logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Warto być Polakiem, patriotą

Sobota, 20 kwietnia 2024 (20:28)

Rozmowa z prof. Wiesławem Janem Wysockim, historykiem, prezesem Instytutu Józefa Piłsudskiego
oraz wiceprezesem Światowego Związku Żołnierzy
Armii Krajowej

Dobiega końca wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Postawa i działania prezydenta nastawione są na sojusz transatlantycki, ale premier Donald Tusk stawia na politykę europejską
i właściwie wpycha nas w ramiona Niemiec. Skąd ten dysonans?

– Zarówno prezydent Joe Biden, jak i Donald Trump,
choć każdy w innej formule, widzą w Europie Środkowo-
-Wschodniej swojego sojusznika i wspierają ten region. Niestety, tego samego nie można powiedzieć o naszych elitach, które zmieniają politykę. Nie tylko odwracają się od naszego sojusznika Stanów Zjednoczonych, co więcej, robią wszystko, żeby przerzucić się na sojusz, choć to określenie jest zbyt łaskawe dla nich, a wręcz na podporządkowanie się Niemcom. I to jest ta istotna różnica. Dla ludzi – czy to w Polsce, czy w Ameryce, którzy starają się trzeźwo i w miarę neutralnie patrzeć na relacje międzynarodowe – wizyta naszego prezydenta w Stanach Zjednoczonych oraz jego spotkanie z kandydatem na prezydenta Donaldem Trumpem są czymś naturalnym, normalnym. Wyraził to chociażby rzecznik amerykańskiego departamentu stanu. Natomiast z obozu „koalicji
13 grudnia” dochodzą głosy krytyczne wobec Andrzeja Dudy, że w czasie trwającej kampanii prezydenckiej
w Stanach Zjednoczonych nie powinien się spotykać
z Trumpem. Zapominają albo celowo nie chcą pamiętać,
że takie spotkanie z kandydatem Partii Republikańskiej
na najwyższy urząd w państwie sojuszniczym jest
w dobrze pojętym naszym interesie, jest ważne dla przyszłości – i to niezależnie od tego, kogo Amerykanie wybiorą na swojego prezydenta w listopadzie. Do ludzi
z koalicji Tuska nie dociera, że prezydent Andrzej Duda patrzy szerzej, że stara się zagwarantować bezpieczeństwo Polski oraz tej części Europy w obliczu zagrożenia ze strony Federacji Rosyjskiej.

Pojawiła się też koncepcja niejako w kontrze do Sojuszu Północnoatlantyckiego dotycząca budowy żelaznej kopuły nad Europą,
de facto niemieckiego projektu, który znalazł poparcie Donalda Tuska…

– To tylko pokazuje, komu ten człowiek służy, w jakim kierunku się skłania. Swoją postawą wręcz zachęca Niemcy do coraz śmielszych poczynań. Jak inaczej rozumieć wnioski, jakie po spotkaniu szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego gen. Wiesława Kukuły ze swoim niemieckim odpowiednikiem gen. Carstenem Breuerem udostępnił publicznie ambasador Niemiec w Polsce, gdzie obok współpracy wojskowej i wsparcia dla Ukrainy pojawił się zapis o tym, że „Niemcy przejmują odpowiedzialność
za wschodnią flankę NATO”. To jest sprawa bulwersująca, ale zachęta i tego typu buńczuczne zachowanie ze strony Niemiec mają swoje korzenie w zachęcającej postawie  obecnych władz rządowych. Niestety, proniemieckich polityków jest więcej, co tylko budzi straszne skojarzenia, bo to nic innego jak sięganie po najgorsze doświadczenia
z przeszłości.

Mógłby Pan Profesor doprecyzować myśl?   

– Takie podejście ze strony naszych zachodnich sąsiadów wydaje się stawiać nas na pozycji ludzi gorszej kategorii, żeby nie powiedzieć podludzi, a Niemcy mają być tymi, którzy się nami zaopiekują. Do dziś pamiętamy tych, którymi Niemcy się zaopiekowali w KL Auschwitz i innych obozach koncentracyjnych z nadmierną niemiecką gorliwością. To się kojarzy jednoznacznie. Mamy zatem zawoalowaną, ubraną w nowe szaty wizję powrotu do okupacji, która w Polsce miała miejsce w czasie II wojny światowej, okupacji, z której Niemcy dotąd się nie rozliczyli. Co więcej, chcą dzisiaj spłacać swoje dawne, nieprzedawnione długi w ten sam, choć realizowany
w inny, bardziej wyrafinowany sposób. Mam na myśli dominację w postaci rządzenia i narzucania swojej woli
nie tylko nad Wisłą, nad Bugiem, ale też w całej Europie. Brakuje jeszcze, żeby tak jak to dawniej bywało, porozumieli się z Moskwą i wtedy mielibyśmy pełną powtórkę z historii.

Takie porozumienie wcale nie jest wykluczone, biorąc pod uwagę niemiecko-
-rosyjską współpracę gospodarczą, energetyczną, gazową, która miała miejsce
i która została przerwana przez rosyjską napaść na Ukrainę?

– Dokładnie tak. Swoją drogą skojarzenia z okresem
II wojny światowej wcale nie są przesadzone, nie są wydumane, nierealistyczne. Działania prowadzone
w naszej Ojczyźnie nie służą Polsce i Polakom, to są działania, które służą Berlinowi i Paryżowi – choć 
w mniejszym zakresie. Mamy grupę polityków, którzy
się zapisali do grona obywateli państwa sąsiedniego
i realizują obce, bo nie polskie interesy.

Oparcie bezpieczeństwa Polski na państwie niemieckim też brzmi bardzo niedobrze?

– To świadczy o podległości i de facto ociera się
o zdradę. To jest ewidentna zdrada. Oczywiście
relacje międzynarodowe należy utrzymywać, rozwijać
i podtrzymywać współpracę, ale zasada jest jedna,
że nawet z najbardziej zaprzyjaźnionym krajem nie wolno wchodzić w takie układy, w podległość. Nie może być mowy o podporządkowaniu społeczeństwa innej nacji.
Jeśli robi to premier, zakrawa to na zdradę i pewny proces sądowy, bo to jest wymierzone w najbardziej oczywisty interes państwa polskiego i polskiego Narodu.

Biorąc pod uwagę historię i nasze bardzo bolesne doświadczenia, skąd biorą się takie postawy uległości i podporządkowania.
Z czego one wynikają?    

– Tacy ludzi, którzy są gotowi odwrócić się od historii, niestety, się zdarzają. Przyznam, że dziwię się tym, którzy mają rodowód patriotyczny: rodzina dajmy na to bardzo zaangażowana w działalność konspiracyjną w Armii Krajowej, a ich potomkowie nic z tych odważnych postaw
po przodkach nie odziedziczyli. Ale tak czasami bywa,
że pojawia się całe pokolenie targowiczan, które robi wszystko, żeby zapisać się na listę zaprzańców, zdrajców, podbudowując to pobudkami rzekomo patriotycznymi. Przynajmniej dwie takie grupy, a właściwie trzy możemy wyliczyć w naszej historii. Pierwsza to jest okres targowicy, druga to czas, kiedy dobrowolnie oddawano się w ręce
obu okupantów jako folksdojcze czy współpracujący
z kacapami. Natomiast po wojnie mieliśmy formacje pełniące obowiązki Polaków, którzy stawali się nadzorcami idącymi na układ z komunistycznym reżimem.
Są to dziesiątki, jak nie setki tysięcy funkcjonariuszy, współpracowników, to są różnego rodzaju aparatczycy i ich potomkowie, którzy dziś wysuwają roszczenia, którym Tusk obiecał przywrócenie przywilejów słusznie odebranych przez rząd Zjednoczonej Prawicy. Niektórzy mówią nawet, że trzecie pokolenie ubeków walczy dziś z trzecim pokoleniem Armii Krajowej.         

Dlaczego nie wyciągamy wniosków
i wybieramy do władzy ludzi o wątpliwej reputacji, ludzi, dla których polska racja stanu właściwie nie istnieje, którzy w imię mrzonek o scentralizowanej Europie są
w stanie poświęcić interesy własnego kraju?                         

– To jest pytanie o naszą polską kondycję. Kiedy wydawałoby się, że w toku jest proces przywiązywania
się coraz bardziej do wartości narodowych, niepodległościowych, to jednocześnie, niestety, coraz więcej mamy też deklaracji ludzi, że w sytuacji zagrożenia Polski po prostu opuszczą Ojczyznę i wyjadą na Zachód.
W wielu umysłach nie ma więc woli obrony własnego kraju – i to jest bardzo przykre. Na szczęście tak myślący są w zdecydowanej mniejszości, ale są… Ostatnio czytałem poważny artykuł o żywych torpedach. Otóż przed rokiem 1939 przez kilka lat Polacy deklarowali gotowość poświęcenia życia dla Ojczyzny. Był to rząd kilku tysięcy ludzi, którzy gotowi byli oddać swoje życie w walce
z zagrażającymi nam wówczas Niemcami. Zastanawiam
się, czy dzisiaj też znalazłoby się tylu chętnych do poświęcenia? Pewnie nie. Rodzi się więc pytanie, dlaczego tamto pokolenie kochało własny kraj, kochało wolność
i niepodległość, a jaki współcześni Polacy mają stosunek
do Polski, która często nazywana jest przez nich „tym krajem”. Co więcej twierdzą, że życie w „tym kraju” jest dla nich obciążeniem. Oni za wszelką cenę chcieliby być Europejczykami, czytaj berlińczykami czy paryżanami.
To jest smutna, ale niestety prawdziwa konstatacja.

Jak odwrócić ten niedobry, szkodliwy trend, jak na nowo obudzić zwłaszcza w młodych ludziach chęć służenia i poświęcenia dla Ojczyzny?             

– To jest olbrzymia praca, to jest praca wychowawcza, praca nad kształtowaniem postaw obywatelskich, patriotycznych, ludzkich już od najmłodszego pokolenia.
To zadanie dla rodziców, dziadków, kapłanów i oczywiście nauczycieli. Tylko wspólnym wysiłkiem, budząc w młodych sercach i umysłach przywiązanie do takich wartości,
jak Bóg, honor, Ojczyzna, możemy wychować pokolenie dumnych Polaków. Myślę, że skoro nawet wśród tych, którzy działali w ruchu społecznym „Solidarność”, jest dzisiaj tak wiele zdrady, to będzie to proces bardzo trudny, ale nie znaczy, że niemożliwy. Nie możemy się zniechęcać, jak mówił św. Jan Paweł II, bo Ojczyzna to jest zadanie, zobowiązanie. Nie wolno nam dezerterować, ale trzeba podejmować niełatwą walkę o dusze, nawet te, które
mogą się wydawać zatracone w fali antypolonizmu. Myślę, że powinniśmy bardzo wyraźnie akcentować te wartości, które niesie w sobie wolność i niepodległość własnego państwa.

                 Dziękuję za rozmowę.    

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl