Z badań exit poll wynika, że w wyborach
do sejmików wojewódzkich wygrywa Prawo i Sprawiedliwość, ale – podobnie jak po wyborach do Parlamentu – nie jest to wystarczająca przewaga, która w wielu sejmikach zagwarantowałaby samodzielne rządy. Symboliczne zwycięstwo?
– Zależy gdzie, bo dotychczasowe prognozy pokazują,
że Prawo i Sprawiedliwość powinno sprawować władzę
w sześciu spośród wszystkich sejmików. Są sejmiki, np. lubelski, gdzie PiS wygrywa bezwzględną większością głosów i wynik jest dużo lepszy, niż to miało miejsce 5 lat temu. W okręgu lubelskim PiS wygrało z Platformą, która przez wiele lat dominowała. Teraz PiS będzie miało więcej radnych. To dowód, że można, jeśli jest lider. W naszym lubelskim regionie wynik jest zasługą prof. Przemysława Czarnka, co pokazuje, że sprawność lidera – mam na myśli układanie list, dobór odpowiednich kandydatów
– przekłada się na ostateczny wynik. Oczywiście są województwa, gdzie PiS może stracić władzę w sejmikach, ale jedno jest pewne: formacja Jarosława Kaczyńskiego zatrzymała tendencję spadkową i co do tego nie ma wątpliwości. Jeśli PiS wygrywa te wybory, mimo że praktycznie nie ma za sobą mediów, które zostały zmonopolizowane przez przeciwników politycznych
i de facto są po stronie „koalicji 13 grudnia”, jeśli mimo
to w skali ogólnopolskiej Zjednoczona Prawica uzyskuje wynik lepszy od Platformy, to śmiało można powiedzieć,
że formacja rządzona przez prezesa Kaczyńskiego wytrzymała najgorszy czas dla siebie po wyborach parlamentarnych i może się dalej piąć wzwyż. Natomiast kwestie zdolności koalicyjnych rzeczywiście są fundamentalne. To był główny błąd przed wyborami parlamentarnymi i on wciąż się mści. Teraz, owszem,
jest chęć tworzenia koalicji, ale czas pokaże, co z tego wyniknie.
Mówił o tym podczas wieczoru wyborczego prezes Jarosław Kaczyński, który stwierdził, że trzeba dążyć do stworzenia wielkiej koalicji prawicowej, która będzie zwyciężała, bo Polska nie może iść drogą,
na którą w tej chwili wpycha ją Donald Tusk.
– Dokładnie. Na przykład jeśli gdzieś PiS będzie mógł rządzić samodzielnie, ale dajmy na to zaprosi do koalicji
– po to żeby budować koncyliacyjność – innych politycznych partnerów, np. Konfederację czy PSL, i jeśli
to by się powiodło, byłby to jasny sygnał, że podobnie przestrzeń porozumienia można budować gdzie indziej.
To z kolei byłby sygnał, że skoro można lokalnie,
to w przyszłości można to powtórzyć na poziomie ogólnopolskim. To są bardzo ważne rzeczy, ale droga
nie będzie łatwa i krótka. Z całą pewnością PiS tych wyborów samorządowych nie przegrało, tak nie jest.
Ale taka jest retoryka Donalda Tuska czy Marcina Kierwińskiego, którzy twierdzą,
że to oni wygrali wybory samorządowe?
– To jest propaganda skierowana do elektoratu, który wszystko przyjmie, nawet wbrew faktom. Świadczy to źle zarówno o tych, którzy stosują taką narrację, ale też
o tych, którzy w to wierzą. Politycy Koalicji Obywatelskiej mogą mówić, próbować zaklinać rzeczywistość, natomiast matematyka mówi coś zupełnie innego. Ponadto z reguły jest tak, że krótko po wyborach parlamentarnych każda formacja rządząca ma największy rozpęd, utrzymuje poparcie, natomiast jeśli chodzi o „koalicję 13 grudnia”,
to widać, że wszystko się zahamowało i tryby się zacierają. Myślę, że Tusk i pozostali liderzy tej grupy trzymającej władzę doskonale zdają sobie z tego sprawę, natomiast mówią to, co mówią.
Rzeczywiście pewną regułą jest,
że formacja rządząca, będąc na fali,
powinna wygrywać kolejne wybory. Natomiast Tusk nie odnotował wzrostu.
Co o tym zadecydowało?
– Decydująca była brutalizacja polityki – i to nie tylko
w odniesieniu do przeciwników politycznych, ale też
w odniesieniu do polskich rolników. Pamiętamy przecież pacyfikowanie rolniczych protestów w Warszawie z użyciem pałek i gazu. Ta ekipa nie realizuje programu, nie spełnia swoich słynnych stu obietnic, za to mamy wzrost stawki VAT na żywność, zapowiedź podwyżek cen energii od lipca, nie ma też paliwa po 5,19 zł, za to jest spektakl przemocy, są brutalne igrzyska, które mają przykryć indolencję tej władzy. Jeśli to wszystko zsumować, to nie ma się co dziwić, że efekt jest taki, jaki jest – w postaci rosnącego sprzeciwu społecznego.
Wygląda na to, że ta władza dość szybko
się zużywa?
– Koalicja Obywatelska wprawdzie poprawiła swój wynik
w odniesieniu do wyborów parlamentarnych, ale to wszystko jest kosztem ugrupowań tworzących „koalicję
13 grudnia”. Chyba Donald Tusk ma taki cel, żeby umacniać się kosztem swoich koalicjantów i docelowo
móc ewentualnie wygrać wybory prezydenckie za rok.
Ten wynik dała Zjednoczonej Prawicy wygrana na wsi, gdzie według badania exit poll PiS zdobyło 57,3 proc. rolniczych głosów, podczas gdy Trzecia Droga uzyskała 15,1 proc., a Koalicja Obywatelska jedynie 9,6 proc. Jednak miasta, zwłaszcza te duże, są wciąż poza zasięgiem PiS. Dlaczego
w wielkich miastach PiS tak ciężko się przebić?
– Dlatego, że PiS nie gra na indywidualności. Ma metodę zarządzania swoją partią, gdzie liczy się zespół, natomiast indywidualności nadmiernie się nie promuje. Tymczasem tylko wtedy – np. przez odpowiednią promocję, działanie społeczne, nazwijmy to planowanie czy też budowanie pozycji takiego kandydata na kilka lat przed – takie działanie może dać określone rezultaty i przynieść sukces wyborczy.
Jak należy odczytywać wynik PSL, które samodzielnie poprzednio zdobyło 12 proc. głosów, a teraz w połączeniu z Polską 2050 jako Trzecia Droga zanotowało niewielki wzrost. To także wynik gorszy niż
w wyborach parlamentarnych. Czy zatem
nie czas na zmianę lidera ludowców?
– Nie sądzę, bo na razie Władysław Kosiniak-Kamysz spiął powtórnie cały układ, który dla PSL zawsze jest sprawą ważną, co więcej, rozdziela stołki. Nie można wykluczyć,
że lider ludowców zmieni koalicjanta. To znaczy,
że w kolejnych wyborach zostawi Szymona Hołownię, przyjmując ofertę Donalda Tuska, dotyczącą wspólnego startu z Koalicją Obywatelską, i pójdzie z nim do kolejnych wyborów. Jak słyszymy, taka oferta, jeśli chodzi o wybory europejskie, leży na stole. Jeśli ten scenariusz się spełni,
będzie to koniec formatu Trzeciej Drogi, a początek starej drogi koalicji PO – PSL. To przecież już miało miejsce
w latach 2007-2015 i – jak wiemy – zaowocowało spadkiem pozycji Polski na arenie międzynarodowej oraz pogorszeniem poziomu życia Polaków. Jeśli zaś chodzi
o wynik Trzeciej Drogi w wyborach samorządowych,
to w przypadku sejmików wojewódzkich rzeczywiście
nie ma tu żadnej wartości dodanej. Tylko kandydatka
na prezydenta Wrocławia, poseł Izabela Bodnar, dużo osiągnęła, wchodząc do drugiej tury. Powiedziałbym,
że jeśli chodzi o wybory do sejmików wojewódzkich,
to Hołownia jechał na plecach PSL i właściwie nic od siebie nie dodał.
Czy ewentualny alians Kosiniaka-Kamysza
z Tuskiem nie oznacza wchłonięcia PSL przez Platformę, bo zdaje się, że do tego
będzie dążył lider Platformy?
– Skoro Kosiniak-Kamysz godzi się na to, żeby PSL spełniało rolę czegoś w rodzaju Platformy na wsi czy
dla prowincji, to jest jego wybór. Natomiast Platforma
na prowincji, na polskiej wsi jest słaba, więc coś w rodzaju dawnego PSL „Wyzwolenie” – socjalistycznej przybudówki PPS na wsi, coś takiego mogłoby powstać i być może takie ma być PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza.
To, co przykuwa uwagę, to także słaby wynik Lewicy. Czy to zapowiedź powolnego schodzenia ze sceny formacji Włodzierza Czarzastego? Co się przyczyniło do tego staczania się tej formacji po równi pochyłej: radykalizm, ideologia i strategia przeciw życiu?
– Myślę, że do słabego wyniku Lewicy przyczynił się radykalizm Tuska, który swoim skrętem w lewo odbiera tlen formacji Czarzastego. Donald Tusk wziął na swój pokład wszystkie tematy aborcyjne, pigułkę „dzień po” oraz in vitro. Jeśli Tusk będzie się pompował ideologicznie w takim tempie, to za chwilę na tapecie
w ofercie KO znajdą się związki partnerskie itd. Zatem
Tusk zabiera sprzed nosa wszystkie tematy Lewicy,
czym ogranicza ofertę Czarzastego. W tym momencie powstaje dla Lewicy ogromny problem.
Czy wygrana Rafała Trzaskowskiego
w Warszawie może mieć znaczenie, jeśli chodzi o kandydata KO w przyszłorocznych wyborach prezydenckich?
– Nie. To będzie zależeć od woli Tuska. Donald Tusk będzie patrzył na sondaże i badał swoje ewentualne szanse
na urząd prezydenta RP. Jeśli uzna, że takie szanse są,
to pozostawi Trzaskowskiego, żeby się męczył na fotelu prezydenta Warszawy, a on sam ruszy po realizację swoich ambicji, które wciąż w nim drzemią; daje znać porażka
w wyborach z Lechem Kaczyńskim. Myślę, że do dzisiaj Tuskowi ciężko jest ją przełknąć. Tak czy inaczej karty
w Platformie rozdaje Tusk, a Trzaskowski nie ma wpływu na tę formację. Co postanowi Tusk, tak będzie.
Frekwencja na poziomie 51,93 proc. to dość słabo. Dlaczego nie udało się zmobilizować więcej ludzi do głosowania?
– Nie ma się co dziwić takiej, a nie innej frekwencji.
Polacy są rozczarowani rządami „koalicji 13 grudnia”. Liczyli, że będzie nowe otwarcie, dali się ograć Tuskowi
i nabrali się na jego słowa o miłości, uśmiechu itd. Tymczasem po wyborach zobaczyli kiełbasę polityczną
w najgorszym możliwym wydaniu. Cały ten brud, który Tusk stara się ukrywać, cały ten system nienawiści politycznej, rozliczeń bezprawnych, pozaprawnych, cała ta zgnilizna wychodzi i ludzie to widzą. To zniechęca Polaków do pójścia do urn, bo obawiają się, że znów ktoś ich może oszukać.
Czy to się może odbić na wyborach
do Parlamentu Europejskiego i dać przewagę Zjednoczonej Prawicy?
– Im mniejsza frekwencja, tym większe szanse na sukces ma Zjednoczona Prawica, co do tego nie ma wątpliwości. To jednak nie wszystko, bo frekwencja w wyborach europejskich może być jeszcze niższa niż wczoraj, ponieważ rozczarowanie UE jest coraz większe. Wpływają
na to polityka klimatyczna, Europejski Zielony Ład
i w ogóle cała lewacka ideologia forsowana przez Brukselę. Myślę, że ta niechęć wobec Unii Europejskiej będzie się potęgować, w związku z czym obóz lewicowo-liberalny
– mam na myśli wyborców – może zbojkotować czerwcowe wybory.

