Ursula von der Leyen i Donald Tusk odkryli karty i w Katowicach mówili o powołaniu unijnego komisarza do spraw obrony. Tusk niejako w kontrze do amerykańskiej tarczy antyrakietowej lansował inicjatywę europejskiej kopuły obronnej…
– To jest kwestia sporu między koncepcją proamerykańską a proniemiecką – jeśli mówimy o polityce zagranicznej. Donald Tusk ewidentnie reprezentuje politykę proniemiecką – w kwestii obronnej zupełnie bezbronną, bo Niemcy militarnie nie stanowią żadnej siły. Niemcy stanowią jedynie siłę gospodarczą – również w zakresie produkcji broni i sprzedając ją, chcą zarabiać krocie. Cały ten program czy idea obrony przeciwrakietowej, tzw. Kopuły Europejskiej, i właściwie cała koncepcja polityki obronnej Unii Europejskiej dotyczy budowy pewnej struktury, która ma transferować pieniądze z poszczególnych państw członkowskich Unii Europejskiej, w tym z Polski, na rzecz przemysłu obronnego Niemiec. Gospodarka niemiecka jest w kryzysie i potrzebna jest jej kroplówka. Donald Tusk sprzedaje ten projekt w Polsce, opierając się na wciąż jeszcze istniejącym u nas sentymencie prounijnym, dlatego wskazuje, że dobre ułożenie z Niemcami będzie dla nas korzystne. Liczy, że na takim przekazie uda mu się przekonać Polaków i wygrać zbliżające się wybory do Parlamentu Europejskiego. Natomiast rzeczywistość jest zupełnie odwrotna i Niemcy nie są nam w stanie nic zaoferować.
Kwestia obronności była jednym z tematów poruszonych podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach. Innym elementem była pochwała, jaką Tusk wygłosił w stosunku do Europejskiego Zielonego Ładu i polityki klimatycznej, podczas gdy jeszcze niedawno mówił, że jego rząd tego nie zaakceptuje…
– To jest cały Donald Tusk, który jedno mówi, a drugie czyni. Dla niego polityka klimatyczna – polityka niemiecka – jest kolejnym elementem pewnej wizji unijnej, która tak naprawdę ma dawać Niemcom profity. I w tym sensie polityka Tuska jest polityką prozieloną, czyli proniemiecką w znaczeniu nowych zakupów technologii itd. W skrócie tak to wygląda. Przy obecnych rządach jesteśmy elementem polityki niemieckiej.
Jaki wymiar ma epatowanie Zielonym Ładem na Śląsku, który od wieków żyje z węgla?
– Ta ekipa najwidoczniej chce zrobić ze Śląska – utożsamianego dzisiaj z górnictwem węgla kamiennego, regionem od dziesięcioleci związanym z przemysłem ciężkim – główny okręg produkcji czy ekspansji zielonej energii. Jest to głupie już w samym założeniu, zwłaszcza że Śląsk kojarzy się z węglem i jeszcze długo tak będzie się. Widać jednak, że jest presja i Donald Tusk chce to zmienić, czyli przełamać paradygmat Śląska jako zagłębia węglowego na rzecz Śląska, który się będzie wpisywał w Europejski Zielony Ład. Tylko że Zielony Ład to jest wprost niewyobrażalne obciążenie dla gospodarstw nie tylko polskich, ale także unijnych i świadomość tego zagrożenia jest coraz bardziej powszechna.
Jak odebrał Pan informację o zamknięciu przez Komisję Europejską procedury naruszeniowej przeciwko Polsce. Co takiego się wydarzyło od 13 grudnia 2023 roku, że Bruksela zmienia swoje nastawienie i głosi, że w Polsce nie ma już systemowego zagrożenia dla praworządności?
– Teraz jest „praworządnie”, bo nie rządzi Zjednoczona Prawica. Fakty są natomiast takie, że zmienił się rząd, który de facto prowadzi bezprawną politykę niszczenia czy zawłaszczania różnych instytucji państwa polskiego, które zostały po rządach Prawa i Sprawiedliwości. Wystarczy wymienić to, co uczyniono z telewizją publiczną czy w ogóle z mediami publicznymi, bezprawne odwołanie i powołanie nowego Prokuratora Krajowego czy działania wobec powołanego w 2020 roku Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego oraz wiele innych poczynionych szkód. Z tym, że dla decydentów z Brukseli to wszystko się nie liczy, dla nich ważne jest, że niszczone jest PiS, a więc formacja, która nie jest w układzie proniemieckim i probrukselskim. Co więcej, ktoś, kto walczy ze Zjednoczoną Prawicą, jest wręcz klepany po plecach. I to jest skandaliczne. Unia Europejska, działając w ten sposób, dała kolejny dowód na to, że ingeruje w wewnętrzną politykę polską, a praworządność i kamienie milowe to tylko baty stosowane wobec niepokornych krajów.
Zastanawiam się, co przeważyło, co było stawką, co jeszcze Tusk zrobił, żeby zyskać przychylność Ursuli von der Leyen?
– Wydaje się, że przehandlował Polskę jako podmiot, który chciał grać alternatywnie. I to jest szczególnie namacalne w przypadku Centralnego Portu Komunikacyjnego, który został ogłoszony jako nieaktualny tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. A wszystko po to, żeby zadowolić Niemców. Niemcy z kolei odpłacają się Donaldowi Tuskowi, klepiąc go po plecach. Polityka, jaką uprawia Tusk, jest wysoce szkodliwa dla Polski.
O czym świadczy fakt, że ogłoszenie decyzji o powołaniu unijnego komisarza do spraw obrony ma miejsce w Polsce?
– Być może ktoś z polityków „koalicji 13 grudnia” otrzyma stanowisko komisarza do spraw obrony. Jednak nie to jest najważniejsze, ważne jest to, czy będzie tam reprezentowana opcja polska czy niemiecka. Równie dobrze można sobie wyobrazić polityka z Polski, który będzie piastował ten urząd, ale realizował opcję niemiecką, czyli realizował zamówienia broni od przemysłu niemieckiego, a nie znacznie bardziej zaawansowane i na wyższym poziomie technologicznym uzbrojenie amerykańskie. I to są moim zdaniem problemy, także to, jaką ten rząd będzie reprezentował politykę czy polską czy brukselsko-berlińską.
Na czele scentralizowanej, nowej Unii Europejskiej ma stać 15-osobowa egzekutywa. Tam raczej Polski nie będzie?
– Bruksela dąży do tego, żeby poszerzać swoje kompetencje. To tylko pokazuje, gdzie za obecnej władzy Tuska jest miejsce Polski. Polska, która zgadza się na taki układ, jest siłą rzeczy poklepywana po plecach. I nic w tym dziwnego, bo Niemcom nie jest potrzebna Polska, która wchodzi w obszar konkurencyjny, ale taka, która zgadza się na wszystko – Polska, która jest tylko elementem polityki niemieckiej.
Ambicje, żeby zostać komisarzem unijnym do spraw obrony, ma Radosław Sikorski, który ostatnio był z wizytą w Stanach Zjednoczonych. Pan Profesor ostatnio też gościł za Oceanem, jak tam jest postrzegany szef polskiej dyplomacji?
– Podczas wizyty w Waszyngtonie Radosław Sikorski rzeczywiście nie spotkał się np. ze swoim odpowiednikiem, sekretarzem stanu Antonym Blinkenem, ale przynajmniej dla mnie nie ma w tym nic dziwnego. Przecież Sikorski jest politykiem, który wychwalał politykę niemiecką już wcześniej, a niedawno podczas swojego exposé powiedział, że Warszawa i Berlin potrzebują siebie nawzajem. Nie jest więc politykiem, którego można by zaliczyć do grona polityków podmiotowych. Poważnym politykom szkoda więc czasu, żeby się z nim spotykać. Prościej jest spotkać się i porozmawiać z ministrem spraw zagranicznych Niemiec i od źródła czerpać informacje, bez pośredników. Ponadto wydaje się, że w Stanach Zjednoczonych nie zapomniano słów, jakie padły na słynnych taśmach z jednej z warszawskich restauracji, czy też wyczynów Sikorskiego na Twitterze, gdzie nie mając żadnych dowodów, de facto mówił o roli Amerykanów w wybuchu Nord Streamu. Nie jest to zatem polityk, o którym można by powiedzieć, że jest niezależny, należący do niezależnej opcji. W jego postawie widoczne jest nastawienie proniemieckie i chyba tak on sam postrzega swoją karierę i tak też jest traktowany chociażby w Waszyngtonie.
A co Amerykanie sądzą dzisiaj o polskiej władzy rządowej reprezentowanej przez Tuska?
– Dla Amerykanów w sensie polityki zagranicznej to jest Berlin. Czasem próbuje się tę władzę przywoływać do porządku, jeśli chodzi o zamówienia zbrojeniowe. Dlatego prezydent Joe Biden zaprosił do Białego Domu nie tylko prezydenta Andrzeja Dudę, ale też premiera Donalda Tuska, żeby przy nowej władzy podkreślić amerykańskie interesy i zobowiązanie kontynuacji polityki zbrojeniowej. Tak czy inaczej w Stanach Zjednoczonych w ogóle mało się mówi dzisiaj o podmiotowości polskiej polityki, która po objęciu władzy przez „koalicję 13 grudnia” właściwie nie istnieje.
Co to może oznaczać dla nas?
– Mówiąc obrazowo, płyniemy na falach, które są wzburzone. Stąd łatwo się rozbić o skały – zwłaszcza kiedy nie mamy żadnego steru, kiedy brak nam pomysłu na siebie. Wszystko jest dziełem przypadku.
Jaką rolę w tym bezideowym tyglu władzy mogą odegrać wybory do Parlamentu Europejskiego?
– Nie przypuszczam, żeby wybory europejskie coś zmieniły. To nie są wybory, które mogłyby zdecydować czy wpłynąć na to, kto rządzić będzie w Polsce. Owszem, jeśli Donald Tusk przegrałby te wybory jako kolejne z rzędu, to mogłoby to dać wiele do myślenia wyborcom, którzy i tak widzą rozbieżności między obietnicami Tuska a ich realizacją. Natomiast wynik tych czerwcowych wyborów nie będzie miał bezpośredniego przełożenia na władzę.

