Kłamca! Zdradziłeś nas!” – usłyszał w 2010 r. podczas obchodów 30. rocznicy Sierpnia ’80 marszałek Senatu Bogdan Borusewicz od związkowców z „Solidarności”.
Ten symboliczny gest był potwierdzeniem tego, że Borusewicz zerwał z ideami związku, do którego powstania się przecież przyczynił. I trudno się spodziewać, aby relacje między marszałkiem Senatu a „Solidarnością” się poprawiły, zwłaszcza że Borusewicz dał potem kolejne dowody arogancji wobec związkowców.
Proces „rozchodzenia się” Bogdana Borusewicza z „Solidarnością” nie zaczął się jednak w 2010 roku. Mało kto już pamięta, ale w lutym 1991 r., gdy odbywał się III zjazd „Solidarności”, który miał wyłonić nowego przewodniczącego związku, po tym jak Lech Wałęsa został w grudniu 1990 r. prezydentem, Bogdan Borusewicz był jednym z trzech kandydatów na to stanowisko. Wygrał wtedy Marian Krzaklewski, który w ostatecznym głosowaniu pokonał Lecha Kaczyńskiego.
Związkowy poseł
Pozycja Borusewicza była w związku jednak silna, dzięki czemu w 1991 r., gdy został posłem z listy „Solidarności”, wybrano go też na szefa związkowego klubu parlamentarnego. Borusewicz był już wtedy jednak pod silnymi wpływami Unii Demokratycznej oraz takich polityków jak Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek czy Jacek Kuroń. Opowiadał się za bliską współpracą z UD. Dla wielu związkowców było to nie do przyjęcia, bo UD głosiła antyzwiązkowy program, a rząd Hanny Suchockiej (UD) uprawiał antypracowniczą politykę.
Choćby fatalnie prowadzona prywatyzacja – z powodu wielu afer nazywana nie tylko przez związkowców z „Solidarności” złodziejską – powodowała lawinowy wzrost bezrobocia i pauperyzację ludzi: to w okresie tego „solidarnościowego rządu” były przeprowadzane ogromne strajki przeciwko biedzie i bezrobociu. Tymczasem w największych mediach cały czas trwała antyzwiązkowa kampania propagandowa, gdzie wmawiano ludziom, że „S” przeszkadza w reformowaniu kraju, a działaczy związkowych przedstawiano niczym bandę nieodpowiedzialnych politykierów, żyjących w dodatku na koszt zakładów i robotników.
– Jaki zbudowaliśmy system? W jakim momencie przemian się znajdujemy? Jak długo jeszcze będzie trwała degradacja życia przeciętnej polskiej rodziny? Jak długo będą rodzić się fortuny pochodzące z układów i fatalnie skonstruowanego prawa, a często ze zwykłego przestępstwa tolerowanego przez konkretne i odpowiedzialne szczeble władzy? – pytał w Sejmie 27 maja 1993 r. poseł Alojzy Pietrzyk z „S”, składając wniosek o odwołanie rządu Suchockiej. Co warto podkreślić, w ten sposób poseł realizował uchwałę władz krajowych związku, nie była to więc samowola posłów „Solidarności”. Pietrzyk przypomniał wtedy, jakie nadzieje Polacy wiązali z rządem Suchockiej i jak zostały one zawiedzione. Rząd upadł, ale co ciekawe Borusewicz wbrew stanowisku „Solidarności” bronił premier Hanny Suchockiej i jej ministrów i zagłosował przeciw wotum nieufności. Gdy Lech Wałęsa rozwiązał parlament, Bogdan Borusewicz ogłosił odejście z „Solidarności” i całkowite przejście do polityki – w kolejnych wyborach startował z list Unii Demokratycznej i – po jej połączeniu z Kongresem Liberalno-Demokratycznym – Unii Wolności. Z tego powodu jego drogi zeszły się z „Solidarnością” w 1997 r., gdy powstał rząd koalicji AWS – UW. W 2000 r., po demonstracyjnym zerwaniu koalicji przez UW, Borusewicz odszedł ze stanowiska wiceministra spraw wewnętrznych i administracji.
Przeciw „S”
Co znamienne, w 2001 r., gdy nie udało mu się dostać do Sejmu, znalazł posadę w zarządzie województwa pomorskiego dzięki wstawiennictwu dawnych kolegów z „Solidarności”. Jarosław Kaczyński, ale nie tylko on, wspominali, że dużą rolę odegrał w tym śp. Lech Kaczyński, który namówił też brata do tego, żeby w 2005 r. Borusewicz dostał poparcie PiS w wyborach do Senatu (formalnie był kandydatem niezależnym). Także stanowisko nieżyjącego prezydenta przeważyło, gdy w PiS dyskutowano, czy powierzyć Borusewiczowi stanowisko marszałka Senatu. Jednak w sytuacji, gdy PiS zacieśniało współpracę z „S”, Borusewicz od związku coraz bardziej się oddalał.
Wpływ na to miały przede wszystkim wybory polityczne marszałka Senatu. W 2007 r. Borusewicz już nie krył się pod szyldem „kandydata niezależnego”, ale startował do Senatu z listy Platformy Obywatelskiej (tak samo jak w 2011 r.). A ponieważ rząd PO – PSL z powodu prowadzonej przez siebie polityki popadł w konflikt z „Solidarnością”, Borusewicz stał się stroną tego sporu. Związkowcy byli rozżaleni, że ich dawny kolega popierał kolejne antypracownicze ustawy, nie unikał też antyzwiązkowej retoryki.
Apogeum nastąpiło w 2010 r. podczas obchodów 30. rocznicy Sierpnia ’80. Na uroczystym zjeździe związkowcy wygwizdali premiera Donalda Tuska, wtedy też miało miejsce „słynne” wystąpienie Henryki Krzywonos, która zaatakowała „Solidarność” i Jarosława Kaczyńskiego, dzięki czemu stała się gwiazdą lewicowo-liberalnych mediów.
Najwyraźniej Bogdan Borusewicz nie chciał pozostać w tyle, bo też przypuścił ostry atak na związek. I wzywał wręcz do odebrania „Solidarności” historycznego logo. – To nie jest ta „Solidarność”. Odebrać jej znaczek! – mówił Borusewicz. Wzywał też „ojców-założycieli” związku do tego, aby się spotkali i wspólnie zastanowili się „nad przyszłością związku w obecnej postaci”. Jakby tego było mało, marszałek Senatu apelował o to, żeby kolejne święto „Solidarności” zorganizowały władze państwowe, a nie związek. Nic więc dziwnego, że słowa te rozpaliły emocje wśród ludzi „S”, tym bardziej że zostały wypowiedziane pod historyczną bramą Stoczni Gdańskiej. I dlatego zamiast słów aprobaty, Borusewicz usłyszał: „Kłamca! Odejdź stąd! Zdradziłeś nas”.
Do Senatu nie wpuszczę
Wydarzenia z 2010 r. można by traktować tylko jako polityczne różnice między „Solidarnością” a Borusewiczem, ale to, jak marszałek w 2012 r. potraktował związkowców, jest kompletnym zaprzeczeniem idei solidarnościowych. Chodzi o debatę nad ustawą o wydłużeniu wieku emerytalnego. Do Senatu chciała przyjść delegacja „S” na czele z przewodniczącym Piotrem Dudą. Bogdan Borusewicz jednak ich nie wpuścił, bo – jak tłumaczył – chodziło mu o „sprawność obrad i bezpieczeństwo”. – Muszę wyciągać wnioski z tego, co się działo 11 maja [2012 r.] przed Sejmem. Wtedy doszło do ograniczenia wolności posłów, a także do aktów agresji w stosunku do posłów – mówił Borusewicz, mając na myśli wielką demonstrację związkowców w czasie, gdy nad ustawą emerytalną dyskutowali posłowie. Tylko że wtedy, gdy obradował Senat, żadnej demonstracji nie było, a dyskusji senatorów chciała się przysłuchiwać kilkuosobowa delegacja „Solidarności”. – To hańba i wstyd dla polskiej demokracji – komentował Piotr Duda. – Jestem zszokowany tym, że w tym przypadku pan marszałek Senatu uznaje, że ten budynek to jest jego prywatny folwark i może sobie robić z tego, co chce, i może sobie wpuszczać, kogo chce – podkreślił Duda. Ale nie zdziwiło go specjalnie stanowisko Borusewicza, po tym jak wcześniej Lech Wałęsa wzywał do pałowania związkowców pikietujących przed Sejmem. – Bogdan Borusewicz i Lech Wałęsa oderwali się od pracowników i rzeczywistości. To robotnicy wynieśli ich na piedestał, a teraz Borusewicz nie wpuszcza ich na galerię, a Wałęsa chce ich pałować – podsumował Piotr Duda.
Tymczasem były szef „Solidarności” Janusz Śniadek przypomniał, że Jan Paweł II na jednym z ostatnim spotkań z przedstawicielami związku podkreślał istotną rolę „Solidarności” także we współczesnym świecie. Ludzie pracy również dziś potrzebują obrony swojej godności. – Niestety dawne ikony „Solidarności”, w tym Borusewicz, dzisiaj tego egzaminu solidarności nie zdają. Jako politycy zawodzą związek i pracowników – uważa Śniadek.
Cicho o Walentynowicz
Dawni koledzy Bogdana Borusewicza z opozycji może i mogą zrozumieć jego polityczne wybory, bo dla wielu z nich pójście marszałka najpierw do UD – UW, a potem do PO nie było zaskoczeniem. Nie mogą jednak zrozumieć, dlaczego zapomniał o ideałach „Solidarności”, jak również o bohaterach walki o wolną Polskę. Dotyczy to zwłaszcza braku reakcji Borusewicza na szkalowanie tak wybitnych postaci jak Anna Walentynowicz, co wypomnieli mu w otwartym liście Jan Karandziej, Kazimierz Maciejewski, Andrzej Runowski, Lech Zborowski, napisanym po powtórnym pogrzebie „Anny Solidarność”. „Jak wiesz, pożegnaliśmy po raz drugi naszą Annę Solidarność. Tą, którą tak dobrze znaliśmy w tak szczególnym czasie naszej wspólnej działalności. Była przecież nie tylko symbolem odwagi, patriotyzmu i troski o drugiego człowieka, ale również twoją i naszą opozycyjną przyjaciółką i wzorem do naśladowania. Niezależnie od tego, czy chcesz to przyznać, czy nie, podobnie jak my wiele jej zawdzięczasz. Na twoich oczach deptana jest godność i bezczeszczone były szczątki tej nie tylko najprawdziwszej z Polek, ale również tej, którą kiedyś nazywałeś towarzyszką opozycyjnych zmagań o wolną Polskę” – napisali autorzy listu. Dawni antykomunistyczni opozycjoniści apelowali do Borusewicza: „Dzisiaj jak nigdy przedtem masz obowiązek wziąć odpowiedzialność za poczynania rządzącej grupy, którą reprezentujesz. To jest twój obowiązek urzędowy. Jest jednak drugi wymiar twojej postawy, ten zwyczajnie ludzki. Ten, który kładzie ci na sumieniu moralny obowiązek dochodzenia prawdy o śmierci Anny Walentynowicz i wszystkich, którzy z nią polegli, jak również obowiązek walki o ich godność i pamięć”. I przypomnieli marszałkowi, że w czasach Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża nie do pomyślenia byłoby odmówienie komuś pomocy, bronienia go. „Pytamy więc dzisiaj: gdzie jest twój głos oburzenia? Dlaczego nie ma cię tutaj między nami, kiedy poniżana jest godność jednej z nas?” – napisali autorzy listu. I kończyli go dramatycznym pytaniem: „My jesteśmy tam, gdzie nasza pani Ania, której pamięci i godności dzieje się krzywda. A gdzie jesteś ty?”. List pozostał bez odpowiedzi.

