Rada Unii Europejskiej zatwierdziła pakt migracyjny. Jakie mogą być dla nas konsekwencje ostatecznej już decyzji?
– Na naszych oczach tworzona jest Europa multikulturalna. W ślad za tym roznoszone są różne problemy, których Stary Kontynent dotąd nie znał albo nie w tej skali,
jaka może nastąpić. W tej sytuacji nie można wykluczyć zamachów terrorystycznych, bo nie jest żadną tajemnicą, że tego typu problemy pojawiały się za każdym razem wraz z nielegalną migracją. Niezdolna do refleksji, niewyciągająca żadnych wniosków Europa dzieli się z nami tym wszystkim, tym kłopotem, który pociąga za sobą nielegalna migracja.
Co popycha elity unijne do otwierania
na oścież drzwi Europy dla nielegalnych migrantów. Chyba są świadomi zagrożeń,
o których Pan Profesor wspomniał?
– Przyjęcie paktu migracyjnego z całą pewnością będzie zachętą, po pierwsze, dla ewentualnych chętnych przedostać się na kontynent europejski, po drugie,
dla przemytników ludzi, żeby wzmóc falę przemytu
i zarabiać jeszcze więcej. Skoro będzie przymus relokacji
i redystrybucji migrantów po państwach Unii Europejskiej, to znaczy, że godzimy się de facto na nielegalną migrację. W związku z czym po stronie unijnych decydentów musi być jakieś zacietrzewienie, jakaś niezrozumiała niechęć do starej Europy, Europy z tradycjami, opartej na wartościach chrześcijańskich i cywilizacji łacińskiej. Ten model życia społecznego i państwowego jest – według lewackich elit
– przeszkodą do forsowania rewolucji światopoglądowej, więc trzeba w tym modelu zamieszać i go niszczyć. Swoją drogą nie wszystkie kraje są tak „postępowe” jak te
w Europie Zachodniej, więc trzeba się z nimi podzielić, narzucić im presję. Jest też pewna prawidłowość,
że ci migranci zwykle głosują na lewicę, co jest doświadczeniem dość powszechnym i być może
o to chodzi, żeby sprowadzić sobie nowy elektorat, przysposobić nowych wyborców. To jest dość skomplikowany proces, ale z całą pewnością nastawiony
na zniszczenie starego porządku w Europie.
To jest cel polityczny, ale w rozumieniu
elit lewicowych migracja ma też cel ekonomiczny – migranci jako tania
siła robocza…
– Cel ekonomiczny już w założeniu jest negatywny. O ile imigracja legalna polega na tym, że zaprasza się ludzi
np. do pracy, ludzi, którzy są zdolni do asymilacji ze społeczeństwem i kulturą danego kraju, którzy będą pokojowo współżyć z obywatelami takiego czy innego państwa, o tyle migracja nielegalna jest odwrotnością tego procesu. Nielegalni migranci najczęściej nie przybywają do Europy, aby pracować, ale liczą na socjal i życie na koszt innych. Nie mają też zamiaru się asymilować, a jak pokazują doświadczenia tych państw, w których już przebywają, tworzą enklawy, w których panuje prawo szariatu. Co więcej, chcą nam narzucać swoje prawo, kulturę i religię.
Ośrodkom lewicowym, które forsowały
pakt o azylu i migracji, chodzi też
o przemieszanie społeczeństw i zanik tożsamości narodowych. To jest
szczególnie groźne?
– To prawda, jest to szczególnie niebezpieczne,
ale z naszego punktu widzenia. Natomiast tożsamości narodowe są postrzegane przez konstruktorów
i propagatorów utworzenia superpaństwa europejskiego jako zagrożenie, jako czynnik, który może pokrzyżować
im plany integracji europejskiej i powstania jednego europejskiego państwa albo bardzo szybko je rozsadzić.
W związku z tym jeśli czytamy, że narody są zagrożeniem, to wszystko to, co je osłabia, jest przez twórców ideologii lewicowych postrzegane jako zjawisko pozytywne. I tak to wygląda.
Polska po rosyjskiej agresji na Ukrainę przyjęła na stałe do siebie od 1,5 do nawet
2 mln uchodźców z Ukrainy, za co od Unii Europejskiej nie otrzymaliśmy właściwie żadnych pieniędzy. Logiczne wydaje się zatem zwolnienie nas z przymusu przyjmowania nielegalnych migrantów?
– W ideologicznych gremiach UE logika nie ma żadnego znaczenia, tam liczy się doraźny interes. Co więcej,
fakt, że przyjęliśmy tak dużą grupę Ukraińców i że sobie poradziliśmy, jest argumentem za tym, żeby nam dodać jeszcze więcej nielegalnych migrantów. Nie jest to zatem argument, aby nas zwalniać z obowiązku, tylko przeciwnie, żeby nam jeszcze dołożyć dodatkowe obciążenie. Niestety, ale tak właśnie działają organy unijne.
Do czego zmierzamy prowadzeni przez lewicowo-liberalne ośrodki decyzyjne
w Unii i Polsce. Z jednej strony mamy szaleństwo klimatyczne, z drugiej są nielegalni migranci, a do tego jeszcze mrzonki o wspólnej armii europejskiej?
– Zmierzamy w kierunku superpaństwa europejskiego.
Co więcej, bardzo niebezpieczne jest to, że wobec tego szaleństwa nie ma większego oporu. Jeśli podczas głosowania w Radzie Unii Europejskiej przeciwko paktowi
o migracji i azylu głosowały tylko trzy kraje: Polska, Słowacja i Węgry, a więc projekt przeszedł bez większego problemu, to znaczy, że jest przyzwolenie na taką politykę. Zatem coraz większymi krokami zmierzamy w kierunku superpaństwa europejskiego budowanego kosztem naszej suwerenności i naszego interesu narodowego – zresztą
nie tylko naszego. Ponadto sposób głosowania za paktem migracyjnym – nie na zasadzie jednomyślności, ale większością kwalifikowaną – pokazuje, że stworzono mechanizm wykluczający możliwość skutecznego sprzeciwu. W tej sytuacji rząd Donalda Tuska mógł
sobie pozwolić na sprzeciw, mając świadomość,
że i tak nic to nie znaczy.
Donald Tusk winę zrzucił na rządy Zjednoczonej Prawicy…
– W Parlamencie Europejskim europarlamentarzyści Prawa i Sprawiedliwości byli przeciw paktowi migracyjnemu
w przeciwieństwie do ludzi Tuska. Unia Europejska krok
po kroku zawłaszcza poszczególne dziedziny, obszary suwerenności państw narodowych. Chodzi o to, żeby scedować kompetencje państw narodowych do Unii. Bruksela małymi krokami, ale konsekwentnie, realizując swoje cele, wymusza posłuszeństwo. Wygląda to tak,
że najpierw rzuca się w przestrzeń niby niewinny projekt jako pieśń przyszłości, jednocześnie wymusza się jego akceptację, grożąc wstrzymaniem wypłaty środków europejskich itd. Kończy się tym, że projekty, stworzone
i przyjmowane wbrew obowiązującym unijnym traktatom, stają się faktem, a poszczególne państwa są niby
w majestacie prawa przez urzędniczą machinę brukselską pozbawiane podmiotowości, stają się zakładnikami i tracą suwerenność. Koszty tego procesu są więc przeogromne.
Jest jeszcze możliwość, żeby zaskarżyć
pakt migracyjny. Jednak trudno liczyć,
że rząd Tuska się na to zdecyduje?
– Donald Tusk, co wielokrotnie udowodnił, jest bezwolny
w relacjach z Berlinem i Brukselą, na pewno się nie sprzeciwi. Jeśli nawet zdecydowałby się na zaskarżenie paktu migracyjnego, to chyba pan redaktor nie wierzy,
że Trybunał Sprawiedliwości UE z siedzibą w Luksemburgu czy jakakolwiek inna europejska instancja sądowa podejmą decyzję wbrew prądowi, który w tej chwili jest głównym nurtem europejskim. Ja w coś takiego nie wierzę.
W związku z tym zaskarżenie, jeśli się nawet pojawi, finalnie i tak nic nie da.
Co w tej sytuacji nas czeka za dwa lata, kiedy pakt migracyjny zacznie obowiązywać?
– Sprawa wydaje się jasna – mianowicie: albo będziemy przyjmować nielegalnych migrantów, albo będziemy płacić, i to słono. Mechanizm przymusowej redystrybucji zakłada, że np. Polska będzie musiała przyjąć 30 tys. migrantów rocznie, a za odmowę Unia Europejska nałoży na nas karę w wysokości 20 tys. euro za każdego nieprzyjętego migranta. Co więcej, te przepisy są podobno tak sformułowane, że w sytuacji kryzysowej – o czym decyduje Komisja Europejska – liczba migrantów może wzrosnąć, zwiększeniu może też ulec wysokość kary. Dzisiaj mowa jest o przyjęciu w ciągu roku przez Unię Europejską 4 mln migrantów, ale kto powiedział, że nie będzie ich więcej. Presja ma to do siebie, że jeśli chętni przybyć do Europy zobaczą, że Unia Europejska otwiera swoje granice, to za chwilę może być 10 czy nawet 14 mln osób. Czeka nas niebywały problem, którego do tej pory jako Polska, dzięki rozsądnej polityce rządu Zjednoczonej Prawicy, nie mieliśmy. Niedawno byłem w Nowym Jorku
i muszę powiedzieć, że chcąc wejść do muzeów czy katedr, trzeba przejść szczegółową kontrolę, nie mówiąc już o tym,
że są tam bramki jak na lotniskach. Kontrole są więc bardzo skrupulatne, a ludzie ze względów bezpieczeństwa są skanowani. Tam to już pewna norma, ale my do tej pory czegoś takiego nie mieliśmy. Wygląda na to, że będzie nas to teraz czekać. Czuliśmy się bezpieczni, ale wychodzi
na to, że nasze poczucie bezpieczeństwa się skończy.
Zdaje się, że skończy się wchodzenie bez problemów
do obiektów uniwersyteckich, urzędów czy muzeów.
Czy jest coś, co może jeszcze otrzeźwić decydentów, aby zatrzymać niebezpieczną migracyjną falę ograniczającą nasze bezpieczeństwo?
– Decyzja będzie podejmowana nie w Warszawie,
ale w Brukseli. Tam urzędnicy żyją w pewnej bańce, pozamykani w złotych klatkach, i głosy otrzeźwienia
do nich nie docierają, a jeśli już, to są ignorowane, ideologicznie definiowane jako ksenofobia. Nie wierzę
w otrzeźwienie tych ideologów czy brukselskich elit.
Ale przecież ci ludzie mają też rodziny, dzieci. Nie liczą się z zagrożeniem?
– Rodziny to chyba za dużo powiedziane, bo „postęp” zaszedł tam tak daleko, że gros tych ludzi żyje w rozbitych bądź nieformalnych związkach. Tak czy inaczej większość zachodnich elit ma już ten problem, wiedzą, co to znaczy,
i chcą się tym zagrożeniem z nami podzielić.

