Tylko że wczesnym niedzielnym rankiem 17 września Sowieci „wbili nam nóż w plecy” – jak się wyraził ambasador RP w Moskwie Wacław Grzybowski, kiedy sowiecki zastępca komisarza „innostrannych dieł”, Władimir Potiomkin, obudził go o godz. 3.00 rano, by mu zakomunikować, że Polski już nie ma, bo „się rozpadła”. Ambasador nie przyjął sowieckiej „noty dyplomatycznej”, czego omal nie przypłacił życiem, choć chroniło go prawo międzynarodowe. Sowieckie „dipłomaty” uznały, że skoro państwa polskiego „uże niet”, to Grzybowski nie ma immunitetu dyplomatycznego i jest polskim „bieżeńcem”! Ostatecznie interwencja ambasadora Włoch Augusta Rossa pozwoliła mu opuścić nieludzką sowiecką ziemię i ewakuować się wraz z personelem ambasady do Francji. Doszło do absurdalnej sytuacji, bo polskiego ambasadora musiał też bronić „z urzędu” przed sowiecką dziczą dziekan korpusu dyplomatycznego w Moskwie, a był nim… ambasador Niemiec Friedrich Schulenburg!
„Człowiek sowiecki” albo sybirak
Ambasador Grzybowski został uratowany, ale nie było ratunku dla milionów obywateli polskich na zagrabionych przez Sowiety Kresach. Zaczynał się czas sowieckich zbrodni, zsyłek na Sybir i nieustannego ośmieszania państwa polskiego, które sowiecka i niemiecka propaganda nazwały „państwem sezonowym”, a zbrodniarz wojenny Wiaczesław Mołotow, komisarz „innostronnych dieł”, nazwał „pokracznym bękartem traktatu wersalskiego”. I tu się spotkały dwa zbrodnicze państwa: w negowaniu porządku międzynarodowego, w negowaniu paryskiego traktatu pokojowego. Państwo Hitlera, nominalnie antykomunistyczne, uznało Sowiety za swojego przyjaciela, a z drugiej strony Stalin, jak donosił agent amerykański w ambasadzie niemieckiej w Moskwie, wznosił na Kremlu toast. Kto był w nim fetowany? „Nasz drug Gitler”…
Polacy na zajętych przez najezdniczą armię sowiecką Kresach zaliczani byli przez bolszewików do jeńców (podlegających infiltracji i selekcji w obozach specjalnych NKWD) lub „bieżeńców” (uciekinierów). Trafiali do sowieckich obozów pracy, do łagrów, do obozów NKWD, z których potem jechali na śmierć do Lasu Katyńskiego, Smoleńska, Charkowa, Tweru, Bykowni i innych miejsc. Ci, co cudem ocaleli, wracali po wojnie do kraju – szykanowani przez UB – jako żołnierze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, wyprowadzeni z „nieludzkiej ziemi” (tak Józef Czapski nazwał Związek Sowiecki czasu wojny) przez „polskiego Mojżesza”, gen. Władysława Andersa.
Drogi Czytelniku! Więcej warto przeczytać w papierowym wydaniu „Naszego Dziennika” dostępnym w punktach sprzedaży prasy lub w wersji elektronicznej TUTAJ.
Zapraszamy!

