logo
logo

Dziś w
„Naszym
Dzienniku”

Zdjęcie: facebook_Father John Bartunek.jpg/ Inne

W Polsce usłyszałem głos powołania

Sobota, 4 stycznia 2025 (00:05)

Aktualizacja: Sobota, 4 stycznia 2025 (09:25)

ROZMOWA z o. Johnem Bartunkiem, wykładowcą akademickim, duchowym opiekunem na planie filmu „Pasja” Mela Gibsona

Zanim przyjął Ksiądz wiarę katolicką i został kapłanem, był protestantem, nauczycielem historii, aktorem i trenerem baseballu. Historia wstąpienia Księdza do Kościoła katolickiego to materiał na dobry film, a Polska i kościół Arka Pana w Nowej Hucie zajmują w niej ważne miejsce. Proszę opowiedzieć o tym naszym Czytelnikom.

– Na początku moich studiów historycznych na Uniwersytecie Stanforda w Kalifornii spędziłem rok we Florencji we Włoszech, a potem przez wiosenny kwartał 1989 roku przebywałem w Krakowie, to było jeszcze przed upadkiem muru berlińskiego. Podczas pobytu we Włoszech zakochałem się w sztuce, kulturze i historii Kościoła katolickiego. Byłem wtedy nawróconym ewangelikiem, ale nie rozumiałem katolicyzmu. Niektórzy nawet mnie uczyli, że katolicy nie są chrześcijanami. Nie rozumiałem wówczas wiary katolickiej. Zgłębiałem w Polsce sytuację waszego kraju w czasach komunizmu. Poznawałem podczas studiów polską kulturę i stało się dla mnie jasne, że Kościół katolicki był dla Polaków prawdziwym bastionem nadziei i światła w tych trudnych czasach. To naprawdę mnie zaintrygowało. We Włoszech zgłębiałem historię Kościoła i podziwiałem sztukę katolicką, a w Polsce mogłem obserwować żywą obecność wiary katolickiej w życiu Narodu i Kościół broniący ludzi, godności ludzkiej i sprawiedliwości. Poszedłem do kościoła Arka Pana w Nowej Hucie, ponieważ słyszałem, że jest to bardzo ważne i symboliczne miejsce dla tamtejszych katolików. Powody tej wizyty były czysto poznawcze – pewnego niedzielnego poranka udałem się tam na Mszę św. w ramach doświadczenia kulturalnego, związanego z przedmiotem moich studiów.

Dotarłem tam wcześniej, wszedłem na balkon i znalazłem miejsce, gdzie nikt by mnie nie widział, ale mogłem obserwować, co się dzieje. Nie rozumiałem wtedy istoty Mszy św., ale bardzo dobrze pamiętam kościół zapełniający się ludźmi. Wydaje mi się, że w kościele nie było ławek, ludzie po prostu stali i klęczeli na podłodze. Przynajmniej tak to zapamiętałem. A potem w momencie konsekracji i podniesienia Hostii te setki ludzi w kościele na kolanach, w całkowitej ciszy, adorowało naszego Pana, który właśnie stał się obecny w Eucharystii. Poruszyło mnie to bardzo głęboko. Nie rozumiałem teologii, ale nie mogłem zaprzeczyć prawdziwości wiary tych ludzi i realnej obecności Boga podczas tej Mszy św. Gdy wracałem do akademika, w tramwaju otrzymałem powołanie do kapłaństwa. Po prostu rozmyślałem o tym, czego doświadczyłem i co usłyszałem, jak nasz Pan powiedział do mnie bardzo wyraźnie: „John, powinieneś zostać księdzem”. Prawie się roześmiałem, bo nawet nie byłem katolikiem, a jako ewangelik nigdy nie myślałem o byciu pastorem. Ale to był początek mojego powołania.

 

Drogi Czytelniku,

cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.

Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym.

Beata Falkowska, „Nasz Dziennik”

Nasz Dziennik