logo
logo

Św. Andrzej Bobola - Orędownik Polski w niebie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Życie i męczeństwo św. Andrzeja Boboli

Niedziela, 21 stycznia 2024 (10:00)

Aktualizacja: Piątek, 8 marca 2024 (10:01)

W dziejach Kościoła nie było tak okrutnej śmierci zadanej
z nienawiści do wiary.

Na fundamencie krwi męczeńskiej naszych świętych rodaków: Wojciecha Sławnikowica, Stanisława Szczepanowskiego i Andrzeja Boboli, wznosi się – jak powiedział Jan Paweł II Wielki – ten wielki gmach, któremu na imię Polska. „Nasz Dziennik” rozpoczyna cykl artykułów o św. Andrzeju Boboli, wielkim patronie i orędowniku Ojczyzny przed Bogiem, który wielokrotnie objawiał się
w Polsce, oferując gotowość do pomocy swojemu Narodowi. Jeśli sam święty melduje się nam do usług
i wręcz wprasza się z ofertą pomocy – nie czekając
na nasze zaproszenie – wyraźny to znak, że moment,
w którym żyjemy, jest dziejowy.

W cyklu artykułów, który dziś zaczynamy, zechciejmy
się bliżej zapoznać z naszym świętym patronem, który
z Matką Bożą Zwycięską obronił nas 15 sierpnia 1920 roku przed bolszewicką nawałą pod Ossowem i Radzyminem.
W kolejne poniedziałki ukochany przez Polaków katolików „Nasz Dziennik” chce nam przybliżyć obrońcę Ojczyzny, którego święte relikwie cudownie zachowane od 367 lat
nie uległy rozkładowi i z Warszawy bronią Polski. Święty Andrzeju Bobolo – przyzywamy Cię, broń nas na kolejnym zakręcie naszych dziejów. Zachęćmy też innych do śledzenia kolejnych poniedziałkowych tekstów,
aby patron Ojczyzny był bardziej znany i kochany.

W dawnej Polsce dość powszechny był zwyczaj, że dziecku nadawano imię patrona dnia, w którym się urodziło. Mówiono nawet, że nowo narodzony przyniósł ze sobą takie imię. Nasz Święty Andrzej Bobola urodził się właśnie 30 listopada 1591 roku, czyli w dniu św. Andrzeja Apostoła, brata św. Piotra. Stąd i takie nadano mu imię.

Przyszedł na świat w Strachocinie, około 15 km od Sanoka. Bobolowie pieczętowali się herbem Leliwa i chętnie też identyfikowali się jako Małopolanie. Nasz święty, składając prośbę o przyjęcie do jezuickiego nowicjatu, z dumą pisał: „Ja, Andrzej Bobola, Małopolanin, zostałem przypuszczony do odbycia pierwszej próby, dnia ostatniego lipca 1611 roku, zdecydowany za pomocą Boga wypełnić wszystko,
co mi przedłożono”. Do dziś jeden z pagórków
w Strachocinie zwie się Bobolówką, co wskazuje,
że stał tam dom rodzinny naszego bohatera wiary.

Ród Bobolów wiernie służył Ojczyźnie. Stryj świętego,
też Andrzej, był podkomorzym krakowskim. Wiemy na przykład, że przekazał dużą sumę pieniędzy na szpital dla ubogich im. Piotra Skargi (zm. 1612) w Grójcu. Bobolowie mieli nawet swoją rodową fundację, która uposażała
i wspierała różne dzieła dobroczynne, jak np. konwikt dla ubogiej młodzieży kształcącej się w kolegium jezuickim
w Sandomierzu. Małopolski ród cechowało przywiązanie do wiary katolickiej, nikt z Bobolów w niespokojnych latach tzw. reformacji, gdy wielu przedstawicieli szlachty
i możnowładców przechodziło na protestantyzm, nie uległ pokusie odszczepieństwa.

Wiemy też, że mały Jędrek uczył się w szkole
w Sandomierzu, a później – w latach 1606-1611
– w prestiżowym kolegium jezuickim w Braniewie,
gdzie wstąpił do Sodalicji Mariańskiej. Zwrócił uwagę przełożonych swoją gorącą pobożnością i pilnością w nauce. 31 lipca 1611 roku młody Bobola – mając lat 20
– przekroczył progi nowicjatu jezuitów w Wilnie. Tam
10 sierpnia 1611 roku przywdział habit zakonny. Śluby zakonne złożył dwa lata później, tj. 13 lipca 1613 roku. Po czym przez trzy lata – do 1616 roku – studiował filozofię w słynnej Akademii Wileńskiej. Pomyślnie zdawał egzaminy. W latach 1616-1618 odbywał praktyki pedagogiczne w szkołach jezuickich w Braniewie i Pułtusku. Przez kolejne cztery lata studiował teologię w Akademii Wileńskiej i po 10 latach nauki uwieńczył je w wieku 31 lat święceniami kapłańskimi 12 marca 1622 roku, dokładnie w dniu kanonizacji świętego założyciela jezuitów Ignacego Loyoli oraz świętych: Franciszka Ksawerego, Teresy z Ávili i Filipa Nereusza.

Posługa kapłańska

Młody ks. Bobola na pierwszą placówkę został przez zwierzchność zakonną wysłany do kolegium jezuickiego w Nieświeżu celem odbycia tzw. trzeciej probacji. Tu prowadził bardzo żywą ewangelizację mieszkańców z zaniedbanych duchowo terenów. Spowiadał, nawracał, utwierdzał w wierze, głosił wspaniałe kazania. Po zakończeniu probacji został mianowany rektorem kościoła jezuickiego przy miejscowym kolegium. Po czym kolejne sześć lat (1624-1630) przeżył w Wilnie, gdzie w słynnym kościele św. Kazimierza był kolejno wziętym kaznodzieją, rektorem kościoła i doradcą władz zakonnych, a zawsze i przede wszystkim cenionym spowiednikiem.

Gdy w mieście wybuchła zaraza, ze swoimi współbraćmi pozostał na miejscu, żeby pomagać chorym, udzielać sakramentów konającym.

Tam też 2 czerwca 1630 roku, mając już lat 39, Andrzej Bobola złożył uroczystą profesję czterech ślubów zakonnych, oddając się dozgonnie i bez reszty Bogu, Kościołowi i Towarzystwu Jezusowemu, którego na wieki stał się niezwykłą chlubą. Przez kolejne trzy lata był przełożonym zakonnym nowej wspólnoty jezuitów w Bobrujsku nad Berezyną. Powierzono mu zadanie zbudowania kościoła i domu zakonnego. Przez następne trzy lata kierował Sodalicją Mariańską w Płocku, po czym przez rok – jako kaznodzieja – posługiwał w Warszawie.

W tych latach jezuici bardzo prężnie działali na ogromnych terenach Rzeczypospolitej Obojga Narodów, przenosząc się z miejsca na miejsce. Dlatego Andrzeja Bobolę spotykamy co rusz w innym mieście. W latach 1637-1638 pełnił obowiązki kaznodziei oraz prefekta jezuickiego kolegium w Płocku. Na kolejne cztery lata (1638-1642) wyjechał do Łomży, gdzie był doradcą rektora, a jednocześnie kaznodzieją i dyrektorem miejscowej słynnej szkoły humanistycznej.

Działalność świętego w Pińsku

W stolicy Polesia ks. Bobola przez cztery lata (1642-1646) pełnił obowiązki kaznodziei, kierownika nauk i moderatora Sodalicji Mariańskiej. Z jezuickiego domu często wyjeżdżał, by prowadzić ofiarnie działalność misyjną wśród najbiedniejszych naszych rodaków. Na kolejne osiem lat (1646-1654) wrócił do Wilna, gdzie był wziętym kaznodzieją w kościele św. Kazimierza, prowadził wykłady dla kleryków oraz pełnił obowiązki doradcy zwierzchności zakonnej. Bardziej niż prestiżowe urzędy zakonne i uznanie u przełożonych oraz inteligencji miejskiej Wilna pociągała go posługa misyjna, kapłańska i charytatywna wśród najbiedniejszych. Dlatego z Wilna 61-letni już wtedy ks. Andrzej Bobola powrócił w 1652 roku do Pińska.

W tutejszym kościele św. Stanisława był wziętym kaznodzieją. Na jego pasyjne kazania przychodziły tłumy wiernych. Cały czas prowadził ewangelizację wśród najbiedniejszych na Pińszczyźnie. Głosił Boże prawdy z niezwykłym zapałem, poświęceniem i mocą Ducha Świętego. Pocieszał biedny lud w jego utrapieniach. Prowadził nieustanne misje, przemierzając wsie poleskie. Ukochał ludzi żyjących w ciągłym niedostatku, a także często i w skrajnej biedzie. Otrzymał wtedy od prawosławnych przydomek „duszochwat” (łowca dusz). Jego działalność charytatywna i apostolska sprawiła, że tysiące zaniedbanych duchowo biedaków garnęło się do Kościoła. Na katolicyzm przeszły m.in. dwie prawosławne wsie – Bałandycze i Udrożyn, liczące około 80 domów. To było solą w oku dla Cerkwi i Kozaków konfrontacyjnie nastawionych przez Moskwę do Polaków.

Święty Andrzej Bobola pozostawił – zwłaszcza nam, księżom i biskupom – niezwykły przykład żarliwości kapłańskiej. Z apostolskim poświęceniem i radością ducha przemierzał pieszo pińskie puszcze, by docierać do najbiedniejszych ludzi tamtych czasów żyjących głównie z runa leśnego. Nie szczędził trudów i pokonywał zmęczenie, sypiał czasem w komórkach na drzewo. Uczył, że jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko jest na właściwym miejscu. Swoją pokorą i prostotą życia zjednywał nie tylko oddalonych od Kościoła katolików, ale też licznych odstępców od wiary katolickiej, szczególnie prawosławnych.

Mord wielkiego apostoła Kresów

W maju 1657 roku do Janowa Poleskiego i okolic oraz w ogóle na Pińszczyznę zaczęły najeżdżać kolejne watahy Kozaków, którzy napadali na plebanie i kościoły katolickie, urządzając rzezie katolików, którzy nie zdążyli zbiec i schronić się w okolicznych lasach. 15 maja w Horodcu zamordowany został jezuita ks. Szymon Maffon. Oprawcy przybili mu ręce do drewnianej ławy i ściskali głowę powrozami, aż oczy wychodziły mu na wierzch. Polewali swoją ofiarę wrzącą wodą, aż w końcu syci zemsty zarąbali go szablami jak zwierzę.

Ksiądz Andrzej Bobola schronił się we dworze Przychockich w Peredyle, ale doradzono mu jednak ucieczkę w leśne ostępy.

Mogilno – pierwszy etap męczeństwa

Chłopskim wozem udał się więc do leśnej wsi Mogilno. W drodze zatrzymał go kozacki oddział. Oprawcy bili kapłana po głowie i plecach. Wybili mu kilka górnych przednich zębów. Nagle oprawcy przypomnieli sobie, że słynnego już wtedy Bobolę mają obowiązek odstawić przed starszyznę kozacką w Janowie. Obwiązano go więc sznurami przytroczonymi do końskich kulbak i pognano między dwoma końmi w stronę miasteczka.

W ciągu czterokilometrowego marszu kapłan całkowicie opadł z sił. Kozacy popędzali go nahajkami i lancami, po których pozostały – jak później zapisano po szczegółowych oględzinach martwego ciała – „dwie głębokie rany w lewym ramieniu od strony łopatki, prócz tego jedno cięcie, prawdopodobnie od szabli, na lewym ramieniu”.

Przed kozackim samosądem w Janowie

Gdy Andrzej Bobola stanął przed kozacką starszyzną, cały był pokryty krwią. Nie wzbudziło to jednak w zbrodniarzach żadnej litości. Sam zaś ataman szyderczo zwrócił się do kapłana: „Toś ty jest księdzem łacińskim?”. Bobola dobrze wiedział, co go czeka. Nie zawahał się ani chwili i z godnością odpowiedział: „Jestem katolickim kapłanem. W tej wierze się urodziłem i w niej też chcę umrzeć”.

A oto opis męczeństwa świętego sporządzony na podstawie zeznań naocznego świadka: „Groźby i namowy, by wyrzekł się wiary katolickiej, nie odniosły skutku, wobec tego obnażyli go, całkowicie przywiązali do płotu i obijali nahajką. Nie zasłaniając się przed uderzeniami szabli, stracił połowę trzech palców prawej ręki. Drugie cięcie pocięło mu lewą nogę. Maltretowany bezlitośnie męczennik wołał: ’Wierzę i wyznaję, że jest tylko jeden Bóg i jeden prawdziwy Kościół, i jedna prawdziwa wiara katolicka, objawiona przez Boga i podana przez apostołów i męczenników, cierpię i dobrowolnie umieram za wiarę’”.

Etap trzeci – janowska rzeźnia

Rozjuszeni zbrodniarze zaciągnęli w końcu swą niewinną ofiarę do rzeźni miejskiej Grzegorza Hołowiejczyka, gdzie rzucili go na stół rzeźniczy, na którym oprawiano zabite świnie. Upletli wieniec z młodych gałęzi dębowych i wcisnęli mu go na głowę. Śmiejąc się i dowcipkując, wyłupili męczennikowi jedno oko i obcięli wskazujący palec lewej ręki. Torturowali kapłana, który modlił się: „Panie, nawróć moich zaślepionych prześladowców” oraz „Panie, zmiłuj się nad nimi”.

Jak zapisał współbrat i biograf świętego męczennika ks. prof. Mirosław Paciuszkiewicz (zm. 2010): „Wzywali go do odstępstwa od wiary katolickiej. Przypiekali jego ciało ogniem, wbijali drzazgi za paznokcie, zdzierali nożami skórę z rąk, piersi i głowy. Odcięli wskazujący palec lewej ręki i końce dwóch innych palców […] zdzierali mu skórę z pleców na kształt ornatu, a świeże rany posypywali plewami. W końcu odcięli mu nos i wargi, przez otwór wycięty w karku wydobyli język i odcięli u nasady, wreszcie powiesili go za nogi u sufitu i naśmiewali z się z jego zmaltretowanego ciała, rzucającego się co i rusz w konwulsjach i skurczach nerwowych. W końcu po dwóch godzinach – gdy dzień mijał – odcięli sznur, na którym święty męczennik wisiał, i dwukrotnym cięciem szabli w szyję zakończyli ledwo już dające oznaki życia ciało męczennika”. Straszliwie zmasakrowanego, powieszono go w końcu u sufitu rzeźni nogami do góry. Z radością naigrywali się z męczennika, wołając: „Patrzcie, jak Lach tańcuje”. Bohaterski kapłan wytrwał do końca, wzywając Imienia Jezusa.

Wielki świadek Chrystusa został zamęczony 16 maja 1657 roku. Była to uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Rzymska Kongregacja do spraw Świętych Obrzędów, która prowadziła w XVIII wieku proces beatyfikacyjny Andrzeja Boboli, zapisała w aktach, że nigdy nie rozpatrywała tak okrutnego męczeństwa.

Z rzeźni, miejsca męczeńskiej śmierci, święte ciało jezuity współbracia zabrali do Pińska. Zostało złożone w czarnej trumnie z krzyżem na wierzchu i napisem: „Pater Andreas Bobola Societatis Iesu” (Ojciec Andrzej Bobola jezuita), i pochowane w podziemiach jezuickiego kolegium w tym mieście. Sporządzona krótka notatka w dokumencie dotyczącym osób pochowanych w krypcie głosiła: „Ojciec Andrzej Bobola, okrutnie zamordowany 16 maja 1657 roku w Janowie przez niegodziwych Kozaków, rozmaicie dręczony, w końcu obdarty ze skóry, złożony pod głównym ołtarzem”.

Święty ojciec Andrzej – jak opisują kroniki Towarzystwa Jezusowego – był osiemdziesiątym czwartym polskim jezuitą, który dostąpił łaski i zaszczytu męczeńskiej śmierci. Przypomnijmy, że tylko w latach potopu szwedzkiego zginęło aż 48 jezuitów. Czy czujemy się dłużnikami tej nadobfitej męczeńskiej krwi kapłańskiej? Tysiące kapłanów polskich – poza incydentalnymi przypadkami – nigdy nie zawiodło Boga i Ojczyzny. Dlatego uporczywe nagłaśnianie bardzo nielicznych historii upadłych kapłanów przez polskojęzyczne media jest podłością obliczoną na zabicie ducha Narodu.

Ks. Jerzy Banak, „Nasz Dziennik”

Nasz Dziennik