To, co wydarzyło się w ostatnią sobotę na Stadionie Narodowym w Warszawie, gdy młodzi, silni i sprawni fizycznie Ukraińcy ostentacyjnie eksponowali symbole banderowskie i nazistowskie, jest kolejnym etapem w serii coraz śmielszych antypolskich gestów?
– Zaskoczyło mnie to tylko częściowo, bo choć skala tej bezczelności była wyjątkowa, to przecież nie wzięła się znikąd. Mieliśmy całą sekwencję podobnych incydentów
– prowokacyjnych, otwarcie antypolskich – które polskie władze konsekwentnie bagatelizowały. To, co zobaczyliśmy na Stadionie Narodowym, było – w moim odczuciu – konsekwencją wcześniejszej pobłażliwości. Przypomnę chociażby sytuację sprzed dwóch tygodni w Katowicach, podczas rozgrywek Ligi Konferencji Europy, gdzie kibice ukraińscy w trakcie meczu z Partizanem Belgrad wznosili jawnie nienawistne okrzyki nawołujące do przemocy: „Zabić Serba”, „Ubij Serbina”. Wtedy jeszcze nie padło „Lacha”, ale jeśli bezkarność będzie trwała, to i ta granica może zostać przekroczona. W tym kontekście nie przestaje mnie dziwić, że polskie kluby wciąż udostępniają swoje stadiony drużynom ukraińskim, jakby nic się nie stało.
To, co widzieliśmy w Katowicach, nie było incydentem wyjątkowym – było sygnałem ostrzegawczym, który zlekceważono, a teraz widzimy efekty.
Drogi Czytelniku,
cały artykuł jest dostępny w wersji elektronicznej „Naszego Dziennika”.
Zapraszamy do zakupu w sklepie elektronicznym

