Od pół roku nie jest już Pan pracownikiem Instytutu Pileckiego. W jaki sposób stracił Pan pracę?
– Nie zostałem zwolniony, wygasła mi umowa i nie została przedłużona przez nowe kierownictwo. Podobnie było z moimi kolegami z zespołu. Pracowałem nad projektem „Zawołani po imieniu”. Niezrozumiałe było jednak to, że wcześniej otrzymywałem zapewnienia, że to, co udało mi się zrobić, zostało dobrze ocenione, był sygnał, że wszystko jest w porządku. Okazało się jednak, że cały zespół nie otrzymał przedłużenia umów. Odbyło się to nagle. To był ewidentny sygnał, że program „Zawołani po imieniu” będzie likwidowany.
Nasz zespół był budowany etapowo. W kolejnych miesiącach dochodziły nowe osoby, które – i należy to mocno podkreślić – były uznanymi i zaangażowanymi specjalistami w dziedzinie badań nad Polakami ratującymi Żydów. Kolejno, wraz z końcem umów, cały zespół został zlikwidowany. Faktycznie wyglądało to tak, że program został wygaszony, mimo deklaracji, że będzie kontynuowany. Wszystkie fakty jednak temu przeczyły. Ponadto dyrektor Krzysztof Ruchniewicz deklarował, że będzie ze wszystkimi rozmawiał. Owszem, takie rozmowy się odbyły, jednak praktycznie na kilka dni przed tym, jak większość osób z zespołu odeszła. Rozmowy były kuriozalne. Pan dyrektor się żalił, jak zła jest sytuacja w Instytucie, że został oszukany. Twierdził, że uznaje nasze wyniki i pracę, ale postanowił nie przedłużać nam umów.
Drogi Czytelniku! Więcej warto przeczytać w papierowym wydaniu „Naszego Dziennika” dostępnym w punktach sprzedaży prasy lub w wersji elektronicznej TUTAJ.
Zapraszamy!

