logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: / Inne

Gra na przeczekanie

Środa, 13 sierpnia 2025 (10:36)

Aktualizacja: Środa, 13 sierpnia 2025 (10:37)

Rozmowa z Andrzejem Maciejewskim, politologiem

Po wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z maja 2025 roku, nakazującym ujawnienie treści SMS-ów wymienianych przez Ursulę von der Leyen z prezesem Pfizera w sprawie zakupu szczepionek przeciw COVID-19, Komisja Europejska nie zaskarżyła decyzji, lecz przygotowuje nowe uzasadnienie prawne, by ponownie odmówić mediom dostępu do tej korespondencji. Czy nie jest to otwarte lekceważenie wyroku i zasady przejrzystości w instytucjach unijnych?

– To podręcznikowy przykład polityczno-prawnej ekwilibrystyki, w której przepisy traktuje się jak plastelinę i modeluje, by dopasować do bieżących potrzeb władzy. Zamiast wprost zmierzyć się z presją społeczną i ujawnić treść korespondencji, przedstawić wiarygodne informacje, próbuje się znaleźć taki wytrych w przepisach, który pozwoli obejść oczekiwania i w praktyce zachować status quo. To klasyczna taktyka „formalnej ucieczki” – skoro nie da się wygrać wprost, to należy stworzyć pozory zgodności z prawem, by móc powiedzieć: „postąpiliśmy zgodnie z procedurami”. Problem polega na tym, że w oczach opinii publicznej taki manewr wygląda jak cyniczna gra na przeczekanie i ochrona własnych interesów, a nie jak działanie w duchu przejrzystości, do której unijne instytucje rzekomo się zobowiązują. I to właśnie podważa zaufanie – bo jeśli prawo staje się narzędziem kamuflażu, a nie mechanizmem kontroli, to mówimy już nie o sporze prawnym, lecz o kryzysie wiarygodności. A dla milionów Europejczyków kwestia zakupu szczepionek w czasie epidemii COVID-19 jest sprawą fundamentalną.

KE broni się, że kluczowych SMS-ów wysyłanych między przewodniczącą Komisji Europejskiej a prezesem Pfizera nie ma. Rozpisała też całą historię, jak do utraty tych SMS-ów doszło. Wiadomości „zaginęły” po wielokrotnej wymianie jej telefonów czy czyszczeniu starszych urządzeń bez przenoszenia danych… Pojawia się pytanie – czy od początku ktoś świadomie zadbał o to, by opinia publiczna nigdy nie poznała treści tej korespondencji?

– Tak, to wygląda na precyzyjnie zaplanowaną operację zaciemniania faktów – od samego początku prowadzoną z pełną świadomością, że sprawa jest co najmniej wątpliwa, a jej ujawnienie mogłoby wywołać polityczne trzęsienie ziemi. Widzimy tu klasyczny mechanizm: usuwać ślady, zanim ktokolwiek zdąży je zabezpieczyć, a przy tym robić to w taki sposób, by później można było wzruszyć ramionami i powiedzieć: „dowodów nie ma”. A przecież w każdym cywilizowanym systemie prawnym fundamentem jest właśnie dowód, nie przypuszczenie czy pogłoska. Jeśli więc ktoś te dowody konsekwentnie likwiduje, to nie dlatego, że są one bez znaczenia, lecz dlatego, że właśnie mają znaczenie kluczowe. I naprawdę nieistotne jest, czy do skutecznego usunięcia tych danych doszło przypadkiem czy celowo. To jest zbyt ważna sprawa, aby prowadzić negocjacje SMS-ami i aby one później wyparowały.

Prawdziwą stawką sprawy nie jest tu sam fundament przejrzystości instytucji unijnych w kontekście największego kontraktu szczepionkowego w historii UE – wartego miliardy euro i dotyczącego zdrowia setek milionów obywateli?

– Przede wszystkim trzeba zauważyć, że ta historia może być tylko wierzchołkiem góry lodowej. Możliwe, że w tle istnieją inne, równie niewygodne wątki, o których nie wiemy. W Parlamencie Europejskim od lat zdarzają się przypadki działań lobbystycznych na granicy prawa, prowadzonych przez państwa azjatyckie czy afrykańskie, w których biorą udział europosłowie. Dużo mówi się też o lobbingu Rosji – który jest faktem, a nie mitem. To pokazuje, że brak transparentności nie jest tu incydentem, lecz problemem systemowym – a sprawa Pfizera może być jedynie kolejnym dowodem na to, że w unijnych gabinetach zbyt często zapadają decyzje poza zasięgiem obywatelskiej kontroli. Mnie to wyjątkowo przeszkadza. Uważam to za akt patologii.

Dlaczego stworzono taki mechanizm, w którym Komisja Europejska została wyposażona w narzędzia i umocowania traktatowe, czyniące ją w praktyce instytucją nie do ruszenia, pozbawioną realnej kontroli zewnętrznej?

– Właśnie po to, by nikt nie mógł jej skutecznie rozliczyć. Nie istnieje realna instancja odwoławcza, a cała narracja sprowadza się do jednego hasła: „Komisja działa w interesie Unii Europejskiej”. Brzmi dumnie, ale kto ma to zweryfikować, kto ma prawo osądzić, czy rzeczywiście tak jest? Problem polega na tym, że Komisja Europejska sama dla siebie tworzy usprawiedliwienia, a system został zaprojektowany tak, by żadna z osób zasiadających w tych strukturach nie poniosła konsekwencji. Mają wbudowany bufor bezpieczeństwa, mechanizm gwarantujący im nietykalność. I nawet jeśli pojawiłyby się podstawy do wyciągnięcia konsekwencji, to przy obecnej konstrukcji prawnej byłoby to w praktyce niewykonalne.

Biorąc pod uwagę ogromne kwoty i skalę interesów, jakie kryją się za kontraktami na szczepionki przeciw COVID-19, musimy pogodzić się z myślą, że opinia publiczna nigdy nie pozna kulis tych negocjacji i szczegółów zakupu?

– Wszystko powinno zostać ujawnione, bo mówimy o sprawie mającej kolosalne znaczenie finansowe i polityczne, a także dotyczącej zdrowia Europejczyków. W praktyce jednak obawiam się, że całość została już zamknięta w szczelnej piramidzie powiązań i interesów, do której nikt z zewnątrz nie dotrze. Efekt tego jest taki, że zamiast pełnej dokumentacji dostaniemy garść dywagacji, kilka oficjalnych wersji wydarzeń i opowieści snute w formie domysłów. Być może za kilka lat temat wróci – ale raczej w scenariuszach filmowych czy książkach sensacyjnych niż w oficjalnych raportach instytucji, które wolą milczeć niż narazić się na wstrząs polityczny.

Jeżeli Unia Europejska nie tonęłaby dziś w kryzysie, a jej instytucje faktycznie kierowałyby się jasnymi i przejrzystymi zasadami, to Ursula von der Leyen już dawno powinna stracić stanowisko.

– Oczywiście, że tak. Gdyby w Brukseli istniała realna wola polityczna, a reguły gry były przestrzegane z żelazną konsekwencją, ta sprawa już dawno trafiłaby do prokuratury. Przewodnicząca Komisji Europejskiej odpowiadałaby przed wymiarem sprawiedliwości, a wyrok – w normalnych warunkach – byłby kwestią czasu. I dotyczyłby tego, w jaki sposób negocjacje były prowadzone – poza procedurami – a także braku transparentności. Tymczasem KE doskonale wie, że nic jej nie grozi. Ba, obecny stan chaosu i instytucjonalnego rozprężenia działa na jej korzyść – w mętnej wodzie łatwiej ukryć niewygodne fakty, a odpowiedzialność zawsze rozmywa się w unijnym labiryncie procedur i pozornych uzasadnień.

Dziękuję za rozmowę. 

RS, Nasz Dziennik

NaszDziennik.pl