logo
logo

Zdjęcie: fot.arch. twitter/brzonca/ Inne

Wybiórcza pamięć Tuska

Poniedziałek, 3 czerwca 2024 (20:38)

Aktualizacja: Poniedziałek, 3 czerwca 2024 (20:47)

Rozmowa z Bogdanem Rzońcą, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości

Tusk w swojej kampanii nie przedstawia żadnego pozytywnego programu, unika tematów niewygodnych, natomiast koncentruje się na krytyce i rozliczaniu Zjednoczonej Prawicy i obarczeniu Prawa i Sprawiedliwości rzekomą współpracą z Rosją. To może spróbujmy zdemaskować ten absurd i powiedzieć, jak to ze współpracą z Putinem było za jego rządów?

 

– Zarówno Donald Tusk, Radosław Sikorski, jak i cała ekipa związana z nimi współpracowała z Rosją. O resecie w relacjach z Moskwą mówił otwarcie Tusk w swoim exposé czy w mediach, gdzie głośno, wyraźnie padały deklaracje dobrych relacji z taką Rosją, jaka ona jest. I to nie ulega najmniejszej wątpliwości, są dokumenty, są nagrania, historycy to zanotowali. Nie ma więc żadnych przekłamań, żadnej przesady ze strony Prawa i Sprawiedliwości w stwierdzeniu, że Donald Tusk ciągnął w stronę Putina, a Radosław Sikorski w stronę Ławrowa. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że ta ekipa przez cały okres swoich poprzednich rządów miała dobre relacje z Rosją. Kulminacją jest umowa gazowa z Gazpromem podpisana w październiku 2010 roku przez ówczesnego wicepremiera Waldemara Pawlaka, umowa skrajnie niekorzystna dla Polski. To był szczyt wszystkiego i namacalny dowód na relacje gospodarcze rządu Tuska z Rosją, de facto uzależnianie się od Moskwy i to nawet za wszelką cenę. Dopiero w 2020 roku PGNiG otrzymało od Gazpromu zwrot półtora miliarda dolarów de facto „podarowanych” przez Pawlaka Gazpromowi za gaz zakupiony w ramach niekorzystnego dla nas kontraktu jamalskiego. Dlatego w obliczu faktów trudno mi jest pogodzić się z faktem, że w Polsce ktoś, kto piastuje urząd premiera, robi wszystko, żeby wykręcać prawdę do góry nogami. Dziwi więc to, że wobec faktów tak słaba jest reakcja społeczna na zachowania Donalda Tuska i Radosława Sikorskiego – w przeszłości, kiedy tyle jest dowodów świadczących o ich pozytywnych relacjach z Moskwą. Wizyta Tuska w Moskwie, spotkania Tuska i Putina na sopockim molo, wspólne cygara Sikorskiego i Ławrowa na balkonie warszawskiego Pałacu na Wodzie mówią same za siebie. Co więcej, Ławrow w 2010 roku szkolił polskich dyplomatów podczas narady ambasadorów w Warszawie, przemawiał do nich. To jest obraz znakomitych relacji między Tuskiem i Putinem oraz Sikorskim i Ławrowem.

 

Tymczasem dzisiaj Tusk i Sikorski próbują odwracać kota ogonem…

 

– To jest kameleonizm w najczystszej postaci, który przeczy pamięci historycznej, próbuje zafałszować obrazy, pracę dziennikarzy, fotoreporterów i kwestionować rzeczywisty przekaz oraz arystotelesowską prawdę, która polega na zgodności rzeczy i umysłu, czyli tego, co widzimy, co oglądamy. Przecież tak było, wszyscy to widzieli, tymczasem Tusk mówi, że nie, że tak nie było i współpracę z Rosją zarzuca PiS-owi. Dla mnie jest nie do uwierzenia, że w XXI wieku można Polakom tak bezczelnie robić wodę z mózgu.

 

Elementem kampanii, rywalizacji z PiS-em, a tak naprawdę walki z Polakami jest walka Trzaskowskiego z krzyżem. Tymczasem słyszymy, że w Warszawie ma powstać trzeci już meczet i centrum muzułmańskiej społeczności.

 

– To jest właśnie tolerancja, tak jak oni ją rozumieją, czyli dyskryminacja jednych, a hołubienie innych. Myślę też, że atak na krzyż to była próba odwrócenia uwagi od podwyżek cen żywności, drożyzny energetycznej, upadku firm, zwolnień grupowych. Uważam też, że Trzaskowski dał sygnał, że urząd prezydenta RP specjalnie go nie interesuje, że raczej marzą mu się intratne stanowiska w Unii Europejskiej, tym bardziej że to rząd będzie decydował, kogo wyznaczyć na stanowisko komisarza. Podejmując walkę z krzyżem, Rafał Trzaskowski – mimo korzystnych sondaży – wyłączył się ze startu w przyszłorocznych wyborach prezydenckich i oczekuje – w jego mniemaniu – czegoś więcej, czyli europejskich stanowisk, że swoją przyszłość wiąże bardziej z Brukselą niż z Warszawą, w której jest bardziej zarządcą, że nie interesuje go też Polska i że oczekuje na propozycję europejską. Uważam, że atakiem na krzyż chciał też przetestować swój elektorat, wysyłając sygnał, że urzędy stołeczne będą bez krzyży. Inaczej nie potrafię tego skomentować, bo to, co zrobił, to był strzał w kolano. Swoją drogą próba wciągnięcia w dyskusję światopoglądową się nie powiodła, bo Polacy w zdecydowanej większości stoją twardo po stronie wartości chrześcijańskich.

 

Tusk jutro, 4 czerwca, w rocznicę wyborów parlamentarnych w 1989 roku organizuje wiec na placu Zamkowym. Mówi, że 4 czerwca to dzień, w którym Polacy pokonali zło i apeluje: „bądźmy razem, żeby to zło nigdy już do Polski nie wróciło”…

 

 

– Donald Tusk jest specjalistą od przykrywania swoich grzechów czy porażek, swojej prawdziwej tożsamości politycznej, w wykręcaniu prawdy. Świętowanie rocznicy częściowo wolnych wyborów – z punktu widzenia Polski dosyć istotnej, bo 4 czerwca 1989 roku był zrywem narodowym i odpowiedź Polaków była jednoznaczna, ale te wybory naprawdę wolne były tylko do Senatu. Natomiast w wyborach do Sejmu strona partyjno-rządowa w wyniku ustaleń przy okrągłym stole zagwarantowała sobie 65 procent miejsc. Dlatego wybrany wtedy Sejm był nazywany „kontraktowym”, a same wybory – częściowo wolnymi. Szkoda tylko, że Tusk już tak hucznie nie wspomina innej daty, kiedy z 4 na 5 czerwca 1992 roku, w „noc teczek”, był jednym z reżyserów obalenia rządu premiera Jana Olszewskiego. Taka to już jego wybiórcza pamięć.

 

Warto też wspomnieć, że jest to tez dzień europejskiego protestu rolniczego przeciwko Zielonemu Ładowi…

 

– Protest przeciwko Zielonemu Ładowi to protest przeciwko Europejskiej Partii Ludowej – formacji Donalda Tuska. Dlatego w Europie raczej będzie komentowane to, co się wydarzy w Brukseli, a nie jakiś wiec Tuska w Warszawie. Oczywiście do Warszawy zjadą klakierzy, najtwardszy elektorat Platformy, pokrzyczą, ale z punktu widzenia problemów, z jakimi boryka się dzisiaj Polska i Europa, to jest mało istotne. Polska tym nie żyje, tym bardziej Europa, nawet Platforma tym nie żyje, bo liderzy kandydujący z list Koalicji Obywatelskiej w większości raczej skupią się na regionach. Można się więc spodziewać, że będzie to kolejny miting Tuska, który ma wypełnić brak pomysłów „koalicji 13 grudnia” na rządzenie Polską. Swoją drogą lenistwo tej ekipy jest wielkie, brakuje projektów ustaw, które poprawiłyby kondycję i zadbały o rozwój państwa, więc pojawia się pomysł manifestacji, wymachiwania unijnymi flagami. Myślę, że Polacy tego nie kupią. Polska żyje w tej chwili innymi problemami, Polacy mają problem, jak związać koniec z końcem po podwyżkach cen żywności, obawiają się wzrostu cen energii: prądu, gazu, ciepła, lękają się też wzrostu bezrobocia. Poczta Polska w kryzysie, jest zapowiedź zwolnień, pracownicy PKP Cargo otrzymują wypowiedzenia z pracy i zmuszani są do świadczenia pracy za 60 procent pensji. Drożyzna energetyczna zmusza firmy do likwidacji działalności w Polsce, co grozi kolejnymi zwolnieniami. Jak widać, jest źle, ale Tuska to nie interesuje. On woli organizować miting w Warszawie, żeby atakować przeciwników politycznych, a usłużne media odpowiednio to nagłośnią i to jest tylko po to.

 

Do Brukseli zjadą rolnicy z całej Europy, by protestować przeciwko zgubnej unijnej polityce i Zielonemu Ładowi, a także w sprawie ochrony rynku wewnętrznego Unii Europejskiej oraz za wsparciem europejskiego sektora hodowli zwierząt. Czy ten protest może wpłynąć na wynik niedzielnych wyborów?

 

– Uważam, że ten protest będzie miał przełożenie na wynik wyborów europejskich. Europejscy rolnicy jako branża są bardzo zdeterminowani i świadomi zagrożeń, jakie niesie za sobą polityka unijna i Europejski Zielony Ład, jeśli nie zostanie wyrzucony do kosza. I ten protest w Brukseli będzie bardzo istotny, jeśli chodzi o wynik wyborczy. Mam nadzieję, że społeczeństwa w poszczególnych krajach poprą eurorealizm, euronormalność i nie przyłożą swojej ręki do kontynuacji Zielonego Ładu, który jest zgubny dla Polski i Europy.

 

O tym rolniczym proteście mało się mówi w Polsce, natomiast docierają do nas bardzo niepokojące informacje z Niemiec, gdzie imigrant z Afganistanu w Mannheim zamordował policjanta i ranił kilka osób. Jak zatrzymać to migracyjne szaleństwo, żeby do Polski nie docierali potencjalni zabójcy?

 

– To ogromny dramat policjanta, który zginął pchnięty nożem oraz jego bliskich i wszystkich, którzy w wyniku tego ataku zostali ranni. To pokazuje, że imigranci robią to, co chcą. Dzieje się to w sytuacji, kiedy Unia Europejska przymyka oczy na tego typu sytuacje, dopina pakt migracyjny otwierający na oścież bramy Europy dla fal migracyjnych. To powoduje, że presja migracyjna wzrasta, ale podobnie, jeśli chodzi o presję, jest na polsko-białoruskiej granicy, gdzie brutalne ataki na naszych  żołnierzy są coraz częstsze. To jest wynik nadmiernej tolerancji, braku refleksji, co tylko powoduje wzrost agresji ze strony bandytów, którzy czują się wręcz komfortowo, bezkarnie. Nic więc dziwnego, że organizują sobie happeningi z nożami w ręku, które jak w przypadku Mannheim kończą się tragicznie. To sprawi, że Unia Europejska, głucha na takie niepokojące działania, będzie w oczach ludzkich coraz mniej istotna. Natomiast z powodów gospodarczych będących wynikiem zgubnej, bezrefleksyjnej, ideologicznej polityki unijnych władz gospodarczo Unia będzie pogrążać się w coraz większym kryzysie – tak jak kiedyś Związek Sowiecki. Tak będzie, jeśli Europa się w porę nie opamięta, jeśli siły eurorealistyczne nie dojdą do głosu po wyborach 9 czerwca.

 

Może najwyższy czas, aby Europa powróciła do modelu Unii Europejskiej Schumana?

 

– Jeśli Unia się nie opamięta, jeśli ten dyktat niemiecko-francuski nie zostanie powstrzymany, to projekt Unii Europejskiej ojców założycieli legnie w gruzach. Obawiam się, jestem wręcz przekonany, że jeśli szybko nie nastąpi reforma Unii, która powinna być nakierowana na gospodarkę, to zadłużenie pogrąży Unię Europejską, bo państwa członkowskie nie będą chciały płacić większych składek. Zabraknie więc pieniędzy także na spłatę już zaciągniętych długów i Unia Europejska zmarginalizowana będzie się stawać coraz mniej istotna, mniej ważna i będzie coraz wyraźniej przegrywała rywalizację z Chinami, ze Stanami Zjednoczonymi. To się skończy zapaścią i rozpadem gospodarczym Unii Europejskiej, bo każdy kraj członkowski w pierwszej kolejności będzie dbał o własne interesy, a nie o interesy coraz bardziej odrealnionych brukselskich elit. Mam nadzieję, że zwycięży normalność, która będzie polegała na skoncentrowaniu się na sprawach poszczególnych państw, a nie na sprawach ideologicznych. Warto w tym miejscu przypomnieć, obalić pewien mit – mianowicie Polska przez 20 lat swojego członkostwa w Unii Europejskiej otrzymała 160 miliardów euro unijnego wsparcia, czyli rocznie osiem miliardów euro i podobnie będzie w tym roku, czyli otrzymamy ok. 34 miliardy złotych. Tymczasem budżet państwa polskiego w tym roku, po stronie dochodowej, sięga 682 miliardów złotych. To pokazuje, że państwo polskie funkcjonuje nie dzięki unijnemu wsparciu, ale dzięki Polakom, dzięki własnemu budżetowi, własnym podatkom, a nie dzięki jałmużnie z Unii Europejskiej.

 

                   Dziękuję za rozmowę. 

 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl