Jak należałoby ocenić zarządzanie kryzysowe w sytuacji powodzi, jak wyglądała polityka informacyjna rządu, czy państwo polskie zdało egzamin?
– Nie uważam spektakli medialnych, transmisji posiedzeń sztabu zarządzania kryzysowego za dobre rozwiązanie. Natomiast żywioł to jest żywioł i ciężko cokolwiek przewidzieć w szczegółach. Woda jest nieprzewidywalna, podobnie jak szkody, które żywioł może wyrządzić. I to jest pierwsza kwestia. Tu nikt nie może mieć pretensji do premiera, ktokolwiek by nim nie był. Natomiast jest inna kwestia dotycząca spraw, na które człowiek ma już wpływ, które są w rękach osób decyzyjnych, które są w kompetencji takich ludzi jak szef rządu – przedstawiciel władzy wykonawczej. I premier, czy mu się to podoba, czy nie, podejmuje decyzje i ponosi odpowiedzialność oraz konsekwencje. Donald Tusk, niestety, miesza te dwie kwestie i zachowuje się jak spychacz, który próbuje odpowiedzialność z siebie zepchnąć na boki, mówiąc, że winni są źli bojarzy, a ja jestem dobry car.
Czy nie można było zadziałać odpowiednio wcześniej, żeby ograniczyć straty?
– Kalendarium wydarzeń pokazuje, że można było, zwłaszcza że – jak słyszymy – wiadomość, że nadciąga powódź, była już 10 września. Unia Europejska komunikowała ostrzeżenia dla państw członkowskich Europy Środkowej i Wschodniej pozyskane za pomocą systemu satelitarnego Copernicus. Zresztą informował
o tym na forum Parlamentu Europejskiego komisarz unijny ds. zarządzania kryzysowego Janez Lenarčič. A więc nie mówimy o kataklizmie, który pojawił się nagle, znikąd. Również Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej ostrzegał o intensywnych opadach deszczu i związanych z tym zagrożeniach hydrologicznych w województwach dolnośląskim, opolskim i śląskim, związanych z niżem genueńskim. Wydano też bodajże pięć ostrzeżeń. I jeśli IMGW ma informacje o szybkich i niebezpiecznych wzrostach stanów wód i je przekazuje, to należało na te sygnały odpowiednio zareagować. Tymczasem Donald Tusk, który 13 września uczestniczył w odprawie służb we Wrocławiu, uspokajał i mówił, że nie ma powodów do niepokoju.
Skoro 10 września były informacje z Unii Europejskiej, a 13 września z IMGW, to dlaczego nie było reakcji ze strony rządu?
– No właśnie, jest pytanie, czy system, który mamy w Polsce, nie jest tylko wydmuszką i papierowym smokiem, czy mamy formułę, która nie działała, nie działa, czy może działa, tylko osoby, do których te informacje o zagrożeniach docierają, po prostu je lekceważą.
Posłowie PiS Kacper Płażyński i Jan Mosiński, którzy byli wczoraj z kontrolą poselską w IMGW, twierdzą, że Instytut przekazał Tuskowi ostrzeżenia o niebezpiecznych zjawiskach pogodowych już 10 września. Ostrzeżenia były też przekazywane do Rządowego Centrum Bezpieczeństwa?
– To pokazuje, jak wyglądał przepływ informacji o zagrożeniu, oraz jaka była reakcja. Tymczasem słyszeliśmy od premiera, że prognozy nie są przesadnie alarmujące. Donald Tusk, który lubi konferencje, lubi medialny showm dzisiaj mówi, że te słowa zostały wyrwane z kontekstu przez złą opozycję i nieprzychylne mu media, oraz zachęca, żeby cytować całą tę jego wypowiedź, kiedy mówił też, że nie można lekceważyć sytuacji. Tłumaczy się także, że nie chciał straszyć, siać paniki, żeby nie wprowadzać histerii wśród ludzi. Nie zmienia to jednak faktu, że wprowadził ludzi w błąd, uśpił ich uwagę, czujność, dlatego wielu uspokojonych tym przekazem premiera zauważyło zagrożenie, kiedy woda zaczęła ich zalewać i nie było już czasu, żeby ratować nawet najpotrzebniejsze rzeczy, bo każdy chciał po prostu ujść z życiem. Tak czy inaczej można było zmniejszyć skutki tej powodzi, ludzie mogli się bardziej przygotować, uratować więcej dobytku, ale też służby mogły wcześniej zacząć reagować. Tymczasem zamiast posypania głowy popiołem mamy powrót cenzury, co więcej, bardzo szybką reakcję organów ścigania. Mam na myśli wpisy w mediach społecznościowych i przypadek 22-letniego człowieka, który na jednym z portali internetowych opowiedział o dramacie ludzkim w Lądku-Zdroju, o przypadkach kradzieży i braku działań służb na terenach powodziowych, co uznano za dezinformację w internecie, a mężczyzna został zatrzymany przez policję i przesłuchany. Jeśli mieszkańcy terenów zalewowych skarżą się, że ich zdaniem państwo nie działa, że działania służb są niewystarczające, i jest to odbierane jako dezinformacja, sianie zamętu itd., to jak to się ma do działań organizacji tzw. humanitarnych, które miały miejsce przy granicy polsko-białoruskiej? Czy wszyscy, którzy w czasach rządów Zjednoczonej Prawicy, łącznie z Tuskiem, mówili, żeby wpuścić nielegalnych migrantów napierających na polską granicę, że są to biedni ludzie, którzy poszukują swojego miejsca na ziemi, żeby nie budować żadnej zapory, czy wszyscy ci obrońcy nachodźców nie powinni być dzisiaj pociągnięci do odpowiedzialności karnej jako ci, którzy działali na szkodę państwa polskiego, bo bez wątpienia było to wrogie wobec Polski. Sytuacja, jak widać, jest ciekawa. Mam wrażenie, że w ramach tzw. demokracji walczącej Donald Tusk właśnie przekracza kolejną i chyba nieostatnią barierę.
Ale rząd, zdaje się, nie ma sobie nic do zarzucenia, bo to podobno bobry są winne tak ogromnej skali powodzi?
– No tak, demokracja walcząca walczy z bobrami. Tylko dlaczego nikt nie zapyta, czy wały powodziowe były odpowiednio modernizowane. Może też warto przypomnieć działania destrukcyjne tzw. ekologów, którzy przeszkadzali, jeśli chodzi o pogłębianie i retencję rzek, którzy byli przeciwni budowaniu wałów czy zbiorników retencyjnych, które mogłyby zatrzymać więcej wody i dzisiaj zmniejszyć skalę ludzkich dramatów. Niemcy nie bez przyczyny mówią, że na szczęście zbudowali odpowiednie zabezpieczenia, zanim tzw. ekolodzy stali się agresywni, bo dzisiaj pewnie by tego nie udało się zrobić. Może więc dzisiaj w obliczu powodzi, tragedii tysięcy ludzi, warto i u nas powiedzieć głośno, że terror ekologiczny działa na szkodę de facto państwa i obywateli, a jak są sytuacje, kiedy woda zalewa ludzi, to tych zielonych krzykaczy jakoś nie widać.
Wróćmy jeszcze do zarządzania tą powodzią, do 13 września i wypowiedzi Tuska, która uśpiła wielu ludzi. Zarządzanie kryzysowe, te spektakle medialne, chyba też pozostawiają wiele do życzenia?
– Zarządzanie kryzysowe ma to do siebie, że zakłada przeciwdziałanie, następnie reagowanie na sytuacje bieżące, a dalej odbudowę po klęsce powodzi czy jakiejkolwiek innej. Jesteśmy na początku tej drogi, więc warto sobie odpowiedzieć, jak to wyglądało i jaka była rzeczywista reakcja, pomoc ze strony instytucji publicznych np. w przypadki Lądka-Zdroju czy innych małych gmin, którym woda zniszczyła całą infrastrukturę. To są małe gminy liczące dwa czy pięć tysięcy mieszkańców, które mają bardzo małe dochody, budżety. I ci ludzie na początku walczyli sami z żywiołem, który przeszedł przez ich miejscowości jak front. Niektóre miasteczka tak naprawdę przestały istnieć, bo poziom strat w infrastrukturze, tak na oko, przekracza znacznie 50 procent. Poszkodowani są też mieszkańcy, którzy potracili dorobek życia. Tymczasem Donald Tusk przeniósł się do Wrocławia i zza biurka przyjął zasadę raportowania o statystykach dotyczących poziomu wody itd. Tymczasem ja, oglądając te transmisje posiedzeń sztabu zarządzania kryzysowego, oczekiwałem czegoś innego – mianowicie premier powinien się łączyć z powiatowymi centrami zarządzania kryzysowego. Może warto było skorzystać z systemu łączności, jak wypracowało Prawo i Sprawiedliwość w czasie pandemii koronawirusa i lockdownu. Myślę, że Tusk, przyjmując taką PR-owską metodę przekazu, sam na siebie ukręcił bicz, bo poziom niekompetencji i zaniechań był widoczny. Jeśli mamy dramat, to trzeba działać, podejmować decyzje o ewakuacji, kierowaniu w rejony zagrożone ludzi i sprzętu, jak pontony itd., a nie urządzać sobie nasiadówki w świetle kamer. Taki sprzęt i wojsko trzeba było przygotować i skoncentrować w rejonach zagrożonych już wcześniej, a więc już po 10 września, a najpóźniej 13 września.
Ktoś jednak nie odrobił pracy domowej…
– I to jest dramat całej tej sytuacji. Podczas tych spektakli, kiedy woda powoli ustępowała z poszczególnych terenów, to nie słyszałem, gdzie wszystko to, co zostało zniszczone przez powódź, zostanie wywiezione, zutylizowane. Co więcej, nie słyszałem, że na tereny, przez które powódź przeszła, które są skażone, wysyła się mobilne jednostki służby zdrowia, które mają za zadanie przeprowadzenie szybko akcji szczepień przeciw tężcowi itd. Tego nie było, ten temat nie istniał, natomiast byliśmy świadkami spektaklu premiera, który występował w roli dobrego cara, a obok byli źli bojarzy. Kuriozalne było, jak premier Tusk mówił, że otrzymał SMS-a, że do niego dzwonili, czy też że się dowiedział, że tam i tam jest zła sytuacja. Tusk po prostu zaczął się bawić w jednoosobowy sztab, który wrzuca temat, a pozostali w panice potwierdzają, że trzeba to szybko załatwić, bo premier powiedział. Ponadto od momentu, kiedy Tusk sprawuje funkcję prezesa Rady Ministrów, to przylgnął do niego przydomek wściekłego premiera, że Donald się wściekł, premier się zdenerwował na to czy na tamto. Funkcjonuje to zresztą w wielu mediach, co ma pokazać, że premier jest zdenerwowany, bo wokoło ma niekompetentnych ludzi. Dlatego słyszymy, że w Państwowym Gospodarstwie Wodnym Wody Polskie będą zwolnienia, będzie rozliczanie, ale innych, nie Tuska, który nie ma sobie nic do zarzucenia. Jeden z komentatorów, mówiąc, że w Polsce mamy dzisiaj putinowski system działań, miał rację. Tylko że premier nie może działać, karcąc innych i zrzucając z siebie jakąkolwiek odpowiedzialność, nie na tym powinno polegać zarządzaniem państwem, zarządzaniem kryzysem. Tymczasem mamy putinizm pierwszej wody i ludzie tak to odczytują, bo tak to wygląda. Zabawa w jednoosobowego specjalistę od wszystkiego, w alfę i omegę, jest kpiną. Tymczasem fakty są takie, że to premier jako pierwszy swoją wypowiedzią uśpił czujność ludzi i sparaliżował działania służb, bo żaden dowódca, żaden strażak nie będzie się wychylał, skoro premier wie lepiej.
Dzisiaj przed posiedzeniem Sejmu marszałek Hołowni,a niejako uprzedzając gorącą dyskusję na sali plenarnej, mówił, że to nie jest czas na kłótnie i spory. Dlaczego rządzącym tak bardzo zależy, aby nie skupiać się na winnych zaniedbań?
– Z jednej strony owszem, dzisiaj jest czas na działanie,
a nie na kłótnie i spory, kiedy mamy ogromne tereny do posprzątania po powodzi, do wysuszenia domostw
i odbudowy, bo idzie zima. Jednak to nie oznacza, że dyskusje są niepotrzebne, bo w mojej ocenie powinna powstać sejmowa komisja do spraw zbadania zaniedbań
w związku z zaistniałą powodzią. Jeśli dzisiaj nie zaczniemy zbierać dowodów, to może się okazać, że ich wkrótce nie będzie, że przypadkowo zaginą, okaże się, dajmy na to, że dyski zostały zalane, zniszczone itd. Dlatego z jednej strony trzeba działać w sposób szybki i racjonalny, bo usuwanie skutków powodzi potrwa co najmniej kilka lat, a z drugiej zbierać materiały i jak będzie trzeba, ukarać winnych zaniedbań.
Rząd na program Odbudowa Plus, łącznie ze środkami unijnymi, może zapewnić nawet 23 miliardy złotych. Czy to pomoc wystarczająca?
– Straty zostaną oszacowane i koszty odbudowy będą coraz bardziej racjonalne. Będą potrzebni pracownicy, sprzęt, materiały, a to wszystko będzie kosztowało. Tymczasem Donald Tusk ściągnął do Wrocławia szefową Komisji Europejskiej Ursulę von der Leyen i nagle, czary, mary, pojawiły się środki z Unii Europejskiej. Tylko że nikt nie powiedział, że to było sprytne przełożenie dostępnych już pieniędzy z kupki na kupkę, i oto jest cała pomoc. Ktoś robi z Polaków idiotów i mówi o czymś, o czym wiedzą wszyscy zajmujący się tą tematyką, że to, co obiecali von der Leyen z Tuskiem, to nie jest żadna pomoc, a ktoś wyraził tylko zgodę na użycie dostępnych już środków na inne cele, w tym wypadku związane z usuwaniem skutków powodzi.

