logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

To nie są działania bez konsekwencji

Niedziela, 24 marca 2024 (15:51)

Aktualizacja: Niedziela, 24 marca 2024 (18:21)

Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Sto dni, sto konkretów czy…, no właśnie, co to był za czas…?

– Można dowolnie wymieniać: sto kłamstw, sto złamanych obietnic Donalda Tuska, bo właściwie bardzo niewiele, prawie nic z nich nie zostało zrealizowane. Na przykład zamiast obietnicy zniesienia 8-procentowej stawki VAT-u na transport publiczny rząd Tuska podwyższył VAT na żywność. Jest tuskometr, są portale apolityczne, które opierając się na faktach, pokazują, jak dzisiaj wyglądają obietnice Tuska, gdzie poziom ich realizacji sięga kilku, w polotach kilkunastu. Tymczasem w kampanii wyborczej Donald Tusk zaklinał się, czego to on nie dokona, wymieniał sto konkretów na sto dni, kład głowę, że on to zrobi. Tymczasem prawda po stu dniach rządzenia jest brutalna i dla Tuska trudna, dająca też wiele do myślenia nawet zwolennikom całej tej „koalicji 13 grudnia”. Tego, co widzimy po stu dniach sprawowania władzy przez ekipę Tuska, nie da się obronić, nie da się też przykryć rozmaitymi działaniami maskującymi, odwracającymi uwagę Polaków od konkretów, które są dla Tuska przygniatające. Tusk z obietnicami przestrzelił.

Za to twierdzi, że rząd ciężko pracuje i robi wszystko, by zrealizować obietnice wyborcze, a powodem ich braku jest zły stan państwa…

– Mowa trawa. Twierdzenie, że nie brał pod uwagę, jaka jest sytuacja finansów publicznych, w jak wielkiej ruinie jest Polska, to nie trzyma się kupy, bo skoro jest tak źle, to dlaczego w Sejmie nie ma żadnych projektów mających na celu naprawę państwa, gospodarki itd.? Za to mamy trzy komisje śledcze. Można więc powiedzieć, że podstawą działań koalicji Tuska jest rozliczenie poprzedników. Nie ma działań merytorycznych, za to mamy igrzyska. Nie tak dawno rozmawiałem z jednym z posłów w Sejmie i zadałem mu pytanie, dlaczego nie ma projektów ustaw, dlaczego parlament jest tak mało aktywny, rzec można nie pracuje? I usłyszałem, że posłowie z rządzącej koalicji mają zakaz wnoszenia poselskich projektów ustaw i wszyscy czekają na projekty rządowe. Porównując kadencję, kiedy miałem zaszczyt być posłem na Sejm, to my naprawdę pracowaliśmy. Tu zaś nic się nie dzieje. I nie dziwię się posłom, którzy mówią, że nie mają nad czym debatować. Co więcej, okazuje się, że sukcesem jest inflacja, o której mówił prezes Narodowego Banku Polskiego, kiedy wskazywał i przestrzegał jednocześnie, że pierwszy kwartał tego roku będzie rekordowy, jeśli chodzi o niską inflację, drugi też całkiem przyzwoity, ale potem należy się spodziewać wzrostu inflacji. I ten scenariusz, który rysował prezes Adam Glapiński, się sprawdza. Tymczasem „koalicja 13 grudnia” wciąż jest na etapie miesiąca miodowego i cieszy się dobrym samopoczuciem.

Jak Pan zauważył, projektów ustaw w Sejmie nie ma, obietnice wyborcze czekają na realizację, za to jest podwyższony VAT na żywność…

– Podwyższony VAT na żywność, który spowoduje wzrost inflacji, to – jak sądzę – tylko przedsmak tego, co ta ekipa szykuje Polakom, bo tego typu „prezentów” będzie więcej. I choć pięcioprocentowa stawka VAT ma zacząć obowiązywać od 1 kwietnia, to osobiście nie wierzę, żeby handlowcy, producenci nie skorzystali z przedświątecznej gorączki zakupów i już teraz nie próbowali zarobić, zyskać pierwsze profity. To jest wstęp do kolejnych podwyżek. Swoją drogą Tusk chyba nie ma szczęścia do VAT-u, bo pamiętamy, gdy za jego poprzednich rządów z PSL-em mieliśmy mafie, karuzele VAT-owskie i notoryczne uszczuplanie dochodów państwa z tego tytułu. Zatem jak nie karuzele VAT-owskie, to podwyższanie VAT-u na żywność, co pokazuje, że ten VAT jakoś się ciągnie za Tuskiem, jak zły sen. Teraz miał okazję wyciągnąć wnioski i nie popełnić kolejnego błędu, tymczasem idzie w zaparte i ten błąd znów powiela. Jak to się wtedy skończyło dla koalicji PO – PSL, to wiemy, jednak żadnych wniosków nie wyciągnięto, bo pierwsze sto dni „koalicji 13 grudnia” pokazują, że zamiast konkretów mamy przykrywanie nieróbstwa – zwłaszcza że jesteśmy w toku jednej z dwóch nałożonych na siebie kampanii wyborczych i ekipa Tuska robi wszystko, żeby przykryć, co miało być, a co nie wyszło, bo wyjść nie mogło. Swoją drogą te kampanie są kompletnie nieczytelne dla Polaków. Nie bez słuszności jest także teza, że wielu polityków koalicji Tuska po wyborach do Parlamentu Europejskiego wyjedzie do Brukseli. Co by nie powiedzieć, mamy igrzyska, igrzyska polityczne i te nieudane sto dni w wykonaniu obecnej władzy rozciągną się na kolejne miesiące, być może do końca roku.

Mógłby Pan rozwinąć tę myśl?

– Chodzi o to, że większość ministrów tego rządu, tacy jak Sienkiewicz czy Bodnar i nie tylko, zdobywając mandaty europosłów, wyjedzie do Brukseli, a na ich miejsce w ramach rekonstrukcji rządu przyjdą nowi. I ta ekipa będzie chciała wmówić ludziom, że są nowi, że dopiero rozpoczynają pracę i liczą na sto dni spokoju. Tym sposobem możemy mieć próbę przeciągania tego mandatu zaufania społecznego w nieskończoność. Szuflady tej władzy są puste i nie widać, żeby próbowano je czymś dobrym zapełnić.

Próbą przykrycia nieróbstwa rządu Tuska może być determinacja postawienia przed Trybunałem Stanu prezesa NBP Adama Glapińskiego?

– No właśnie. Rodzi się pytanie, co autor ma na myśli, podejmując tę kwestię, dlaczego się porwał na taki krok. Coś takiego ma miejsce pierwszy raz w historii Polski. Zarzuty wobec prezesa są wydumane, są po prostu polityczne. Próbować karać szefa banku centralnego za to, że był covid, wojna na Ukrainie i związany z tym kryzys energetyczny, ekonomiczny i inflacja na całym świecie, to jest absurdalne. Tym bardziej że jak pokazują dane ekonomiczne i wykresy najbardziej miarodajnych i wiarygodnych instytucji międzynarodowych, Polska właściwie jako jedyny kraj Unii Europejskiej przeszła ten czas w miarę suchą stopą, notując cały czas wzrost PKB m.in. dlatego, że mieliśmy zdrowy, dobrze zarządzany system bankowy. To jest zasługa m.in. prezesa NBP Adama Glapińskiego. Polityka finansowa NBP zminimalizowała koszty, jakie każdy z obywateli musiał w kryzysie ponieść. Owszem, mieliśmy inflację, która w lutym br. wynosiła 2,8 proc., co pokazuje sukces polityki NBP. W związku z tym agresja Tuska wobec prezesa NBP w ogóle się nie broni, zarzuty wobec niego są kuriozalne i mają się nijak do efektów gospodarczych państwa polskiego. PKB Polski rośnie, możemy przeznaczać cztery procent na zbrojenia, na poprawę naszego bezpieczeństwa, mamy całą masę działań inwestycyjnych, prorozwojowych podjętych przez ekipę Zjednoczonej Prawicy. Tymczasem działania wobec prezesa NBP mogą wysadzić system finansów w Polsce, a konsekwencje mogą być także dla całego systemu finansowego Unii Europejskiej. Nic więc dziwnego, że na wieść o planach Tuska, już na początku tego roku, zareagowała szefowa Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde. To pokazuje, że próba postawienia prezesa NBP przed Trybunałem Stanu może budzić sprzeciw także międzynarodowy.

Koalicja Tuska chwali się unijnymi funduszami, które podobno udało się odblokować?

– Mamy obietnice, do Polski przyjeżdża szefowa Komisji Europejskiej, która podczas konferencji z Donaldem Tuskiem uroczyście ogłasza, że pieniądze „mrożone” po dojściu ekipy Tuska do władzy są odblokowywane, tyle tylko, że wciąż ich nie ma. Co więcej, trwa wielka korekta Krajowego Planu Odbudowy, żeby może, powtarzam, może po wyborach do Parlamentu Europejskiego te środki pojawiły się w Polsce. Będziemy mieli dwa lata na ich wykorzystanie, co wcale nie jest dużo. Czy zdążymy? Biorąc pod uwagę „pracowitość” tej ekipy, wcale nie jest to takie pewne.

Ale „koalicja 13 grudnia” nie traci wigoru, przykładem chociażby marszałek Sejmu Szymon Hołownia, który zdaje się dobrze się bawi na fotelu drugiej osoby w państwie?

– To jest polityczny spektakl, który ma trwać w nieskończoność, a marszałek Hołownia – jak go obserwuję – wyrósł z talk-show i wydaje mu się, że wciąż prowadzi program rozrywkowy. Tymczasem Sejm to organ ustawodawczy, a marszałek to nie prezenter, tylko osoba odpowiedzialna za proces legislacyjny. Kompletnie nie dorósł do funkcji drugiej osoby w państwie, jego odzywki, komentarze do wystąpień posłów, oceny są nie na miejscu. Z drugiej strony widać, że próbuje się wyrwać ze smyczy koalicyjnej, na której sam dał się uwiązać Tuskowi. Tylko że ta jego samodzielność polityczna jest żenująca. Wygląda na to, że dał się uwikłać w plan Tuska, i teraz będzie mu bardzo trudno się z tego uwolnić.

Co to uwikłanie – nie tylko Hołowni i Trzeciej Drogi, ale też pozostałych formacji „koalicji 13 grudnia” – oznacza dla nich w kontekście wyborów samorządowych?

– Na terenie Warmii i Mazur, bo tu mieszkam i pracuję, przed wyborami parlamentarnymi była wielka zgoda, współpraca między Koalicją Obywatelską, PSL-em. Tymczasem po stu dniach rządów tej władzy w Polsce, lokalnie – nawet tam, gdzie były koalicje, m.in. w miastach – dzisiaj trwa wojna. Polityczna miłość się skończyła. Dlatego sondaże, które mówią, że w sejmikach łeb w łeb idą PiS i Platforma, a reszta jest daleko w tyle, mogą się sprawdzić. PSL-u może nie być, Lewicy już właściwie nie ma, bądź szoruje po dnie sondaży, a do wyborów – nie licząc Wielkiego Tygodnia i świąt Zmartwychwstania Pańskiego – zostało raptem kilka dni kampanii. W tym momencie elektorat Koalicji Obywatelskiej, niekoniecznie ten twardy, który zawsze pójdzie po linii partii, ale ludzie myślący zdroworozsądkowo, a także elektorat Trzeciej Drogi zawiedziony postawą Ludowców, może w ogóle nie pójść do urn, albo będzie szukał rozmaitych lokalnych alternatyw wyborczych. To mogą być puste głosy nieprzekładające się na mandaty, a co za tym idzie PiS może dużo zyskać.

Propaganda Tuska głosi, że formacje rządzące mogą zdominować sejmiki wojewódzkie?

– Tusk mówi różne rzeczy, na przykład, że samorząd może być miejscem pojednania, ale sam sieje nieporozumienia i to nawet wśród swoich współkoalicjantów. Z tą dominacją to też nie jest tak jak głosi, bo żeby dominować, to trzeba wygrać. Należy jednak pamiętać, że o ile żeby dostać się do Sejmu partia musi przekroczyć pięcioprocentowy próg, a koalicja ośmioprocentowy, natomiast żeby wejść do sejmiku realny próg wynosi między 12 a 15 procent. Jeżeli dzisiaj Trzecia Droga i Lewica osiągają w sondażach poniżej 10 procent, to wszystko wskazuje na to, że w sejmikach ich nie będzie. Zresztą Tuskowi zależało, żeby powoli konsumować te formacje, i ten proces już ruszył. Po pierwsze, PSL poczuło się pewne po ostatnim sukcesie wyborczym i liczy na powtórkę. Zapomina jednak, że to Tusk w kampanii parlamentarnej apelował, żeby ratować Trzecią Drogę, bo potrzebni mu są koalicjanci. I się udało. Jednak dzisiaj tej litości już nie będzie, bo Tuskowi już na tym nie zależy. Lewica, która uzyskuje poziom sześciu procent, już właściwie odpadła, w przedbiegach kompromitując się nieodpowiedzialnymi wypowiedziami polityków, ministrów, reformą systemu oświaty i de facto lewackim programem nauczania dzieci i młodzieży. W tym momencie może być tak, że zabraknie Konfederacji, która poprawi swój wynik, ale to będzie za mało, żeby wejść do sejmików, Trzecia Droga nie uzyska minimum, podobnie jak Lewica. Zatem koalicjanci, jeśli chodzi o podmiotowość, właściwie już nie istnieją, a po wyborach samorządowych możemy mieć tego namacalny efekt. Tusk oraz sprzyjające mu media wietrzą też klęskę PiS-u, ale życzę każdemu klęski na poziomie 35,38 procent, bo taki wynik osiągnęła ta formacja w wyborach parlamentarnych w październiku 2023 roku, przy 30,7 procenta Koalicji Obywatelskiej i tylko połączenie formacji antypisowskich pozwoliło „koalicji 13 grudnia” przejąć władzę w Polsce. W wyborach do sejmików walka może się rozegrać zatem między PiS-em a Platformą, przy czym – zważywszy na okoliczności, o których powiedziałem – formacja prezesa Kaczyńskiego wcale nie jest na pozycji przegranej, zwłaszcza że Polacy zaczynają się budzić.

Powróćmy jeszcze na chwilę do oskarżeń wobec prezesa Glapińskiego, bo jedno jest pewne, że to działania wobec NBP są bardzo niebezpieczne. Jak daleko ta władza może się posunąć w tym procesie niszczenia państwa?

– Na refleksję bym nie liczył. Skoro praktyką tej władzy, nową tradycją jest działanie na podstawie nie ustaw sejmowych, ale uchwał, to tak samo może być w przypadku próby odwołania prezesa Glapińskiego. Jest jeden kierunek – wprowadzenie euro w Polsce, który Tuskowi wyznaczyli jego niemieccy mocodawcy. Zastanawiam się, czy ten człowiek nie jest świadomy konsekwencji swoich działań. To, co robi, to jest naprawdę balansowanie na granicy stabilności państwa polskiego. Nie wiem też, czy Donald Tusk nie ma świadomości, że zarzuty, jakie próbuje stawiać prezesowi NBP, są mocno naciągane i jeśli będzie dalej w to brnął, to zaszkodzi systemowi finansów państwa, na czym zyskają spekulanci giełdowi, Polacy zubożeją, a wiarygodność państwa polskiego spadnie. Ten kierunek to także otwarcie działań wrogich gospodarek przeciwko Polsce. I Donald Tusk w tak nieodpowiedzialny, a być może celowy, wyrafinowany sposób naraża państwo polskie, co więcej dokłada do swojej listy zarzutów kolejny argument do postawienia go przed Trybunałem Stanu za zdradę interesów państwa polskiego. To, na co się Tusk zgodził w ciągu pierwszych stu dni rządzenia Polską, to jest – moim zdaniem – materiał na wniosek o Trybunał Stanu. Sam się o to prosi. Mam nadzieję, że przyjdzie taki czas, kiedy Tusk za swoje czyny odpowie, bo te jego sto dni, to jest sto argumentów za postawieniem go przed odpowiedzialnością.

                  Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl