Za nami sto dni rządów Donalda Tuska, który w spocie podsumowującym ten czas chwali się funduszami unijnymi odzyskanymi w miesiąc, podwyżkami dla nauczycieli i budżetówki. A jak Pan Profesor streściłby sto dni rządów „koalicji 13 grudnia”?
– To było sto dni stu niespełnionych obietnic. Tak naprawdę trudno się doszukać spełnionych obietnic Tuska. Warto też sprostować, że podwyżka dla nauczycieli, którą chwali się ta władza, nie była wcale taką podwyżką, jaka była zapowiadana, okazała się dużo niższa, niż obiecał Tusk. Z funduszami europejskimi sprawa wciąż jest niejasna i zagmatwana. Nie wiadomo, na jakiej zasadzie oraz czy i kiedy dostaniemy te środki. Donald Tusk przed wyborami obiecywał różne rzeczy, m.in. benzynę po 5,19, tymczasem jej cena dochodzi do siedmiu złotych, obiecywał tanie kredyty mieszkaniowe, których wciąż nie ma, obiecywał podniesienie do 60 tysięcy złotych kwoty wolnej od podatku, której także nie widać. Ponadto ówcześni pretendenci do władzy, a dziś rządzący obiecywali wprowadzenie dobrowolnego ZUS-u dla przedsiębiorców, tymczasem nie ma o tym mowy. Miała być także tania żywność, a Tusk mówił, że zna metody, jak obniżyć ceny, tymczasem nic takiego nie ma miejsca – wprost przeciwnie od 1 kwietnia wraca pięcioprocentowy VAT na żywność, co spowoduje podwyżki cen. W dodatku Tusk zapewniał, że wszystkie regulacje wprowadzone przez Prawo i Sprawiedliwość będą utrzymywane, tymczasem okazuje się, że na przykład tarcze osłonowe na gaz i na prąd od 1 lipca br. zostaną zlikwidowane. Ma się to dokonać celowo w okresie letnim, wakacyjnym, gdzie zużycie energii jest z reguły mniejsze, a ludzie przebywają na urlopach i trudno się połapać, ile, co kosztuje. Na dodatek ministrowie Tuska przedstawiają z księżyca wzięte wyliczenia, że po zniesieniu tarcz na energię będziemy płacić tylko o 30 złotych więcej za prąd. Tymczasem okazuje się, że jest to wyliczenie dla gospodarstwa domowego jednoosobowego, a więc te prognozy rządowe są zupełnie wzięte z kapelusza.
Wygląda na to, że z obietnic przedwyborczych Tuska nic nie zostało. Po za jednym – odwetem czynionym na poprzedniej ekipie…
– W Polsce, w III Rzeczypospolitej obowiązywała tradycja nienapadania na poprzedników sprawujących władzę – zgodnie z założeniem, że nawet jeśli popełniali jakieś błędy, to przecież nie robi błędów tylko ten, kto nic nie robi. Tymczasem Tusk złamał tę zasadę i mamy jakieś absurdalne komisje śledcze dotyczące Pegasusa, wyborów korespondencyjnych czy rzekomej afery wizowej. Mamy też zapowiedź postawienia przed sądem premiera Mateusza Morawieckiego w związku z dystrybucją szczepionek na COVID-19. Takich absurdów cywilizowany świat nie widział, ponadto, kto z rządzących, czy to w państwach Europy, czy świata, miał wtedy jakiekolwiek pojęcie o zarządzaniu państwem w stanach epidemii. Zatem „koalicja 13 grudnia” postanowiła zniszczyć PiS, przeczołgać ludzi związanych z formacją prezesa Jarosława Kaczyńskiego w najgorszy możliwy sposób, pod każdym pretekstem. Widać, że żądza zemsty Tuska i jego akolitów wobec PiS jest nieopisana. Co przy tym najciekawsze, co zaczyna budzić pewną refleksję społeczną, mianowicie, że rząd Tuska nie ma w istocie żadnego planu gospodarczego, żadnej wizji Polski. Mało tego wycofuje się z planów, projektów, które przygotował i zaczął realizować rząd Zjednoczonej Prawicy. Centralny Port Komunikacyjny plus cała infrastruktura kolejowa, drogowa prowadząca do tego portu, ponadto port kontenerowy na wyspie Uznam, energetyka jądrowa czy wreszcie regulacja Odry dla transportu rzecznego – to wszystko stoi pod znakiem zapytania. Zostało zawieszone i niby trwają jakieś śmieszne audyty, niby trwają kalkulacje finansowe, a tak naprawdę widać, że te inwestycje ważne dla Polski ze strategicznego punktu widzenia są odsuwane ad calendas graecas.
O co zatem chodzi, jaki jest motyw takiego działania?
– Chodzi po prostu o ich utrącenie, bo – jak wiadomo – inwestycje te nie podobają się Niemcom. I to jest chyba główny motyw, dla którego nie będą one realizowane. Zamiast planów gospodarczych, zamiast jakiejś przemyślanej i perspektywicznej wizji, zamiast planów krótko- i długookresowych mamy właściwie tylko zemstę na przeciwnikach politycznych. Do tego mamy ograniczenie konsumpcji i schładzanie gospodarki. I tutaj aspekt niemiecki jest niezwykle istotny, bo Niemcy same są w stanie kryzysu, tymczasem polska gospodarka rozwija się dobrze mimo trudnych warunków. W tej sytuacji Berlinowi zależy, żeby polska gospodarka została też schłodzona, żeby była zwalniana, bo Niemcy sobie nie wyobrażają, że my możemy gospodarczo rosnąć, być pod tym względem w czołówce europejskiej. Oni sobie wyobrażają Polskę jedynie w neokolonialnej zależności wobec siebie. I o ile te plany obracały się w niwecz za rządów Zjednoczonej Prawicy, o tyle teraz rząd Tuska robi wszystko, żeby Niemców uspokoić, żeby schłodzić naszą gospodarkę, zatrzymać ją, żeby się nie rozwijała, żeby ludziom stworzyć gorsze warunki życia i rozwoju. Trudno to wytłumaczyć, przyznam, że ja tej antypolskiej polityki nie rozumiem, ale niestety tak to wygląda.
Nasi zachodni sąsiedzi rzeczywiście są w recesji, co przyznaje nawet Bundesbank, dlatego impulsem dla podtrzymania ich gospodarki i dalszego wzrostu byłoby włączenie do strefy euro kolejnego państwa, jakim jest Polska. Stąd ataki na prof. Adama Glapińskiego, który jest gwarantem utrzymania polskiego złotego?
– Bez zgody prezesa NBP nie da się wprowadzić Polski na ścieżkę euro. Prezes Adam Glapiński jest przeciwnikiem wprowadzenia w Polsce waluty euro i uważa, że utrzymanie polskiego złotego jest kwestią suwerenności Polski. Stąd cała ta akcja z postawieniem prezesa NBP, prof. Adama Glapińskiego przed Trybunałem Stanu. Słyszymy, że są już przygotowane dokumenty, aby zawiesić profesora w wykonywaniu funkcji prezesa NBP. To oznaczałoby, że namiestnik posadowiony przez Tuska mógłby się zgodzić na wejście Polski do korytarza finansowego, który w prostej drodze będzie prowadził do przyjęcia przez nasz kraj waluty euro. Euro w Polsce jest oczywiście korzystne dla Niemiec, bo ułatwi handel, ułatwi ekspansję niemiecką na naszym terenie. Jednak wprowadzenie euro, co wykazują w sposób niezbity ekonomiści, spowoduje przede wszystkim zatrzymanie wzrostu PKB w Polsce, i to o połowę w ujęciu rocznym. To zahamowałoby nasz wzrost w sytuacji, kiedy Polska dobrze się rozwija i pod względem rozwoju gospodarczego wyprzedzamy nawet niektóre kraje starej Unii. W związku z tym Niemcom bardzo zależy, żeby zatrzymać ten nasz rozwój gospodarczy, bo dobrze rozwijająca się Polska jest dla Berlina niebezpieczną konkurencją. W związku z czym żądają od nas przyjęcia waluty euro, a rząd Tuska robi wszystko, żeby ten cel został zrealizowany.
Co dla nas może oznaczać rezygnacja z polskiej waluty?
– Przyjęcie euro przez Polskę doprowadzi do poważnego wzrostu cen i usług, tak jak to było w każdym kraju, który zgodził się na rezygnację z własnej waluty. To oznaczać będzie znaczne zubożenie polskiego społeczeństwa. Wraz z przyjęciem euro wejdziemy w sferę średniego rozwoju, co ekonomiści często nazywają pułapką średniego rozwoju, z której się nie wydostaniemy nigdy. Będziemy zawsze słabo, co najwyżej średnio rozwiniętym krajem europejskim bez szans na jakiś szybki rozwój. Tak czy inaczej, w związku z planami wprowadzenia euro w Polsce, trzeba powiedzieć, że uderzy to w polskie społeczeństwo, uderzy w naszą ekonomię, po prostu uderzy w Polskę i Polaków.
Donald Tusk nie mógłby zrealizować swoich planów związanych z zemstą i odwetem bez poparcia społecznego, które dało tej koalicji władzę. Czy Polacy są w stanie w porę się obudzić, zreflektować i odprawić tę ekipę do przeszłości?
– Polityka jest rodzajem gry i Tusk łamie ustalone reguły tej gry, łamie prawo i to na ogromną skalę. Nie muszę szerzej o tym opowiadać, bo to wszystko wiemy, przykład: zwalnianie prokuratorów, bezprawne przejęcie mediów publicznych, ignorowanie postanowień Trybunału Konstytucyjnego itd. Zatem Tusk z jednej strony ignoruje normy prawa, a z drugiej te normy uniemożliwiają odsunięcie go od sprawowania władzy dopóki ma większość parlamentarną. Warto też zauważyć, że jeśli ktoś zostanie posłem czy senatorem, to trzyma się kurczowo tego stołka. Inna sprawa, że w polskich warunkach mandaty posłów czy senatorów otrzymują często ludzie zupełnie przypadkowi, niemający pojęcia nie tylko o polityce, ale w ogóle o czymkolwiek. Nie mówię o wszystkich, ale o sporej części parlamentarzystów. I ci ludzie zdają sobie sprawę, że w normalnych warunkach drugi raz tego mandatu nie zdobędą, więc skoro im się raz trafiło, to będą za wszelką cenę się trzymać mandatu i trwać do końca kadencji. Dlatego nie ma co liczyć, że zagłosują za skróceniem kadencji Sejmu czy też, mimo iż się im nie podoba sposób rządzenia Tuska, że przejdą do opozycji. Nie ma więc dużej szansy na przedterminowe wybory. Wobec powyższego osobiście nie wierzę w odsunięcie Tuska od władzy przed końcem kadencji. Obawiam się, że ten stan, który mamy, będzie trwał i oby nie było jeszcze gorzej, bo tę ekipę stać na wszystko.
Nie dziwi Pana dość niemrawa postawa prezydenta Andrzeja Dudy wobec Tuska i stojącej za nim „koalicji 13 grudnia”?
– Przyznam, że nie rozumiem postawy prezydenta Andrzeja Dudy, który mógłby jednak przeciwko łamanym zasadom gry demokratycznej protestować w sposób bardziej wyraźny. Mówi się, że prezydent w Polsce ma słabe uprawnienia, że na dobrą sprawę niewiele może. Owszem, to prawda, chociaż wiele zależy też od interpretacji przepisów konstytucyjnych i ustawowych. Z drugiej strony prezydent ma prawo do wygłaszania orędzi, które jeśli by tylko chciał, to mógłby wygłaszać znacznie częściej niż to czyni – szczególnie, kiedy są ku temu uzasadnione podstawy, kiedy łamane jest prawo jak podczas manifestacji rolników w Warszawie, kiedy upominających się o swoje słuszne racje rolników zagazowano, pałowano jak za stanu wojennego i to w warunkach prowokacji. Pryzmy kamieni czy kostki brukowej na trasie przemarszu manifestujących nie znalazły się przypadkowo. Była zatem intencja, by poszło na ostro. Czy w tej sytuacji prezydent Duda nie mógłby wystąpić z telewizyjnym orędziem, opowiedzieć o tych rzeczach, zaprotestować i wystąpić w obronie polskich rolników pałowanych i gazowanych? Czy prezydent Duda nie mógłby wystąpić w obronie założycielki i dyrektor Telewizji Biełsat Agnieszki Romaszewskiej, po 17 latach dyscyplinarnie zwolnionej i wyprowadzonej z siedziby? Czy prezydent nie mógłby powiedzieć, że Biełsat, zlikwidowany brutalnie przez rząd Tuska, był jedynym narzędziem prowadzenia polityki zagranicznej wolnej Białorusi przeciwko rosyjsko-białoruskiej propagandzie? Dzisiaj „reformy” Biełsatu poprzez zmniejszenie puli środków na działalność, likwidowanie połowy audycji i de facto okrojenie liczby pracowników z wyrzuceniem Agnieszki Romaszewskiej, te wszystkie działania Tuska właściwie likwidują politykę Polski dotyczącą popierania opozycji i wszelkich nurtów demokratycznych na Białorusi. Myślę, że głos prezydenta Dudy także w tej sprawie byłby niezwykle potrzebny i oczekiwany. Dziwię się też, dlaczego Andrzej Duda nie zaprotestował w sposób zdecydowany przeciwko wtargnięciu do Kancelarii Prezydenta RP policji – de facto ludzi Kierwińskiego – i aresztowaniu gości prezydenta w osobach Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika. Czy nie można było potępić tego i innych działań władzy Tuska w orędziu? Myślę, że można było to zrobić. Dlatego nie rozumiem postawy prezydenta Dudy.
Środowisk, które milczą albo niedostatecznie głośno wypowiadają się przeciw działaniom tej władzy, jest jednak więcej…
– Nie rozumiem też postawy Episkopatu Polski. Dobrze pamiętam lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte XX wieku, kiedy – zwłaszcza w tym pierwszym okresie – raz w miesiącu wydawane były komunikaty z posiedzeń Konferencji Episkopatu Polski, które były odczytywane z ambon podczas niedzielnych Mszy Świętych we wszystkich świątyniach. Te komunikaty zawierały bardzo wiele opinii na temat życia społecznego kraju. Tam były ważne refleksje na temat braku demokracji w Polsce, braku wolnego słowa, braku demokratycznych wyborów, ponadto na temat polityki ateizacyjnej władz komunistycznych i szeregu innych zjawisk wymierzonych przeciwko społeczeństwu i przeciwko Kościołowi. To był wyraz troski polskich pasterzy. Niektóre listy dotyczyły spraw jednostkowych – pamiętam list na temat budowy obwodnicy po błoniach jasnogórskich, która miała odciąć klasztor i sanktuarium Matki Bożej od miasta Częstochowy.
Z tego, co pamiętam, to w tej sprawie było kilka listów Episkopatu i w końcu Gierek musiał ustąpić...
– Dokładnie tak, bo presja ma sens. Tak samo kilka listów biskupów polskich dotyczyło systemu czterobrygadowego w górnictwie, który powodował, że górnicy musieli pracować w niedziele, i też władze komunistyczne pod naporem ustąpiły. Dlaczego dzisiaj nie ma tego typu listów Episkopatu Polski, dlaczego nie ma protestu przeciwko brutalnemu przejęciu mediów publicznych, przeciwko zagazowaniu i siłowemu pacyfikowaniu protestów rolniczych, czy przeciwko de facto likwidacji Telewizji Biełsat. Co stoi na przeszkodzie, żeby Episkopat odniósł się do tego, kiedy w Polsce dzieją się rzeczy straszne, kiedy są łamane zasady demokracji, prawo, Konstytucja RP, kiedy próbuje się ograniczyć lekcje religii w szkołach. Taki głos jest potrzebny, gdy ta władza chce deprawować nasze dzieci, wprowadzając „tęczowe piątki”, jeśli liberalizuje ustawę aborcyjną i wprowadza pigułki poronne dla nastolatek. Chyba należałoby wobec tych zjawisk zająć jasne stanowisko. Przecież ta władza uderza w Kościół chociażby poprzez likwidację Funduszu Kościelnego, a przecież Kościołowi te pieniądze się należą jako odszkodowanie za zagrabione dobra ziemskie, nieruchomości w czasach stalinowskich. Ludzie oczekują stanowiska polskich biskupów i ich odniesienia się do tych kwestii. Nie jest tak, że Kościół nie ma prawa do odnoszenia się do polityki, jeśli pojmujemy ją po arystotelesowsku jako roztropną troskę o dobro wspólne. Kościół ma prawo do wypowiedzi, a biskupi jako obywatele Polski, jako osoby o dużym autorytecie też mają prawo i obowiązek wypowiadać się w tych sprawach, tak jak to czynili nasi pasterze w latach PRL-u, w czasach stanu wojennego i później. Tylko że tego głosu nie słyszymy. I ja tego milczenia nie rozumiem…

