Donald Tusk we wrześniu w Poczdamie otrzyma dziennikarskie wyróżnienie M100 Media Award za „niezachwianą walkę
z autokracją”. Jeśli premierowi z Polski Niemcy przyznają taką nagrodę, to za jakie zasługi?
– Za zasługi, które przynoszą korzyść polityce niemieckiej wobec Polski. Niemcy uważają Donalda Tuska za sojusznika i mają ku temu podstawy, bo polityka rządu „koalicji 13 grudnia” jest proniemiecka do bólu. Wszystko, co jest w interesie niemieckim, jest przez ten rząd spełniane. Można długo wymieniać: zahamowanie budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego z siecią połączeń kolejowych, zaprzestanie pogłębiania rzeki Odry, w praktyce zablokowanie też budowy portu kontenerowego na Wyspie Uznam, ponadto zablokowanie budowy elektrowni jądrowych oraz wykolejenie innych inwestycji
i przedsięwzięć istotnych z punktu widzenia strategicznych interesów Polski. W praktyce rząd Donalda Tuska nie odwołał się też od wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, tak naprawdę blokującego już za kilka lat pracę kompleksu kopalni
i elektrowni w Turowie. Można odnieść wrażenie, że ta władza robi wszystko, żeby Niemcy byli zadowoleni.
Z tym że Tusk już za swoich poprzednich rządów działał na korzyść Niemiec.
– Owszem, polityka Donalda Tuska już za pierwszych rządów w latach 2007-2014, kiedy sprawował urząd Prezesa Rady Ministrów, też była silnie proniemiecka.
Tylko że wtedy chodziło o coś innego – mianowicie Niemcy dogadywali się wówczas z Rosjanami w kwestii wielkiego hubu energetycznego, czyli gazociągów Nord Stream 1
i Nord Stream 2. Na skutek tego porozumienia Niemcy miały się stać miejscem, skąd gaz pompowany przez rurociągi na dnie Bałtyku miał być dystrybuowany
po całej Europie. Miało to być fundamentem „wspaniałej” współpracy gospodarczej Niemiec z Rosją. I wtedy jakoś nie było problemu, że w wyniku spalania gazu wydziela się CO2, co więcej – gaz był uznawany za zielone ekologiczne paliwo. To się jednak zmieniło, kiedy dostawy gazu z Rosji zostały przerwane i teraz za używanie gazu będziemy obkładani jakimiś ogromnymi podatkami. Natomiast wtedy Niemcom na rękę było to, żeby Polska utrzymywała relacje z Rosją.
I doszło do resetu…
– Mało tego, doszło do zacieśnienia współpracy polsko-
-rosyjskiej, której nie przerwała nawet agresja Rosji na Krym w 2014 roku. Tutaj Polska w polityce zagranicznej
de facto na życzenie Niemiec stała się wobec Rosji elementem dogadywania się Berlina z Moskwą. Niemcy uznały, że skoro mają utworzyć hub gazowy – konsorcjum handlowe kontrolujące całą Europę – to Polska, która leży na szlaku z Rosji do Niemiec, też musi być w przyjaznych relacjach z Moskwą. I to oczekiwanie Berlina Donald Tusk realizował, można rzec, w stu procentach, czego dowodem był słynny reset. I Niemcy za to wszystko okazywali ogromną wdzięczność Donaldowi Tuskowi, stąd też nagrody, jakimi go honorowano. Dzisiaj mówimy
o nagrodzie dziennikarzy czy mediów, ale wcześniej Tusk dostał prestiżową nagrodę im. Karola Wielkiego, którą odebrał w Akwizgranie w maju 2010 roku, a dwa lata później medal Walthera Rathenaua z uzasadnieniem: „za zasługi dla pogłębienia integracji europejskiej”. I zwłaszcza ta nagroda im. Walthera Rathenaua budziła duże wątpliwości u Polaków, bo z naszego punktu widzenia Rathenau wcale nie był postacią świetlaną. To on był twórcą układu w Rapallo z kwietnia 1922 roku, układu między Rosją Sowiecką a Niemcami, który był wymierzony przeciwko Polsce i zapoczątkował wieloletni flirt Berlina
z Moskwą w okresie międzywojennym. Potem te niemiecko-rosyjskie relacje się schłodziły, ale tylko
na jakiś czas, bo później znowu była zażyłość, czego dowodem był układ Ribbentrop-Mołotow z sierpnia
1939 roku, który był jeszcze bardziej wymierzony
w Polskę. Niemcy traktują Tuska jako sojusznika
i przyznają mu różne nagrody.
Polacy wobec tego, co Pan Profesor powiedział, nie są ukontentowani tymi nagrodami dla Tuska od Niemców,
bo to chyba nie jest powód do dumy?
– Te nagrody – z punktu widzenia polskiego obywatela – na pewno dają wiele do myślenia. Tym bardziej dziwię się Donaldowi Tuskowi, że nie ma na tyle zdrowego rozsądku, żeby odmówić przyjęcia tych wcześniejszych nagród, ale też kolejnej – M100 Media Award. Pamiętamy, jaka krytyka spadła na niego za medal Walthera Rathenaua czy nagrodę im. Karola Wielkiego. Swoją drogą, kiedy w 2023 roku zaczęły się ukazywać odcinki serialu „Reset”, to Prawo
i Sprawiedliwość zażądało od Tuska, aby oddał te medale Niemcom. Dlatego z punktu widzenia Tuska warto byłoby się nad tym zastanowić. Najdziwniejsze jest uzasadnienie przyznania tej nagrody: „za niezachwianą walkę
z autokracją”, kiedy to właśnie Donald Tusk wprowadził
w Polsce rządy autokratyczne – delikatnie rzecz ujmując – bo niektórzy uważają rządy „koalicji 13 grudnia” za totalitarne. Łamanie prawa na ogromną skalę, więźniowie polityczni, m.in. ks. Michał Olszewski i dwie pracownice resortu sprawiedliwości, którzy po aresztowaniu byli traktowani w sposób okrutny. Wcześniej doszło do aresztowania posłów Mariusza Kamińskiego i Michała Wąsika, były czy też są próby aresztowania kolejnych polityków Zjednoczonej Prawicy. Mamy na przykład ściganie listem gończym byłego prezesa Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych Michała Kuczmierowskiego związanego z premierem Mateuszem Morawieckim
i wytaczanie procesów wszystkim politykom opozycji, niezależnie czy ma to jakikolwiek sens.
Na tym chyba nie koniec?
– Owszem, widać, że to wszystko Tuskowi nie wystarcza, stąd w tej chwili minister Adam Bodnar ogłosił, że rozpoczyna śledztwo w sprawie przekroczenia uprawnień przez pierwszą prezes Sądu Najwyższego Małgorzatę Manowską, co też zakrawa na jakąś paranoję. Jakby tego było mało, mamy formułowane zarzuty wobec byłego ministra obrony Mariusza Błaszczaka za organizowanie pikników wojskowych, a byłego wiceministra sprawiedliwości Michała Wosia wzywa się do prokuratury
w związku ze śledztwem dotyczącym Funduszu Sprawiedliwości. To wszystko pokazuje, że mamy jakieś totalne szaleństwo. Niektórzy uważają, że niedługo żaden minister, wiceminister czy dyrektor w ministerstwie nie podejmie żadnej rozsądnej decyzji w obawie, że będzie ścigany przez prokuraturę i sądy. Michał Kuczmierowski, polityk, który w najtrudniejszym momencie, kiedy mieliśmy pandemię COVID-19, czy później, kiedy Rosja napadła na Ukrainę, kiedy kupowano niezbędny sprzęt
i urządzenia, teraz ten człowiek jest za to ścigany. Widać jednak, że każdy pretekst jest dobry. Sprawdza się – także dzisiaj – powiedzenie sowieckiego prokuratora Andrieja Januariewicza Wyszynskiego: „Dajcie mi człowieka,
a paragraf się znajdzie”. Czasy niby dzisiejsze, ale metody sprzed lat.
Jak to się może skończyć?
– Ta polityka totalitarna powoduje opór społeczny, który narasta i generuje powstanie podziemia politycznego. Społeczeństwo w pewnym momencie nie wytrzyma opresyjnych skutków działań tej władzy i finansowych obciążeń, podwyżek gazu, prądu i innych. Tak było w stanie wojennym. Oczywiście ta władza pewnie bardzo
nie chciałaby, żeby taki opór powstał, ale to podziemie zacznie się prędzej czy później kształtować. Jeśli dalej będą przykręcać śrubę niezależnym mediom: Telewizji Trwam, Radiu Maryja, „Naszemu Dziennikowi” czy Telewizji Republika, to zaczną powstawać środki społecznego przekazu podziemne, jeszcze bardziej radykalne. Donald Tusk ze swoją ekipą chyba nie zdają sobie sprawy, że krok po kroku zmierzają w tym kierunku i de facto kopią sobie polityczny grób.
Ta władza niszczy, demoluje Polskę w wielu innych obszarach?
– To prawda. Mamy więc stopniowe wyrzucanie lekcji religii ze szkół, czy w ogóle demolowanie polskiego szkolnictwa. Likwidowane są zakłady, ludzie są zwalniani z pracy, usuwani są fachowcy zastępowani tzw. swoimi, mamy też obsadzanie spółek Skarbu Państwa niekompetentnymi ludźmi, czego efektem są spadki dochodów strategicznych firm. Mamy też łamanie zasady wolności słowa, rozmaite szykany wobec dziennikarzy itd. Zatem z jednej strony mamy dziś w Polsce łamanie praw człowieka
i szykanowanie przeciwników politycznych – i to na ogromną skalę, a z drugiej strony widzimy totalną nieudolność rządzących, w tym ministrów, wiceministrów, których jest dzisiaj już chyba ponad 135, przy czym większość z nich absolutnie nie nadaje się do wykonywania zadań, którymi mają się zajmować. W tej sytuacji przyznawanie Tuskowi medalu za walkę z autokracją musi wywoływać salwę śmiechu.
O co zatem chodzi z tą niemiecką nagrodą?
– Tutaj chodzi bez wątpienia o interesy niemieckie, o które Tusk dba, a także o poparcie dla tego polityka również
z innych krajów europejskich – tych, w których rządy sprawują opcje lewicowo-liberalne. Jesteśmy świadkami prania mózgów, że każdy polityk o poglądach prawicowych, chrześcijańskich, odnoszących się tradycyjnych wartości to jest faszysta, ekstremista, którego trzeba tępić. I taką zbitkę pojęciową lansuje się w sprzyjających środkach masowego przekazu. Trafia to na podatny grunt, zwłaszcza że przeciętny Europejczyk ma problemy, mamy kompletny upadek nauki czytania ze zrozumieniem, brakuje refleksji, a ludzie często są ogłupieni przez środki masowego przekazu do tego stopnia, że nie posiadają własnego zdania. Zresztą Polska te społeczności niewiele interesuje, traktowana jest jako kraj odległy z Europy Środkowej i nikt nie zwraca uwagi, że w tej Europie Środkowej rozpoczęły się dwie wojny światowe, że jeśli chodzi o położenie strategiczne, jest to najważniejsze geopolityczne terytorium na świecie. Jak widać, jest to wszystko żałosne, można powiedzieć, że śmieszne. Nie sądzę więc, żeby przyjęcie tego wyróżnienia Donaldowi Tuskowi wyszło na dobre. Tylko czy stać go na trzeźwą ocenę? Jeśli tak, to powinien odmówić przyjęcia tego wyróżnienia.
Tusk ma otrzymać to wyróżnienie wraz
z prezydent Kosowa Vjosą Osmani-Sandriu, a w komunikacie czytamy też, że wyróżnieni „wyznaczają standardy i inspirują”…
– Widać Niemcom podoba się siłowe przejęcie TVP
i mediów publicznych, siłowe wejście do KRS, ściganie
polityków opozycji i szukanie na nich haków, działania
na rzecz delegalizacji PiS. Skoro im się to podoba, to może chcą podobne standardy stosować u siebie, żeby wprowadzić reżim lewicowo-liberalny, gdzie jakiekolwiek przejawy myśli prawicowej, chrześcijańskiej, konserwatywnej będą po prostu tępione i z góry uważane za faszyzm. Takie tendencje w Europie już się pojawiają: nie wolno krytykować teorii gender czy ideologii lgbt, bo to może być uznane za „mowę nienawiści”. Wystarczy wziąć przykład z igrzysk olimpijskich w Paryżu i sportowców, bokserów – mężczyzn, których dopuszczono do nierównej walki z kobietami, i nie wolno było absolutnie tego krytykować. Większość dziennikarzy w obawie
o konsekwencje wyrzucenia z pracy chowała język
za zębami lub półgębkiem mówiła o wątpliwościach
co do biologicznej płci tych osób. To wszystko wskazuje,
że mamy na szeroka skalę zastraszanie, zakazywanie innego sposobu myślenia niż lewicowy czy lewacki odrzucający wartości konserwatywne, chrześcijańskie. Tylko że jest to odrzucenie zdroworozsądkowego sposobu myślenia, co niestety staje się pewnym dogmatem coraz częściej występującym w państwach europejskich.
Laudację na cześć Tuska ma wygłosić kanclerz Olaf Scholz. Dlaczego Niemcy uroczystość wręczenia wyróżnienia
M100 Media Award robią z taką pompą, nagradzają swojego człowieka?
– Na pewno nagradzają człowieka, który – jak uważają – jest i będzie ich sojusznikiem. I na razie mają powody, żeby tak sądzić.
Na razie… Czyżby Tusk miał się zreflektować i zaczął służyć Polsce?
– Rzeczywiście ma pan redaktor rację, że to „na razie” zostało użyte przeze mnie zbyt pochopnie i Donald Tusk pewnie się nie zreflektuje, skoro przez te wszystkie lata tego nie zrobił. Natomiast to wyróżnienie, które ma otrzymać 12 września, jest z pewnością formą nagrody
i zachęty, aby nadal działać w ten sposób. Ponadto Niemcy nie zdają sobie sprawy, że przyznając tego typu nagrody,
w ten sposób osłabiają pozycję Donalda Tuska wśród Polaków. Polacy jednak patrzą nieprzychylnie na to,
że Tusk otrzymuję już kolejną nagrodę, a skoro tak, to widocznie idzie Niemcom na rękę. I tak może powiedzieć osoba, która zupełnie nie interesuje się polityką i na co dzień nie analizuje poczynań takiego czy innego polityka.
Z punktu widzenia samego Tuska decyzja o przyjęciu tej nagrody jest olbrzymim błędem. Ale być może czuje się tak pewnie, że pojedzie na tę pompę i będzie wysłuchiwał laudacji kanclerza Scholza. Widocznie uważa, że przyniesie mu to korzyść.

