logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Niebezpieczne gierki Tuska

Środa, 29 maja 2024 (21:24)

Rozmowa z prof. dr. hab. Mieczysławem Rybą, historykiem, członkiem Kolegium IPN, wykładowcą KUL i AKSiM

Skandaliczny spot Platformy, epatowanie czaszkami, co ma obciążyć Prawo i Sprawiedliwość współpracą z Rosją. Czy w ogóle da się PiS-owi zarzucić współpracę z Putinem i Moskwą?

– Racjonalnie rzecz biorąc, nie da się, natomiast jest sprawą wiadomą, że Donald Tusk z całą „koalicją 13 grudnia” chce sprowokować Zjednoczoną Prawicę do agresji, tym samym sprowadzić całą sprawę do wojny międzypartyjnej. Na kanwie tego próbuje zmobilizować swój elektorat, który – trzeba to stwierdzić – jest bardzo zdemobilizowany, do udziału w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Zresztą trudno się dziwić temu zniechęceniu, bo od strony treściowej Koalicja Obywatelska nie prezentuje w tej kampanii nic pozytywnego, natomiast jest element wrogości czy wręcz nienawiści do PiS-u, a więc kampania negatywna. Dlatego pojawiają inwektywy pod adresem Zjednoczonej Prawicy –  mam na myśli słowa rzucone przez Tuska z mównicy sejmowej –  „płatni zdrajcy, pachołki Rosji”. Tym samym Tusk przywołał słowa Leszka Moczulskiego, który w 1992 roku z tego samego miejsca – podczas debaty sejmowej nad potępieniem wprowadzenia w 1981 roku stanu wojennego w Polsce – rozwinął w ten sposób skrót PZPR. Można więc rzec, że wszystko to, co ma na sumieniu Platforma, Tusk i jego przyboczni, próbują przypisać Zjednoczonej Prawicy. To  znana metoda Donalda Tuska stosowana w momencie, kiedy rządzenie nie idzie, kiedy schody stają się coraz bardziej strome, a do Polaków zaczynają docierać podwyższone rachunki za gaz i prąd, pojawia się więc uzasadniony niepokój. Trzeba więc odwrócić uwagę, obudzić emocje, i stąd cały ten plan obarczenia PiS-u rzekomą współpracą z Rosją i Putinem.

Donald Tusk czyni to tak z siebie czy też wpisuje się w kampanię unijną?  

– Oczywiście, że sformułowanie takiej tezy jest także elementem wpisania się w kampanię ogólną unijną. Na szczytach unijnych stwierdzono bowiem, że obarczając  poszczególne kraje czy liderów prawicowych współpracą z Rosją, w ten sposób da się powstrzymać przed przejęciem sterów władzy przez siły narodowe. Na przykład w Holandii zmienił się rząd, który utworzyły cztery prawicowo-centrowe formacje, premier jest z zupełnie innej bajki, nie z obecnego establishmentu europejskiego, co wskazuje, że prawdopodobnie zmieni się polityka Holandii wobec Unii Europejskiej. W Brukseli obawiają się, że w ślad za tym może pójść fala, stąd próbują znaleźć odpowiednią narrację, stworzyć jakiś poziom emocji, który będzie mobilizować twardy elektorat. I o ile jakoś się to da jeszcze skleić na przykład we Francji, choć również z trudem, może też w Niemczech w odniesieniu do AfD [Alternatywy dla Niemiec], to próba obarczenia współpracą z Rosją PiS-u, a więc formacji antyrosyjskiej, jest bezsensowne czy wręcz głupie. Tylko czy rozum zwycięży w nadchodzących wyborach do europarlamentu, to się okaże.

Mówi Pan Profesor, że próba obarczenia PiS-u współpracą z Rosją jest bezsensowna czy wręcz głupia, a może ten przekaz jest adresowany do określonego typu wyborców?

– Tu chodzi o mobilizowanie. Kalkulacja jest taka, że wyborcy środka nie pójdą głosować – ich te wybory nie przyciągają, nie mobilizują. Dlatego zwycięży ta formacja, której uda się zmobilizować własny elektorat i odebrać wyborców formacji stojącej po tej samej stronie politycznej. Założenie jest więc takie, że te najbardziej antypisowskie absurdy mają przenieść elektorat Lewicy na stronę Platformy. Dlatego – proszę zwrócić uwagę, że Platforma już wszystko wrzuca do tej wyborczej beczki – zarówno temat aborcji, jak i inne lewackie pomysły ideologiczne, po to żeby Lewicę ogołocić z elektoratu, przyciągając go do siebie. Donald Tusk robiąc ten manewr, działa celowo, z rozmysłem mając świadomość, że ten elektorat – choć może niewielki – to jednak uczestniczy wyborach, więc warto go podebrać. Swojego, tego twardego Koalicja Obywatelska nie straci, bo jest on tak mocno antypisowski, że przyjmie wszystko, co mu tylko liderzy partyjni podrzucą, nawet to, że Kaczyński jest kosmitą. I tak to jest mniej więcej skalkulowane. Jednak czy to będzie działać, pokażą wyniki czerwcowych wyborów. Może to być bardzo ciekawe od strony socjologicznej.

Dlaczego Tuskowi tak bardzo zależy na obarczeniu PiS-u działalnością agenturalną? Słyszymy o rządowej komisji ds. badania wpływów rosyjskich w Polsce, tymczasem nie trzeba być specjalnie zaangażowanym politycznie, żeby ocenić chociażby zdjęcia Tuska z Putinem na Kremlu, w Warszawie, z sopockiego molo czy ze Smoleńska, tuż po katastrofie, w której zginęło 96 najważniejszych osób w państwie polskim…

– To prawda, ale propaganda może zrobić niemalże wszystko. Proszę sobie przypomnieć, jak po katastrofie smoleńskiej niemal od razu zrobiono szum informacyjny, oskarżając pilotów o czterokrotne podchodzenie do lądowania, rzucając oskarżenia pod adresem generała Błasika, że był pijany, że był obecny w kokpicie i wymusił na pilotach lądowanie. Padły też zarzuty pod adresem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, że nalegał, żeby lądować we mgle, a więc pojawiły się rozmaite kłamstwa – nawet najbardziej nieprawdopodobne, a wszystko po to, by wytworzyć pewną zasłonę dymną, swoisty natłok, młyn informacyjny. Robiono to, żeby już nikt nigdy po tym wszystkim nie wracał do tematu wpływów rosyjskich w Polsce. I to wszystko, o czym pan redaktor powiedział, ciąży Tuskowi, w związku z czym chciałby poprzez te kłamstwa i odbijanie zarzutów w drugą stronę, doprowadzić do takiej sytuacji, że wszystkim się znudzi, obrzydnie ten temat do tego stopnia, że jeśli nawet pojawią się realne kwestie wiążące go z rosyjskich wpływami, to nikt już tego nie będzie oglądał, nikogo to nie będzie interesowało. 

Polacy są rzeczywiście tak naiwni, że uwierzą propagandzie Donalda Tuska, jego „koalicji 13 grudnia” i usłużnych mediów?

– Przyznam, że nie wiem. Skoro Polacy w ostatnich wyborach parlamentarnych postawili na opcję niemiecką, uczynili to, mając świadomość, że Niemcy prowadzą Unię Europejską do katastrofy gospodarczej, energetycznej, to trudno powiedzieć, jak teraz postąpią. Myślę, że pełną odpowiedź na to pytanie będziemy znali po 9 czerwca.

Gdzie są w tym wszystkim jakieś granice zwyklej, ludzkiej przyzwoitości?

– Obserwując działania polityków, można zaryzykować, że takiej granicy, granicy ludzkiej przyzwoitości w polityce nie ma. Wszystko przesunęło się tak daleko, że zasady przestały obowiązywać. Coraz częściej mamy sytuacje, które można by sprowadzić do starej zasady: złodziej krzyczy łapać złodzieja, i czyni to w sposób bezczelny, mając zrabowany towar w ręce.

Do czego to prowadzi, bo przecież agresja w polityce i polaryzacja elektoratów dla celów wyborczej walki, której jesteśmy świadkami, może się skończyć naprawdę źle? Przecież spot Platformy, o którym była mowa, spot pełen agresji, ukazał się dzień po zamachu na premiera Roberta Fico. A więc to, co się wydarzyło na Słowacji, nie spowodowało żadnej refleksji u polityków Tuska…

– Refleksji nie ma żadnej. I nawet jeśli zdarzyłoby się u nas coś podobnego, co nie daj Boże, to i tak agresję zarzucą Prawu i Sprawiedliwości, powiedzą, że to wina Kaczyńskiego, że to prawica rozbudziła emocje, wywołała agresję itd. Niewątpliwie są to rzeczy bardzo groźne, co tu dużo kryć. Zresztą już raz w październiku 2010 roku mieliśmy Ryszarda Cybę, który w łódzkiej siedzibie PiS, z zimną krwią, zastrzelił Marka Rosiaka i ranił nożem innego pracownika. Mając to na uwadze, warto wyciągnąć wnioski, żeby nic podobnego już nigdy się u nas nie wydarzyło. Nic więc dziwnego, że ze strony polityków PiS-u pojawiają się apele o rozsądek i umiar, a poseł Mariusz Błaszczak mówi wprost pod adresem rządzących, że „jeśli w Polsce dojdzie do podobnej tragedii, będziecie mieli krew na rękach...”. Natomiast widać też, że działają stare sprawdzone zasady, charakterystyczne dla czasów czy układów komunistycznych. Zważywszy, że Donald Tusk ten elektorat, czy raczej te środowiska, przejmuje – to one go popierają, bo współuczestniczą we władzy, więc posługują się tymi metodami, które dobrze znają. Tylko że są to metody niebezpieczne, i to wszystko może doprowadzić do jakiejś tragedii.  

Tusk, jak Pan Profesor powiedział, chcąc się wzmocnić, próbuje przejąć elektorat Lewicy, tymczasem Lewica krytykuje ten spot Koalicji Obywatelskiej…

– Politycy Lewicy krytykują ten spot, bo nie mając zbyt dużo przestrzeni, chcą się jakoś ratować. W ogóle jeśli mówimy o środowiskach postubeckich czy post-PZPR-owskich, to one działają według swoich dobrze pojętych interesów. Jeśli więc Donald Tusk obsługuje ich bieżące interesy, to dla nich nie ma znaczenia jakiś Włodzimierz Czarzasty, a tym bardziej Robert Biedroń. Natomiast jeśli mówimy o radykalnej, tęczowej Lewicy, to ona też będzie  się skłaniała w stronę tych, którzy będą gotowi zrealizować ich postulaty, ich program. W tej sytuacji liderom Lewicy zostaje coraz mniej miejsca, nic więc dziwnego, że szukają czegoś, co odróżni ich od Koalicji Obywatelskiej. Dlatego pojawia się poparcie dla koncepcji Centralnego Portu Komunikacyjnego, bo większość Polaków jest za realizacją tej strategicznej inwestycji. Widać więc, że szukają czegokolwiek, co będzie ich odróżniało od Platformy i Tuska. Tyle tylko, że jest im coraz trudniej.

Czy tymi swoimi działaniami Tusk przygotowuje się też w jakiś sposób do wyborów prezydenckich i próbuje stworzyć konflikt nawet w gronie swoich koalicjantów?

– Donald Tusk przede wszystkim chce zniszczyć wszystkich konkurentów po swojej części sceny politycznej, być jedynym, być samcem alfa. I jeśli mu się to uda, to później przy pomocy usłużnych mediów będzie manipulował, będzie próbował łagodzić swój wizerunek.

Czy to może być skuteczne? 

– W mojej ocenie nie, bo rząd Tuska ma coraz więcej problemów, problemów realnych, gospodarczych, ale widać, że Tusk się nie zniechęca i cały czas próbuje.

Na ile realne jest to, że Donald Tusk – jak zapowiedział – nie wystartuje w przyszłorocznych wyborach prezydenckich i odda pałeczkę Rafałowi Trzaskowskiemu?

– Jeśli już, to wcale nie jestem przekonany, że odda prym Trzaskowskiemu. Myślę, że Tusk będzie śledził sondaże i patrzył, czy ma szanse zostać prezydentem. Jeśli rozezna, że nie będzie miał żadnych szans, to mimo wciąż niespełnionych ambicji i apetytu, będzie musiał zrezygnować ze startu w przyszłym roku w wyborach prezydenckich. A może już tęskno mu za Brukselą i unijnymi apanażami?

 

 Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl