w roku 2011 nie „mohery”, ale nasza młodzież zaśpiewa hymn „Boże, coś Polskę” – jak to bywało dawniej – ze słowami „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”.
Z jednej strony jest władza, która – wzorem zdrajców – jest gotowa służyć nie Polsce, ale obcym mocodawcom, ale naprzeciwko jest wspomniana przez Pana Profesora młodzież, o której często się mówi, że jest zła, że nie dorasta do dawnej młodzieży. Ale to właśnie ta młodzież tęskni za bohaterami naszej polskiej wolności, nosi ich na koszulkach, mówi o nich. „Żołnierze Wyklęci” stają się dla niej wzorem. Jak wyjaśnić ten fenomen?
– Zawsze jest tak, że jak ktoś chce widzieć inność, chce się przyczepić do młodego pokolenia, to oceni, zobaczy wady, często je wyolbrzymiając, nie potrafi zrozumieć, wejść głębiej. Nie mógłbym być bakałarzem, nie starając się zrozumieć tej młodzieży. Trzeba być optymistą, mając na względzie, że w naszej młodzieży tkwią olbrzymie pokłady dobra, wrażliwości, poszukiwania ideałów, poszukiwania ludzi, którzy mogą być dla nich wzorcami. Oni już raz ukochali rotmistrza Pileckiego, „Inkę” czy „Łupaszkę”, i tych swoich bohaterów nie opuszczą. To wcale nie jest pokolenie – jak niektórzy chcieliby powiedzieć – stracone, ale to jest pokolenie, które jest pełne nadziei. I to pragnienie wiedzy, pragnienie życia i dorastania w wartościach oraz dumę z własnego kraju, trzeba w nich tylko podsycać. Z tego bowiem rodzi się nowy, twórczy obywatel. Ci młodzi ludzie mają wszelkie kwalifikacje do tego, żeby takimi właśnie obywatelami się stawać i nimi być.
W tej atmosferze pamięci o Żołnierzach Niezłomnych rosną nam młode polskie elity, które za jakiś czas będą aktywnie uczestniczyć w życiu państwa, społeczeństwa, Kościoła?
– Trudne czasy zawsze rodzą ludzi, młodzież, która będzie w stanie sprostać temu i godnie odpowie na wyzwanie. Twierdzę i wierzę, że dzisiejsza młodzież – mimo różnych braków – jest tym pokoleniem, które może być wspaniałe i pięknie się zapisać w naszych dziejach.
Chciałbym poruszyć jeszcze wątek bohaterów naszej, polskiej wolności, których szczątki mimo działania Zespołu IPN pod kierunkiem prof. Szwagrzyka, w wielu wypadkach wciąż są ukryte. Długo czekają ich rodziny i Polacy, żeby oddać im należny hołd i zwyczajnie ich pochować?
– Mamy w kraju i za granicą doły śmierci, które chcielibyśmy odkryć i wyprowadzić na światło dzienne tę podziemną armię bohaterów. To jest nasz obowiązek. Dlatego nie ustaniemy, póki będzie istniał IPN, a wierzę, że „koalicji 13 grudnia” nie uda się go zniszczyć, więc prace poszukiwawcze będą trwały. Dzisiaj mamy już zidentyfikowane miejsca kaźni, miejsca egzekucji i teraz trzeba by właściwie rozkopać Polskę, żeby z tych dołów śmierci wydobyć naszych bohaterów. Wiemy, że trzeba to robić w sposób zorganizowany. Dlatego to, co robi prof. Krzysztof Szwagrzyk wraz z zespołem do spraw poszukiwania miejsc pochówku ofiar reżimu komunistycznego, to jedyne racjonalne, w świetle prawa rozwiązanie. Myślę jednak, że tych zespołów pewnie mogłoby być więcej, a profesor mógłby nadzorować prowadzone poszukiwania i ekshumacje. Tym niemniej liczę, że ten proces wydobywania z dołów śmierci armii podziemnej nie zostanie zahamowany.
Wielu miejsc grzebania ofiar reżimu komunistycznego nie znamy, m.in. rotmistrza Pileckiego. Tymczasem wciąż żyją ludzie, którzy na rozkaz ówczesnej władzy ukrywały szczątki tych naszych bohaterów. Dlaczego dzisiaj, po latach, nie odsłonią rąbka tajemnicy, gdzie powinniśmy ich szukać. Czy rzeczywiście są to ludzie zdegenerowani do cna, że nawet stojąc nad grobem, nie odzywa się w nich sumienie?
– Rzeczywiście, trudno to zrozumieć, a jeszcze trudniej wytłumaczyć. Przy zbrodni katyńskiej mieliśmy kilku oprawców, którzy na koniec życia, często niewidomi, jednak relacjonowali na zimo, jak to wyglądało, jak przebiegały egzekucje i cały proces eksterminacji. Natomiast jeśli chodzi o zbrodnie komunistyczne, to nie przypominam sobie, żeby coś takiego miało miejsce, żeby ktokolwiek z uczestników tych zbrodni, świadków wykazał się skruchą i wskazał miejsce grzebania ofiar. Zastępca komendanta więzienia na Rakowieckiej bajdurzył, opowiadał bzdury, nie chciał nic pamiętać. Podobnie rzecz miała się, jeśli chodzi o inne miejsca, gdzie byli mordowani polscy bohaterowie. Myślę, że wynika to – po pierwsze – z obcości wobec tego, co jest polskością, a po drugie – zsowietyzowanie tych ludzi jest tak głębokie i trwałe, że o sumieniu nie ma mowy. Ponadto dzisiaj, kiedy nadarza się okazja, mają czelność wracać do życia publicznego i zajmować eksponowane stanowiska. To jest ten sam schemat nienawiści do tego, co jest polskie.
A zatem ten brak sumienia, poczucia winy tych ludzi może sprawić, że dużej części ofiar komunistycznego terroru nigdy nie odnajdziemy. Szkoda, bo mogliby w jakiś sposób, na koniec życia, przynajmniej pokazać ludzką twarz?
– Niestety, możliwe, że wielu miejsc pochówków naszych narodowych bohaterów nigdy nie poznamy. Jednak nie zwalnia to z nas obowiązku poszukiwania, do końca. Chcemy, żeby każdy został wydobyty z dołów śmierci, żeby mógł zostać pochowany, jak nasz obyczaj i wiara święta nakazują. Jednakże zdajemy sobie sprawę, że na skutek tego przemilczenia, na wiele miejsc grzebania ofiar zbrodni komunistycznych nie natrafimy. Pamiętam z czasów swojej pracy w Urzędzie do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, że były wnioski o kombatanctwo, które zawierały opis: tych dwóch bandytów w czasie obławy to osobiście rozwaliłem pod drzewem i następnie zakopaliśmy ich w lesie. To była oczywiście kwalifikacja na zbrodnię komunistyczną. Jednak po to zmieniono ZBOWiD, który w związku z tym, że mieliśmy być państwem prawa, nakazał każdemu zainteresowanemu pokazywać jego akta. A oni przychodzili już z nowym życiorysem, gdzie na wstępie było stwierdzenie, że wcześniejszy mój życiorys pisałem pod presją i dopiero dzisiaj składam jedynie wiarygodny i prawdziwy. Tyle, że tam już nie było nic o bandytach, których osobiście rozwalił i zakopał. Myślę, że na 20 może 30 tys. wniosków o zbrodnię komunistyczną żaden nie został podjęty przez prokuratura, bo wszystkie miały podobne wyjaśnienia. Taka jest nasza rzeczywistość, taka jest praworządna Polska, ale to jest efekt nierozliczonej przeszłości przez tych, którzy byli okupantami komunistycznymi lub tylko pełnili obowiązki Polaków. Jednak warto raz jeszcze podkreślić, że młode pokolenie, które dorasta, które wchodzi w dojrzałe życie, naprawdę jest obiecujące, wspaniałe i to pokolenie będzie godnymi dziedzicami bohaterów naszej polskiej wolności.

